logo
FA 06/2020 Życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Władcze, biurokratyczne, spolegliwe

Władcze, biurokratyczne, spolegliwe 1

Rys. Sławomir Makal

W hierarchii biurokracja i biurokraci czują się najlepiej. Daje ona bowiem szerokie możliwości wydawania różnego rodzaju poleceń, jak i ich skutecznego egzekwowania.

Zagrożenia epidemiczne sprawiły, że w środowisku akademickim na drugi plan zeszły wybory władz uczelnianych na kolejną kadencję. Trzeba je będzie jednak przeprowadzić, a im bardziej ograniczone będą możliwości dokładniejszego przyjrzenia się kandydatom na kierownicze stanowiska, tym większe prawdopodobieństwo, że zostaną one powierzone nie takim osobom, jakich życzyłaby sobie uczelniana społeczność. Kandydaci ci bowiem mają nie tylko różne przygotowanie do pełnienia tej roli, ale także różne jej pojmowanie i podejście do niej. Wyróżniam tutaj trzy typy takiego pojmowania i podejścia. Można ich jednak wskazać więcej.

Kilka wstępnych uwag

Pierwsza związana jest ze stosunkowo rzadkim pojawianiem się władz uczelnianych na kartach historycznych życia akademickiego w rolach głównych. Dzisiaj wprawdzie mówi się o nich publicznie częściej, ale niejednokrotnie związane to jest nie z ich dokonaniami, lecz działaniami niezgodnymi z prawem. Takie działania zresztą mało kiedy trwale zapisują się w pamięci – nawet uczelnianych społeczności. Druga uwaga związana jest z zawieszonymi w reprezentacyjnych pomieszczeniach uczelnianych portretami rektorów. Rzecz jasna, każdy z nich był magnificencją (wspaniałym). Jednak na tej podstawie trudno powiedzieć, czy tylko formalnie, czy także realnie. Wprawdzie niektóre obrazy swoimi rozmiarami mogą nasuwać pewne przypuszczenia odnośnie do typu osobowości występujących na nich osób (w niejednym przypadku powstawały za ich wiedzą i zgodą), jednak nie jest wielkim grzechem to, że sprawujący urząd chcą wyglądać na portrecie okazale.

Podobnie zresztą rzecz się ma z wizerunkami rektorów kreślonymi piórem. Jedynie sporadycznie urozmaicane są one ubarwiającymi takie postacie wspomnieniami. Przykładem może być wizerunek prof. Jerzego Suszki, rektora Uniwersytetu Poznańskiego w l. 1952–1956, pojawiający się na kartach Pocztu rektorów Almae Matris Posnaniensis. Jego autor A.Z. Antkowiak napisał, że prof. Suszko w tamtych trudnych czasach „nie angażował się w żadną działalność polityczną”. Jednak w sytuacji, gdy w czerwcu 1956 roku „aktywny działacz partyjny mgr Władysław Markiewicz (późniejszy profesor socjologii) odpowiedzialnością za zaistniałą sytuację i rozruchy obciążył wyłącznie robotników i ich »antypaństwowych przywódców« (…), zerwał się z pozornego snu, uderzył laską w podłogę i krzyknął: »Nie mogę tych bredni dłużej słuchać, odbieram Panu głos«”. Prof. Suszko wspominany jest niekiedy również jako ten rektor, który w swoim przemówieniu inaugurującym rok akademicki zwrócił się z apelem do studentów, aby uczyli się języka rosyjskiego, bo on w swoim czasie także musiał się uczyć języka… okupanta (Profesor urodził się w roku 1889 w zaborze austriackim). Mam jednak wątpliwości, czy takie wydarzenie faktycznie miało miejsce.

Władze władcze

Może wydawać się rzeczą naturalną, że władza jest władcza, również ta, która pochodzi z nadania uczelnianej społeczności. Rzecz jasna nie odmawiam tej władzy (począwszy od szczebla najwyższego po niższe) prawa do władania zawodowym losem podległych jej osób, a nawet demonstrowania pewnej władczości (jednak w granicach zdrowego rozsądku). Problem zaczyna się w momencie, gdy władza zaczyna myśleć i postępować tak, jakby otrzymała uprawnienia z woli tych, którzy bez niej w żaden sposób nie potrafiliby rozwiązać zawodowych, a być może również życiowych problemów. Ona oczywiście nie tylko wie, jak je rozwiązać, lecz także nie musi się specjalnie liczyć z opinią mających w tej kwestii inne zdanie. Jej funkcjonowanie może przybierać różne formy na różnych uczelniach i w różnym czasie. W tzw. okresie słusznie minionym władza „zerkała” jeszcze na to, jak zostanie oceniona przez skądinąd również władcze władze polityczne. Natomiast w wolnej Polsce czuje się ona czasami na tyle wyzwolona, że skłonna jest lekceważyć nie tylko opinię tego rodzaju zwierzchników, ale nawet pospolity zdrowy rozsądek. Przykładem może być postępowanie władz rektorskich Szkoły Głównej Służby Pożarniczej związane z pandemią. Szybko się okazało, do czego ono doprowadziło w tej uczelni oraz czym się zakończyło dla jej władz. Czy będzie to jakimiś ostrzeżeniem dla innych władczych władz? Nie byłbym w tej kwestii wielkim optymistą.

