logo
FA 06/2020 Życie naukowe

Krzysztof Drabikowski, Wojciech Bal

Dolina śmierci ma się dobrze, ale można ją pokonać

Jeżeli badania proof of concept przyniosą sukces, to ich kontynuacja powinna być finansowana przez fundusze typu venture capital. W polskich realiach skalę finansową niezbędną do skutecznego działania takiego funduszu może zapewnić tylko duża instytucja publiczna, np. dla poszczególnych instytutów PAN mogłaby to być zreformowana PAN.

Do napisania tego artykułu skłoniły nas niedawne informacje prasowe na temat odkrycia nowego antybiotyku przez naukowców z MIT, reportaż w TVN o wyprowadzaniu publicznych funduszy przez inkubatory przedsiębiorczości, a także najnowsze doniesienia na temat nieprawidłowości w NCBR.

Na początku zastrzeżenia. Po pierwsze, nie przedstawiamy poniżej ani oficjalnego stanowiska Polskiej Akademii Nauk, ani Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN, w którym pracujemy, a jedynie nasze prywatne opinie. Po drugie, piszemy po części we własnym interesie, ponieważ sami odkryliśmy cząsteczki aktywne względem lekoopornych bakterii, w tym osławionego szczepu New Delhi, o wyższej aktywności i szerszym spektrum działania niż te opublikowane przez naukowców z MIT. Założyliśmy też start-up mający rozwinąć i skomercjalizować nasze odkrycia, ale od kilku lat nie możemy znaleźć źródła finansowania badań. Znaleźliśmy się w przysłowiowej Dolinie Śmierci. Dla Narodowego Centrum Nauki są zbyt „wdrożeniowe”, a dla Narodowego Centrum Badań i Rozwoju zbyt „podstawowe”.

Wyjaśnienie dla osób niezorientowanych: warunkiem koniecznym do uzyskania grantu NCN jest złożenie deklaracji, że wyniki projektu nie będą miały bezpośredniej przydatności praktycznej, a warunkiem koniecznym do uzyskania grantu NCBR jest finansowanie wyłącznie badań bezpośrednio aplikacyjnych. Sytuacje pośrednie nie mieszczą się w wyobrażeniu architektów i realizatorów systemu finansowania badań w Polsce. Twierdzimy, że ten system, tworzony i umacniany przez kolejne rządy RP, jest bezpośrednio odpowiedzialny za to, że pod względem innowacyjności polska gospodarka pozostaje na szarym końcu w Unii Europejskiej. Często można spotkać się z opinią, że za tę sytuację odpowiedzialny jest wyłącznie śmiesznie niski poziom nakładów na naukę w Polsce. Przez długi czas podzielaliśmy ten pogląd. Jednak bogatsi o własne doświadczenia stwierdzamy obecnie, że dosypanie dowolnych środków finansowych do obecnej struktury finansowania niewiele zmieni.

Żarówka i świeca

Jest tak dlatego, że owe pożądane „innowacje” i „wdrożenia” nie są realnym celem badań naukowych. Ich celem jest odkrywanie świata. Obowiązkiem naukowca nie jest bycie wdrożeniowym czy innowacyjnym, ale odkrywczym. Źródłem postępu technicznego, ekonomicznego i społecznego jest nieskrępowana swoboda twórcza uczonych i wynalazców. Istotne „innowacje” i „wdrożenia” są przeważnie produktem ubocznym odkryć czysto naukowych. Tak też było w naszym przypadku. Na początku badań nigdy nie wiadomo, czy i do jakich „innowacji” badania te doprowadzą, dlatego wolność badań naukowych jest tak ważna. Ale bez najlepszych i najbardziej odkrywczych badań nie będzie żadnych innowacji. Żeby uprzedzić polemistów, wyjaśnijmy tutaj, że chodzi nam o innowacje przełomowe, dające przewagę cywilizacyjną, a nie inkrementalne poprawki znanych rozwiązań. Jak stwierdził jeden z naszych poprzedników, żarówka nie powstała w wyniku prac rozwojowych nad świecą.

