Krzysztof Ruchniewicz, Przemysław Wiszewski

Krzysztof Ruchniewicz

Przemysław Wiszewski. Fot. D. Hull
Jednostki naukowe działające na podstawie ustawy o instytutach badawczych z 30 kwietnia 2010 r. zajmują w polskim systemie nauki szczególne miejsce. Są finansowane ze środków publicznych i realizują zadania o znaczeniu państwowym, wskazywanym przez nadzorujących założycieli, odpowiednie ministerstwa, a zarazem dysponują istotną autonomią badawczą i organizacyjną. Ustawodawca wyposażył je nie tylko w określony model zarządzania, lecz także w rozbudowany system wewnętrznej i zewnętrznej kontroli. Problem w tym, że co najmniej od dekady system ten coraz częściej bywa omijany i zastępowany przez doraźną presję polityków i mediów społecznościowych.
Każdy instytut posiada dwa ustawowo określone organy: dyrektora i radę naukową. Kluczową rolę odgrywa rada naukowa, która zgodnie z ustawą nie tylko sprawuje nadzór nad działalnością badawczą, opiniuje kierunki rozwoju i ocenia jakość pracy naukowej, ale jest też organem stanowiącym, czyli określa kluczowe ramy szczegółowych norm funkcjonowania instytucji – statut instytutu. Nie dyrektor i nie minister, ale właśnie rada naukowa ma tę kompetencję. Wynika to z założenia, że najważniejszym działaniem instytutu jest prowadzenie badań naukowych, których wyniki będą miały zastosowanie praktyczne. Cała struktura, pragmatyka działania, kultura organizacyjna i kultura pracy tym dwóm aktywnościom powinny być podporządkowane. A organem odpowiedzialnym za weryfikowanie właściwego funkcjonowania instytutu pod tym kątem jest wyłącznie rada naukowa instytutu.
W wielu instytutach funkcjonują dodatkowe gremia: rady biblioteczne, archiwalne, programowe, których zadaniem jest zapewnienie kolegialności i transparentności podejmowania decyzji zarządczych, a także wewnętrzna kontrola ich zgodności z misją instytucji. W przypadkach szczególnych ustawodawca sięga po odrębne regulacje. Tak jest chociażby z Instytutem Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego, którego funkcjonowanie reguluje odrębna ustawa z 2017 r., precyzująca i rozszerzająca ogólne ramy ustawy z 2010 r. Jednak i w tym przypadku niezbędna jest zgodność funkcjonowania instytucji z nadrzędną ustawą o instytutach badawczych. Zgodnie bowiem z zapisem ustawy z 2017 r. (art. 2, ust. 1) Instytut Pileckiego jest instytutem badawczym w rozumieniu ustawy z 2010 r.
Rada naukowa instytutu i gremia określone w statutach instytutów to nie są dekoracje. Działają w trybie kadencyjnym, ich skład ulega zmianie w sposób przewidziany prawem, niezależny od bieżących nastrojów politycznych czy medialnych. Kadencyjność to nie biurokratyczny rytuał, lecz mechanizm zapewniający zarówno ciągłość instytucjonalną, jak i możliwość wprowadzenia do zarządzania jednostką osób mających lepszą, nowszą wiedzę dotyczącą celów instytutu lub po prostu mających inne doświadczenia, których wykorzystanie jest korzystne dla jednostki. Dotyczy to zarówno kierownictwa instytutu, jak i składu rady naukowej. Dodatkowo wyniki prac badawczych instytutu mogą być poddawane ocenie jakości badań naukowych przeprowadzanej przez Komisję Ewaluacji Nauki. Cokolwiek byśmy nie sądzili o bieżącym stanie tej ewaluacji, taka procedura stanowi jedyny zewnętrzny, oparty na kryteriach naukowych werdykt o jakości pracy kluczowego sektora instytutu badawczego. To właśnie ona powinna być punktem odniesienia w debacie o kondycji instytutu.
Warto to wyraźnie podkreślić – kosztowne w utrzymaniu państwowe instytuty badawcze mają służyć prowadzeniu badań naukowych, które umożliwiają praktyczne zastosowanie ich wyników. Po to, żeby państwo i społeczeństwo polskie uzyskiwało czytelną, klarownie określoną korzyść z prac jednostki, która nie dubluje działalności innych instytucji. Czuwać nad takim działaniem mają rada naukowa instytutu i odpowiedni minister w zgodzie z literą prawa. To nie jest przypadkowa sekwencja słów. To zasada, która pozwala kontrolować sens funkcjonowania jednostek i korzyści, jakie z tego ma państwo polskie w dłuższej perspektywie. Niezależnie od zmiennych nastrojów polityków.
Tymczasem dziś, tak jak w wielu sektorach życia społeczno-politycznego, obserwujemy rezygnację administracji państwowej z troski o właściwe wykorzystanie powierzonego jej zasobu merytorycznego i – co nie jest bez znaczenia – majątkowego instytutów badawczych. Można odnieść wrażenie, że od troski o powierzone sektory funkcjonowania kraju ważniejsza jest dziś troska o własną pozycję urzędniczo-polityczną przedstawicieli administracji mierzona umiejętnością utrzymania ciszy wokół działań naukowych. Bowiem dziś ocena działalności instytutów badawczych, a zwłaszcza ich kierownictwa, przenosi się z sal posiedzeń rad naukowych na platformy społecznościowe i do sekcji komentarzy pod artykułami prasowymi streszczającymi dyskusję (wymianę subiektywnych opinii) na tych platformach.