Można postawić pytanie: co sprawia, że uczelniane urzędy powierzane są takim władczym osobom? Wprawdzie trudno byłoby na nie udzielić w miarę pełnej odpowiedzi, jednak można wskazać przynajmniej niektóre okoliczności sprzyjające. Zapewne istotne znaczenie mają tutaj cechy osobowościowe. Przynajmniej niektóre z tych osób już jako potencjalni kandydaci do kierowniczych funkcji na uczelni ujawniają przekonanie, że wiedzą dużo lepiej od innych, jak powinny one być pełnione; a im bardziej opóźnia się powierzenie im funkcji, tym większą wykazują niecierpliwość i coraz energiczniej demonstrują niezadowolenie z poczynań istniejących władz. Osoby takie przed objęciem kierowniczych stanowisk mogą również pozorować „skromność”, która ma sprawiać wrażenie, że nie utracą kontaktu z realiami akademickiego życia. Gra pozorów może być prowadzona tylko do momentu, w którym nie zostanie rozszyfrowana przez tych, którzy mogą, ale przecież nie muszą powierzyć im kierowniczych stanowisk. Z tym rozszyfrowywaniem różnie jednak bywa. Zdarza się, że wszystko staje się jasne dopiero wtedy, gdy taka osoba zostanie wybrana na uczelniany urząd.

Okolicznościami sprzyjającymi pojawianiu się na urzędach władczych władz mogą być również istniejące regulacje prawne, w tym niektóre zapisy Ustawy 2.0. Nie będę ich tutaj szerzej analizował. Zwrócę jedynie uwagę na reakcje wywołane krytyczną oceną przewodniczącego ministerialnego zespołu ds. monitorowania wdrażania reformy szkolnictwa wyższego i nauki prof. Macieja Żylicza „przesuwania kompetencji rektora na inne organy uczelniane, np. na senaty uczelni” (por. FA 2/2020). Znalazły one wyraz m.in. w wypowiedzi Andrzeja Białasa (zamieszczonej na łamach „PAU-zy” nr 506) oraz w wypowiedzi Adama Bzdaka (zamieszczonej w nr. 512 tego czasopisma). W moim przekonaniu obie świadczą o tym, że istnieją poważne obawy przed pojawieniem się na uczelniach władczych władz.

Władze biurokratyczne

Na temat biurokracji sformułowano już wiele trafnych uwag i ocen. Rzecz jasna zawsze coś do nich można dodać i to nie tylko w związku z funkcjonowaniem biurokracji uczelnianej. Generalnie jednak charakteryzuje się ona cechami, jakie posiada biurokracja występująca w innych instytucjach. Czasami „upiększana” jest nieco akademickimi strojami i symbolami, a czasami pozostawiana w takim stanie, że nawet togi czy rektorskie gronostaje nie potrafią przysłonić wstydliwych miejsc. A niejednokrotnie jest się czego wstydzić. Warto w tej kwestii przywołać opinię takiego znawcy problemu jak Max Weber. W jego fundamentalnym dziele pt. Gospodarka i społeczeństwo biurokracja nie występuje wprawdzie w głównej roli (przypada ona w nim racjonalizującym swoją gospodarkę i swoje instytucje społeczeństwom zachodnim), to jednak nie jest to rola marginalna. Miała ona bowiem często swój udział w owej racjonalizacji, ale również w podtrzymywaniu istniejących irracjonalizacji albo też kreowaniu nowych. W tym drugim przypadku przedstawiana jest jako zagrożenie wolności jednostek i nazywana „polarną nocą lodowatej ciemności”. Na irracjonalne formy biurokracji wskazywał Ludwig von Mises w swojej rozprawie pt. Biurokracja (znajduje się w niej m.in. stwierdzenie, że „kaftan bezpieczeństwa biurokratycznej organizacji paraliżuje inicjatywę jednostek”). Warto również przywołać w tej kwestii opinię współczesnego socjologa Roberta M. Mertona. Wskazywał on m.in. na pojawianie się w biurokracji „wyszkolonej nieudolności” oraz przedkładanie przez biurokratów formalnych procedur nad realne relacje międzyludzkie.

