logo
FA 06/2020 Życie akademickie

Marek Misiak

I młodzi pozostaną

Rys. Sławomir Makal

Gdyby ktoś jedynie na podstawie mediów społecznościowych wyrabiał sobie pogląd o branży edytorskiej, doszedłby do wniosków, że jest to loża szyderców utwierdzająca się w przekonaniu o własnej wyjątkowości.

Ukończywszy trzydzieści pięć lat, zacząłem się zastanawiać, co w moim życiu może być oznaką wejścia w wiek średni. Poczucie dystansu w relacjach z osobami urodzonymi po 1990 roku (a z takimi coraz częściej pracuję)? Nabieranie (powoli) umiejętności żegnania się z poczuciem, że wszystko jeszcze przede mną (tak, jeszcze wiele, ale nie wszystko)? Większa odporność na urok kobiet, zwłaszcza wyraźnie młodszych (gdybym był młodszy, dziewczyno… ale już nie będę)?

Pozwolę sobie porzucić wątek mężczyzny wchodzącego w wiek średni na rzecz rozpoczynającego ten etap życia (i kariery) redaktora. Czy redaktor w średnim wieku jest już zgorzkniały? Jeśli tak, to bardzo zły objaw. Znam nawet edytorów młodszych ode mnie o dobrych kilka lat, a sprawiających wrażenie wypalonych – ale to pozorne: gdy tylko ich droga zawodowa się prostuje, oczy znów nabierają blasku.

Ośmielić kandydatów na redaktorów

Dla mnie objawem tego, że nie jestem już młodym edytorem, pozostaje fakt, że na warsztaty młodych edytorów zapraszają mnie jako prowadzącego. W Amadeuszu Miloša Formana jest scena, gdy kompozytora odwiedza ojciec. Chcąc się dowiedzieć, czy syn, jako dorosły już mężczyzna, dba o rodzinę, pyta przede wszystkim, czy młody Mozart ma uczniów (wyluzowany potomek odpowiada, że nie – w rzeczywistości wówczas już miał, i to kilku). Ja też mógłbym powiedzieć, że w jakimś sensie mam uczniów, a przynajmniej, że zarówno przekazuję podczas takich spotkań fachową wiedzę, jak i dzielę się doświadczeniem z tymi, którzy dopiero wkraczają do branży. Wieczorem mogę się z nimi napić piwa, pośmiać się, pożartować, potańczyć, ale różnica pokoleń jest jednak odczuwalna. To nie oni dają mi ją odczuć, ja sam ją widzę.

Na Warsztatach Młodych Edytorów (WME), organizowanych raz w roku na przemian przez UJ i KUL, za każdym razem prowadzę zajęcia z zakresu podstaw edytorstwa publikacji w języku angielskim. Uczestnikami są studenci specjalności edytorskiej na filologii polskiej, głównie z tych dwóch uczelni. Staram się przede wszystkim ośmielić kandydatów na redaktorów i pokazać im nowe perspektywy zawodowe. Znakomita większość z nich dobrze zna angielski, choć wielu zbyt surowo się pod tym kątem ocenia – miewają opór przed mówieniem, ale bierna znajomość języka jest u nich biegła lub bliska biegłości. Chcę, aby zdali sobie sprawę, że redagowanie różnego typu tekstów po angielsku jest w zasięgu ich zawodowych możliwości. Najlepszym tego dowodem jestem ja sam, tak jak oni polonista o specjalności edytorskiej, który pracuje w dziale publikacji anglojęzycznych w wydawnictwie renomowanej uczelni medycznej (nie dlatego, że nie było godniejszych, lecz ponieważ się na tym, nie chwaląc się, znam). Cel jest taki, by zobaczyli Bardzo Mądrego Człowieka nie we mnie, ale w sobie, a przynajmniej by uświadomili sobie swój potencjał. To prawda, być może nigdy nie dorównają anglistom, a już na pewno nie native speakerom, ale mogą (jak ja) osiągnąć na tyle wysoki poziom profesjonalizmu, by redagować publikacje naukowe, popularnonaukowe, marketingowe, przeznaczone dla mediów itp. Przy redakcji anglojęzycznej literatury pięknej raczej pracować nie będą, tzn. niczego nie przesądzam, ale prawdopodobieństwo jest niewielkie. Spora jest za to szansa, że opracowywane przez nich materiały będzie przed nimi lub po nich sprawdzał jeszcze anglista lub native speaker niebędący edytorem. Może on wykryć pewne błędy językowe niewidoczne jeszcze dla nich na danym etapie doskonalenia znajomości angielskiego, ale nie dokona redakcji tekstu w takim sensie, by był on gotowy do składu, nie dostosuje go choćby do ustaleń konwencji wydawniczej obowiązującej w danej instytucji.

