logo
FA 1-2/2026 okolice nauki

Małgorzata Pawełczyk

Droga do światła przez mrok

Droga do światła przez mrok 1

Opowieść amerykańskich mediewistów rozpoczyna się w Rawennie około roku 430 ery kalendarzowej, kiedy to artyści zatrudnieni przez Gallę Placydię, siostrę rzymskiego cesarza i żarliwą chrześcijankę, weszli do małej kapliczki, by namalować błękit nieba. Użyli rozgniecionych szklanych mozaik barwionych na niebiesko, aby przeobrazić sufit w niebiański błękit ze szklanymi gwiazdami barwionymi na złoto. Przestrzeń lśniła, rozświetlała mrok.

Książka ma swoje zakończenie dokładnie w tym samym miejscu. Niemal tysiąc lat później, w 1321 roku, autorzy kończą epokę średniowiecza, przechadzając się znów po kościele w Rawennie, tym razem z poetą Dantem Alighierim poszukującym inspiracji pośród migocących mozaik, by napisać Boską komedię. Dzieło to, zanurzone jednocześnie w mroku, śmierci, ale i pięknie, czystej światłości, osadzone jest głęboko w politycznym i kulturowym kontekście czasów poety. Badacze wybierają ten moment graniczny jako jeden z możliwych, tym samym stosując poetycką klamrę, w którą wpisują pozostałą treść książki. Wszystko bowiem, jak twierdzą, musi mieć swój koniec, inaczej nie ma średniowiecza.

Autorzy toczą walkę z „mrokami średniowiecza”. Mit ten nieustannie przenika współczesne społeczeństwo, jednak jego stereotypowy obraz jest zupełnie inny od znanego historykom. Książka zadaje kłam wielu wyobrażeniom na temat epoki „zacofania”, ale też jej nie lukruje. Autorzy piszą, że ich opowieść jest dużo bardziej zagmatwana. I rzeczywiście, pokazują momenty prawdziwego piękna, oddania i poświęcenia, by chwilę później zderzyć z szokującą ignorancją i okrucieństwem. Bo średniowiecze zawiera w sobie wszystko: światło i mrok, człowieczeństwo i brutalność, z wyjątkiem może dużej liczby smoków.

Wyruszamy zatem w długą podróż. Od wspomnianej Rawenny, przez Cesarstwo Rzymskie, które się przeobrażało, lecz zdaniem autorów nigdy nie upadło. Następnie przybywamy do małego miasteczka rybackiego w rzymskiej prowincji Azji, znanego jako Bizancjum, które zostało przemianowane na Konstantynopol i w ciągu następnych kilkuset lat stało się wielkim dziełem sztuki symbolizującym ogromne bogactwo, kulturową dominację i burzliwą politykę. Zmierzamy potem do Jerozolimy, najważniejszego świętego miejsca świata, by za chwilę wraz z misjonarzami wysłanymi przez Grzegorza Wielkiego przybyć do Brytanii – mieszanki różnorodnych państw, ludzi i przekonań. Do Rzymu Karola Wielkiego wkraczamy wraz z kilkutonowym afrykańskim słoniem sprowadzonym z Konga, symbolem władzy i potęgi nowego biblijnego Dawida. Podążamy za wikingami, Majmonidesem (jedną z największych postaci średniowiecza), za dominikanami i franciszkanami. Śledzimy budowę katedry Notre-Dame, przyćmionej wkrótce budowlą zwaną później jako Sainte-Chapelle, i przemieszczamy się dalej ku wschodniej Azji, niczym Marco Polo, w poszukiwaniu bogactwa, sławy, wiedzy, świętości lub ucieczki, by na koniec, z przerażeniem, spojrzeć w oczy „czarnej śmierci”.

Wieki światłe starają się pokazać świat średniowieczny jako pełen blasku. Blask jednak nie jest tu pojęciem jednoznacznym. Słońce przechodzące przez witraże kościołów zbliża do Boga, jednak ogień pożera całe miasta lub księgi uznane za herezje. Średniowieczne teksty, wiedza o antyku, muzyka, sztuki piękne inspirują, lśnią, zachwycają zmysły i umysł, jednak rytualnie zgwałcona niewolnica na pogrzebie zmarłego przywódcy Rusinów również otoczona jest blaskiem, tyle że stosu, na którym spłonęła. Średniowiecze Gabriele’a i Perry’ego nie jest tylko proste i czyste, jest brudne, bo ludzkie. I zdaje się, że taka wersja jest bliższa prawdy.

Małgorzata Pawełczyk

Matthew GABRIELE, David M. PERRY, Wieki światłe. Nowa historia średniowiecznej Europy, tłum. Łukasz Muniowski, Wydawnictwo Prześwity, Warszawa 2025.

Wróć