Na X czy Facebooku dominują skrót, emocja i logika prestiżu – jego budowania bądź niszczenia. Komentatorzy, którzy nigdy nie poznali ani reguł prawa, ani praktyki zarządczej, nie mówiąc o przeczytaniu statutu instytutu, jego sprawozdania finansowego czy planu badawczego, ferują wyroki z pewnością siebie, której pozazdrościłby niejeden audytor. W efekcie powstaje nieformalny system nacisku, w którym opinie formułowane całkowicie poza procedurami instytucjonalnymi zaczynają wywierać realny wpływ na funkcjonowanie instytucji publicznych. Powiedzmy wprost, że złudzeniem jest sugerowanie, że platformy społecznościowe są narzędziem demokratycznego wyrażania opinii. Dyskusje na nich prowadzone są moderowane, najczęściej też inicjowane przez świadomie działające osoby lub instytucje, które wykorzystują emocje uczestników do tworzenia złudzenia powszechności opinii. A że dla polityków znaczenie mają słupki w sondażach, nie zaś merytoryczne cele sprawowania władzy politycznej, to narzędzie manipulacji i budowania złudzeń skłania ich do podejmowania decyzji (nawet jeśli spodziewany zysk sondażowy nie następuje).
Różnica między tymi dwoma rodzajami oceny funkcjonowania instytucji jest fundamentalna. Kierownicy jednostek badawczych odpowiadają finansowo, organizacyjnie i prawnie za decyzje podejmowane w ramach swoich kompetencji. Działają na podstawie przepisów: ustawy o instytutach badawczych, ustawy o finansach publicznych, prawa zamówień publicznych, kodeksu pracy… Podlegają kontroli Najwyższej Izby Kontroli i nadzorowi ministra. Wywołanie burzy w serwisie na platformie X nie niesie ze sobą żadnej z tych odpowiedzialności. Hejterzy i komentatorzy nie odpowiadają za skutki swoich ocen, nie działają na podstawie procedur dowodowych, nie muszą uzasadniać swoich twierdzeń. I nie są odwoływalni. Za to uzurpują sobie prawo ferowania wyroków i obowiązek wyrażania świętego oburzenia.
Pojawia się więc pytanie, które warto postawić wprost: czy nie mieszamy tutaj porządków? Demokratyczna kontrola społeczna i medialna jest nie tylko dopuszczalna, lecz wręcz niezbędna. Dziennikarstwo śledcze, krytyczna analiza wydatkowania środków publicznych, ujawnianie nepotyzmu czy niegospodarności – to wszystko należy do kanonu zdrowego życia publicznego. Nikt rozsądny nie postuluje wyłączenia instytutów badawczych spoza tak rozumianej kontroli publicznej.
Problem pojawia się, gdy pozbawiona autokontroli, jaką jest zasada zgodności z faktami, emocjonalna ocena zaczyna pełnić funkcję równoległego, a niekiedy dominującego, mechanizmu rozstrzygania o jakości pracy instytucji i jej kierownictwa. Gdy oderwane od odpowiedzialności za stawiane oskarżenia „konta internetowe” zastępują procedury ustawowe, jeszcze zanim te zdążą zadziałać. Gdy kampania w mediach społecznościowych wywołuje skutki instytucjonalne szybciej, niż rada naukowa zdoła zebrać się na posiedzenie. Gdy dyrektor instytutu rezygnuje lub jest odwoływany pod wpływem tweetów, a nie w następstwie sformalizowanej oceny kompetentnego gremium.
Stawką tej dyskusji nie jest los konkretnego instytutu czy dyrektora. Chodzi o coś poważniejszego: o to, czy instytucje publiczne funkcjonują według reguł prawa, czy według reguł chwili i czyjegoś doraźnego interesu. Państwo prawa opiera się na procedurach, kompetencjach i odpowiedzialności przypisanej konkretnym organom. Jeżeli te mechanizmy są konsekwentnie zastępowane przez działania wizerunkowe, budowanie kapitału politycznego, rośnie ryzyko podejmowania decyzji pod wpływem presji, a nie na podstawie merytorycznej oceny i ustalonych procedur. Formalne struktury nadzoru przestają być realnym punktem odniesienia, a stają się ignorowaną coraz śmielej fasadą.
Zachowanie proporcji wydaje się tu kluczowe. Media mogą i powinny zadawać pytania. Administracja publiczna powinna na nie odpowiadać we właściwym trybie i z zachowaniem procedur. Ale przede wszystkim każdy, kto formułuje opinię o czyjejś pracy, powinien odpowiadać za kompetentne jej uzasadnienie. W innym przypadku jego opinia jest tym, czym kiedyś były ptasie trele (angielskie tweets): miłą jednemu lub niemiłą drugiemu, ale pozbawioną rangi argumentu ozdobą publicznego dyskursu.
Decyzje o jakości pracy instytutu, o kierunku jego rozwoju, o ewentualnych zmianach personalnych powinny zapadać tam, gdzie prawo je umiejscowiło: w radach naukowych, w procedurach ewaluacyjnych, w trybach nadzorczych ministra. Nie na X-ie. A jeśli dla partyjnych urzędników szum medialnej piany jest istotniejszy niż dobro państwa i społeczeństwa opartego na wspólnych wszystkim zasadach prawa, to znaczy, że czas zmienić definicję państwa, w którym żyjemy. Szkoda złudzeń.
Prof. dr hab. Krzysztof Ruchniewicz
Prof. dr hab. Przemysław Wiszewski
Autorzy są historykami z Uniwersytetu Wrocławskiego