Chcę pokazać im nowy obszar

W ciągu dwugodzinnych warsztatów nie sposób rzecz jasna nauczyć się od zera redagowania anglojęzycznych tekstów. Staram się wskazać uczestnikom cztery obszary działań nad tekstem: ujednolicanie ortografii (do wzorca brytyjskiego lub amerykańskiego), kontrolę poprawnego stosowania skrótów i skrótowców, podstawowe różnice między interpunkcją w języku polskim i angielskim oraz najważniejsze kwestie, na które należy zwracać uwagę podczas weryfikacji tłumaczeń. Jeśli wystarczy czasu, wspominam jeszcze o cechach stylistycznych charakterystycznych dla mniej i bardziej formalnej angielszczyzny; z tą ostatnią nawet osoby dobrze znające język stykają się na ogół rzadziej, jeśli nie pracują z anglojęzyczną dokumentacją lub piśmiennictwem naukowym. Jeśli redaktor w miarę biegle zna angielski, uporządkowane pogłębianie wiedzy na te cztery tematy umożliwi mu pracę. Inne kwestie (konwencje zapisu w różnych obszarach nauki, stosowanie wielkich liter, zapis bibliograficzny) są regulowane przez konwencje wydawnicze lub rozwiązania przyjęte w danej gałęzi wiedzy i młodzi edytorzy będą się ich i tak uczyć, już pracując, gdy zajdzie taka potrzeba.

Chcę pokazać im nowy obszar, nową szansę zarówno rozwoju zawodowego, jak i zarabiania na tym, co lubią. I właśnie staram się zaprezentować, że edytorstwo publikacji w językach obcych może być interesujące, że jest jak eksploracja nowego terytorium, modyfikacja paradygmatu, wejście w inną logikę. W inny językowy obraz świata, inne metafory, inaczej rozumianą poprawność i odpowiedniość stylistyczną, inne konwencje edytorskie, inne rozwiązania „oczywiste” i „powszechnie przyjęte”. Nie sugeruję młodym edytorom, że to, czego ich uczą na studiach, jest bez znaczenia, „bo po angielsku i tak jest inaczej”. Wręcz przeciwnie, jest tym bardziej ważne, bo wcale nie samo przez się zrozumiałe. Na tegorocznych warsztatach z przyjemnością wysłuchałem wystąpienia o facebookowych profilach i grupach poświęconych zagadnieniom edytorskim i poprawnościowym. Prelegentka wskazała precyzyjnie na to, co odrzuca mnie od takich forów: poziom złośliwości i skala tego, co uważa się tam za oczywiste dla wykształconego człowieka, jest wręcz szokująca. Gdyby ktoś jedynie na podstawie mediów społecznościowych wyrabiał sobie pogląd o branży edytorskiej, doszedłby do wniosku, że jest to loża szyderców utwierdzająca się w przekonaniu o własnej wyjątkowości (do kwestii tej powrócę w jednym z kolejnych tekstów). Redagowanie publikacji w językach obcych także może się odbywać w poczuciu wyjątkowości (jeśli redaktor jest anglistą lub natywnym użytkownikiem danego języka), na ogół jednak uczy dobrze rozumianej pokory, a jednocześnie uświadamia znaczenie fachowej wiedzy – gdy zmieniamy język, zmieniają się też niektóre zasady. Przy przechodzeniu z angielskiego na niemiecki mam poczucie zmiany paradygmatu bez użycia sprzęgła, choć są to przecież pokrewne języki.

