logo
FA 06/2020 Informacje i komentarze

Stanisław Gałkowski

Habilitacja to banał

Prof. Stanisław Gałkowski z Akademii Ignatianum pisze, że habilitacja to nic nadzwyczajnego.

Po około dziesięciu latach od doktoratu, a więc po kilkunastu latach pracy naukowej, wciąż młody, lecz zbliżający się już do wieku średniego uczony proszony jest o przedstawienie swojego całego dorobku. Jest on oceniany przez kilku starszych wiekiem, dorobkiem i doświadczeniem pracowników akademickich. Aby zwiększyć obiektywizm tej oceny, większość oceniających musi pochodzić z innego ośrodka akademickiego niż oceniany. Oczywiście, jest to dość stresujące, gdyż od tej procedury dużo zależy: wysokość pensji, pozycja w świecie akademickim, a nawet, choć nie zawsze, dalsze zatrudnienie na uczelni. Jednak w większości krajów istnieje tego typu, mniej lub bardziej sformalizowana, procedura warunkująca dalszy awans zawodowy. W Stanach Zjednoczonych nazywa się to tenure, a w Polsce habilitacja. Nie brzmi to specjalnie groźnie, nieprawdaż? Większość pracowników korporacji aż wzdycha z zazdrości.

Mimo to od wielu lat prowadzi się w naszym kraju kampanię przeciwko tej banalnej w gruncie rzeczy procedurze, jako nieprzydatnej, a nawet szkodliwej dla rozwoju naukowego doktorów i w następstwie – dla całej polskiej nauki. W zasadzie liczne zarzuty sprowadzić można do trzech: habilitacja stanowi przeszkodę, bo młody uczony zamiast zajmować się prawdziwymi badaniami „pisze habilitację”; habilitacja nikomu w niczym nie pomaga; habilitacja jest przyczyną licznych nadużyć: kolesiostwa, walk koterii, a w skrajnych wypadkach zwykłej korupcji etc.

Kwestionuję wszystkie te przekonania.

Habilitacja nie przeszkadza

Wymóg habilitacji nie dokłada zupełnie nic do tego, co jest normalnym obowiązkiem pracownika naukowego lub naukowo-dydaktycznego. Zwyczajowo podczas przewodu habilitacyjnego wymaga się od habilitanta wykazania się kilkunastoma artykułami, a w niektórych dyscyplinach także jedną książką. W praktyce oznacza to, że doktor musi co roku opublikować dwie–trzy prace naukowe. Biorąc pod uwagę, iż statyczny Polak pracuje około tysiąc osiemset godzin rocznie, to nawet po odjęciu czasu poświęcanego studentom, nie jest to nadmierne obciążenie. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś pracuje sumienne i systematycznie, czyli po prostu uczciwie zarabia pieniądze, które wypłaca mu uczelnia i społeczeństwo. Abstrahuję w tym miejscu od problemu bardzo potrzebnej na każdej uczelni grupy pracowników dydaktycznych, tzn. osób, które zamiast uprawiać naukę, w całości angażują się w pracę ze studentami. Jednak jeżeli ktoś swoją dydaktykę tylko „odpracowuje”, te kilka publikacji rocznie nie powinno stanowić problemu.

Dla osób reprezentujących dyscypliny, w których dorobek polega przede wszystkim na prezentacji wyników badań eksperymentalnych, a więc pisaniu artykułów, a nie monografii, pewnym dodatkowym obciążeniem był wymóg napisania książki habilitacyjnej. Niemniej od czasu gdy można się habilitować na podstawie cyklu artykułów, nawet ta niedogodność została usunięta. Ostatecznie więc jedynym dodatkowym obowiązkiem habilitanta jest napisanie kilkunastostronicowej auto-hagiografii, czyli autoreferatu.

Habilitacja pomaga

Podstawą istnienia habilitacji jest przekonanie, że oprócz bieżącej oceny pracy i dorobku naukowca, potrzebna jest mniej więcej raz na dekadę – zwłaszcza przy okazji kolejnego awansu – ocena całości jego dorobku; i nie może to być tylko ocena dokonywana przez kolegów zainteresowanego.