Wstydliwych miejsc w biurokracji można oczywiście wskazać więcej. Biurokratyczne władze uczelni dodają do nich swoje „pięć groszy”, a czasami nawet znacznie więcej, gdyż struktura organizacyjna tych instytucji z natury jest hierarchiczna, a w hierarchii biurokracja i biurokraci czują się najlepiej. Daje ona bowiem szerokie możliwości wydawania różnego rodzaju poleceń i ich skutecznego egzekwowania. Wyrazem tego jest mnożenie regulacji prawnych i przepisów, których wykładnia jest być może w pełni zrozumiała dla wydających je uczelnianych biurokratów, ale może być trudna do pojęcia nawet dla wybitnych specjalistów w swojej dyscyplinie. Zdarza się zresztą, że niektórzy z nich nie chcą przemóc niechęci do mnożonych przez biurokratów rozporządzeń i niewiele sobie robią z ich zaleceń. Może ich oczywiście za to spotkać nieprzyjemność, zwłaszcza wówczas, gdy rozporządzenia wspiera pomocna dłoń uczelnianych władz. Problem jednak w tym, że rzadko kiedy proszą o taką pomoc.

Władze spolegliwe

Określenie „spolegliwość” zostało w swoim czasie zaproponowane przez Tadeusza Kotarbińskiego jako swoiste credo jego koncepcji skutecznego działania. Nie upowszechniło się ono jednak na tyle, aby dzisiaj można było mieć z nim w miarę jednoznaczne skojarzenia. A szkoda, bowiem oddaje ono stosunkowo dobrze ten typ myślenia i działania, który łączy się z wieloma pozytywnymi zachowaniami osób, od których często zależy nasz los. Kotarbiński określenie to łączył jednak nie tyle z urzędem, ile z osobą wrażliwą na cudze potrzeby i skłonną do pomocy innym. Krótko mówiąc, jest ona „takim opiekunem, któremu możemy słusznie zaufać, który nas nie zawiedzie i zrobi wszystko to, co do niego należy, który dotrzyma placu w niebezpieczeństwie i w ogóle będzie pewnym oparciem w trudnych okolicznościach”.

Na liście cech spolegliwego opiekuna znajdują się również takie jak: gotowość do brania pełnej odpowiedzialności za innych, dotrzymywania słowa, doprowadzania rozpoczętych spraw do końca, sprawiedliwego oceniania, rozdzielania różnego rodzaju wyróżnień nie „po uważaniu”, lecz według rzeczywistych zasług itd. Tych „dalej” nie będę jednak wymieniał, bowiem już w tym momencie można dojść do wniosku, że taki opiekun bardziej przypomina wyidealizowany obraz świętego niż realnie funkcjonujące uczelniane władze i niewielu dałoby się przekonać, że ktoś taki od czasu do czasu się pojawia. W sytuacji gdy uczelnie przestały uznawać za główną misję wychowywanie młodzieży i zaczęły stawiać na jej kształcenie i prowadzenie badań naukowych, można mieć wątpliwości, czy jest tu jeszcze miejsce dla takich opiekunów. W stosunkowo długim życiu akademickim miałem jednak do czynienia ze spolegliwymi opiekunami i nie zawsze sprowadzało się to do sytuacji, w których jako młody uczony potrzebowałem wsparcia przełożonych. Przyznam, że niektórzy wykazywali sporą wyrozumiałość dla mojej zawodowej nieporadności. Dodam jednak, że takich opiekunów było niewielu.

Można postawić pytanie: dlaczego taki typ władzy rzadko pojawia się na uczelniach? Przyczyn jest zapewne wiele. Zdolność do spolegliwości wprawdzie w dużej mierze zależy od cech osobowościowych konkretnych osób, jednak skłonność do jej okazywania w niemałym stopniu zależy od zachowań uczelnianej społeczności. Tylko tytułem przykładu powiem, że pełniąc przez dwie kadencje obowiązki dziekana dużego wydziału, miałem wiele okazji się przekonać, że okazywanie wyrozumiałości dla mało stosownych zachowań studentów i pracowników było odbierane nie jako wyraz wspaniałomyślności, lecz jako dowód słabości. Natomiast moja opiekuńczość nad młodszymi współpracownikami w jednych przypadkach okazała się pomocna w ich naukowym rozwoju, natomiast w innych sprawiała, że czuli się zwolnieni z obowiązku opanowania umiejętności niezbędnych do zawodowego funkcjonowania na uczelniach i zachowują się dzisiaj tak, jakby im odebrano to, co im się słusznie należało. Nie sprawiło to jednak, że stałem się zwolennikiem tzw. zimnego wychowu studentów i młodych pracowników naukowych.

Wróć