Świadomie kierują swoją karierą

Warto wszakże podkreślić jedną rzecz: moje warsztaty przez małe „w” nie były wcale najważniejszym elementem całego wydarzenia – raczej ważnym, ale dodatkiem, niepasującym trochę do całości. Program Warsztatów przez duże „W”, a zatem całego trzydniowego wydarzenia, obejmuje głównie klasyczne, dwudziestominutowe referaty konferencyjne, w przeważającej części dotyczące problemów napotykanych w trakcie przygotowywania wydań dzieł klasyków polskiej literatury lub dawnego piśmiennictwa; mowa jest zatem zarówno o Czechowiczu, Syrokomli, jak i Długoszu. Gdy pierwszy raz uczestniczyłem w WME, śmiałem się pod wąsem, że to trochę życie fantazjami – w tzw. realnym życiu młodzi edytorzy raczej nie będą stawać przed takimi wyzwaniami. Choć byłem wówczas młodszy, było w tym trochę z paternalizmu: „Gdy dorośniesz, to się synku/córuś przekonasz, jak to jest…”. Teraz w zgłębianiu takich zagadnień widzę potrójny sens. Po pierwsze, edytorstwo korzysta z dorobku nauk humanistycznych, nie jest jedynie rzemiosłem. Po drugie, nawet jeśli czyjaś kariera zawodowa (jak po części moja) upłynie głównie na poprawianiu przysłowiowych przecinków, warto mieć świadomość, że jest się częścią czegoś znacznie większego. Edytorstwo potrafi być naprawdę fascynujące i na WME można się o tym przekonać. Po trzecie, taka świadomość rozwija ambicję. Jeśli ktoś po kilku latach wykonywania drugich korekt powieści Blanki Lipińskiej poczuje objawy wypalenia, wie, że to nie kwintesencja zawodu edytora. Paternalistyczne spojrzenie było z mojej strony także objawem niedoceniania młodszych koleżanek/kolegów in spe. Przysłuchując się ich rozmowom w kuluarach, szybko zdałem sobie sprawę, że kierują oni swoją karierą znacznie bardziej świadomie niż ja w ich wieku. Zdają sobie sprawę, że oprócz teoretycznej refleksji na temat metod ustalania tekstu czy etyki w pracy edytora ważna jest też dobra znajomość najważniejszych programów do składu i sami szukają możliwości kształcenia się w tym kierunku (np. we Wrocławiu studenci polonistyki uczestniczą w zajęciach organizowanych w pracowni komputerowej Instytutu Bibliotekoznawstwa). Symptomatyczne moim zdaniem jest to, że spośród absolwentów specjalności edytorskiej z mojego pokolenia (a zatem sprzed kilkunastu lat) tylko niektórzy pracują w zawodzie; spośród tych z ostatnich kilku lat – już większość.

Najbardziej motywujące dla edytora 35+ jest zaś to, że spotyka młodych ludzi, których kręci to samo, co jego i którzy mają w wielu obszarach szerszą wiedzę. Śmiało wchodzą w edytorstwo e-booków, edytorstwo internetowe, digital storytelling, gry miejskie i inne nowe formy wydawania i popularyzacji książek nie dlatego, że tak trzeba (by utrzymać się w branży) lub wypada (by nie uchodzić za dinozaura), ale dlatego, że to rozwijające i pociągające. Podczas warsztatów wykazują się solidną wiedzą i zadają celne pytania. Gdzieś z tyłu głowy rodzi mi się wówczas refleksja, że kiedyś to oni będą moimi pracodawcami; w przeciwieństwie do wielu z nich nie planuję założenia własnego wydawnictwa. Uważam, że jest szansa, by nie stali się tak marudni, jak niektórzy koledzy i koleżanki w moim wieku. Jeśli będą lepiej niż my na wejściu przygotowani do zawodu i bardziej świadomie pokierują sobą na zawodowej drodze, to ich będzie można opisać tytułem znakomitego filmu dokumentalnego Petera Jacksona They Shall Not Grow Old (pol. I nie zestarzeją się).

Wróć