Jest to korzystne nie tylko z punktu widzenia pracodawcy, ale również samego pracownika. Po pierwsze, stwarza bodziec do pracy. Jak wiadomo, motywacja składa się z kija i marchewki. W naszej pracy marchewka jest żałośnie mała, lecz tym bardziej jakaś forma kija musi pozostać. Przede wszystkim dlatego, że nawet przy najbardziej systematycznej pracy czasochłonność niektórych badań oraz przewlekłość procesów wydawniczych powoduje, iż niezwykle łatwo może zdarzyć się dłuższa przerwa w publikowaniu wartościowych rozpraw, co mogłoby stanowić poważny zarzut, gdyby pozostać tylko przy ocenie okresowej.

Trzeba jednak uczynić jedno poważne zastrzeżenie, mowa jest tutaj tylko o poważnie potraktowanym i właściwie przeprowadzonym przewodzie habilitacyjnym.

Habilitacja zamiast wazeliny

Seria gorszących przykładów blokowania habilitacji z powodów całkowicie pozamerytorycznych nadwyrężała reputację tej procedury, pokazując, że nie zawsze pełni ona rolę, do której została wymyślona. Niewątpliwie też zdarza się (choć osobiście przez lata pracy tylko raz zetknąłem z takim zjawiskiem, gdy mój znajomy padł jego ofiarą), iż podczas procedowania znaczenia nabierają osobiste sympatie i antypatie, kolesiostwo, nepotyzm, wzajemne zwalczanie się konkurencyjnych środowisk czy obrona własnej pozycji przed ewentualną konkurencją wewnątrzwydziałową. Wszystko to prawda, lecz nie habilitacja jest przyczyną tych patologicznych zjawisk, a stanowi ona jedynie jedno z wielu miejsc, gdzie się one ujawniają.

Nie należy wylewać dziecka z kąpielą. Likwidacja habilitacji nie spowoduje zniknięcia nepotyzmu ani nie zlikwiduje środowiskowych klik. Jeżeli działają one podczas zapewne ułomnej, ale w jakiś sposób zobiektywizowanej i zewnętrznej procedury, to jej zlikwidowanie i pozostawienie kwestii awansu i dostępu do pieniędzy wyłącznie ocenie wewnątrzuczelnianej (np. podczas okresowej oceny pracowników) tylko zwiększy pole do ewentualnych nadużyć. Procedurę zastąpią układy.

Habilitacja jest więc konieczna. Dowodzi tego także fakt, iż większość jej krytyków proponuje, by zastąpić ją… jakąś inną procedurą pełniącą tę samą lub bardzo podobną funkcję. Oczywiście nazwa jest rzeczą wtórną, jeśli ktoś chce zastąpić habilitację jakąś inną „obowiązkową i zewnętrzną oceną dorobku”, nie widzę przeciwskazań, choć nie rozumiem, czemu taka denominacja miałaby służyć. Z całym szacunkiem, ale pomysły takie przypominają stary dowcip o tym, że Odysei nie napisał Homer tylko inny nieznany poeta o tym samym nazwisku.

Całkowicie obiektywna ocena dorobku naukowego oczywiście nigdy nie może być całkowicie obiektywna, a już na pewno nie w przypadku nauk humanistycznych. Niemniej trzeba przynajmniej starać się o właściwe procedury.

Przewód habilitacyjny daleki jest jeszcze od doskonałości; np. habilitanci z dużych ośrodków habilitujący się na swoim wydziale w siedmioosobowej komisji mają przeważnie trzech swoich kolegów, podczas gdy osoby z mniejszych uczelni – żadnego. Dlatego w moim przekonaniu niezwykłe pomocne byłoby wprowadzenie zasady, iż nie wolno się habilitować w miejscu swojego zatrudnienia. A już zupełnym skandalem pozostaje fakt, że po odmowie jej przyznania, tzn. uzyskaniu negatywnej oceny gremiów naukowych, habilitację można sobie wyprocesować. Niemniej są to mankamenty, które można stosunkowo łatwo poprawić, nie robiąc przy okazji rewolucji.

Tak naprawdę – w moim przekonaniu – problemem jest to, w jaki sposób odbywa się habilitacja, a nie konieczność istnienia tej lub analogicznej procedury.

Prof. dr hab. Stanisław Gałkowski jest filozofem, wykłada w Akademii Ignatianum w Krakowie.

Wróć