Z drugiej strony, jeśli odkrycie mogłoby doprowadzić do zysków komercyjnych, to podatnicy mają prawo oczekiwać, że ich środki nie zostaną zmarnowane, ale pomnożone. Dlatego należy stworzyć system, w którym potencjał „innowacyjności” polskiej nauki nie byłby marnowany, tak jak działo się dotąd i dzieje się obecnie. Kluczowe jest stwierdzenie, że naukowcy są kształceni i szkoleni, żeby zajmować się badaniami naukowymi, a nie wdrożeniami. Zapisy obowiązującej obecnie ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, tzw. Ustawy 2.0, zwłaszcza rozdział 6 tej ustawy, zachęcają naukowców do tego i chętnym powinno się umożliwić rozwijanie własnych firm. Nieliczni spośród nas objawiają wybitne talenty biznesowe. Ale podstawowym warunkiem efektywności jest przypisanie zadań do kompetencji. W tym wypadku chodzi w pierwszej kolejności o otoczenie odkrywców odpowiednią infrastrukturą: zespołami ludzi kompetentnych w dziedzinie identyfikowania i ochrony własności intelektualnej o potencjale „wdrożeniowym”, tak by można było udostępniać na warunkach komercyjnych (licencjonować) tę własność intelektualną z zyskiem dla społeczeństwa i w celu dalszego finansowania badań naukowych.

W obecnym systemie role te mają pełnić m.in. inkubatory wynalazczości, fundusze Bridge-alfa i tym podobne struktury współfinansowane ze środków publicznych przez NCBR i PARP. Jak wiadomo, m.in. w wyniku kontroli NIK, struktury te tylko w małym stopniu realizują pożądany cel, nie mówiąc już o działalności wątpliwie legalnej, opisanej we wspomnianym reportażu, a szerzej w dostępnym publicznie raporcie NIK (Małe efekty za duże pieniądze. NIK o wykorzystaniu środków publicznych na innowacje, publikacja na stronie www.nik.pl w dn. 30 lipca 2018 07:00) i w serwisie PAP „Nauka w Polsce” (NIK: pieniądze na innowacje źle wydawane, dostały je np. solaria i dyskoteka, naukawpolsce.nik.pl, aktualizacja 11.04.2019).

Ważne są nie tylko środki. Przysłowie „czas to pieniądz” nie wzięło się znikąd. W naszym systemie, jeżeli naukowcy odkryją coś niespodziewanego, to obecnie muszą napisać wniosek do jednej z niewielu agencji grantowych, potem dostać grant i zacząć prowadzić badania, które są odmienne od ich standardowej ścieżki (przypominamy, że tylko odkrycia nieprzewidywalne podlegają ochronie patentowej, która jest warunkiem sine qua non komercjalizacji). W najlepszym wypadku to minimum dwa lata, a potem następuje poszukiwanie od zera środków na rozwój. System grantów Tango (wspólna inicjatywa NCN i NCBR mająca rozwiązać ten ostatni problem) jest tak sztywny i powolny, że niczego nie rozwiązuje. W tym czasie ktoś inny na świecie może wpaść na podobny pomysł. Nauka nie jest polska i niepolska. Jest jedna, globalna. W dodatku niestety poufność nieopartej na zgłoszeniu patentowym własności intelektualnej we wnioskach grantowych jest iluzoryczna, pomimo odpowiednich klauzul, zastrzeżeń i paragrafów (znów mówimy na podstawie własnego doświadczenia). A ochrony patentowej nie można uzyskać bez twardych danych. Powstaje błędne koło, którego doświadczamy obecnie sami.

A jak to jest gdzie indziej?

Najbardziej innowacyjne uczelnie świata, takie jak Harvard, Stanford, MIT czy ETH w Zurichu, posiadają własne środki na rozwijanie pomysłów o potencjale komercyjnym. Na przykład z uniwersytetu Stanforda wypączkowały już tysiące firm, które nie tylko płacą opłaty licencyjne uniwersytetowi, ale co ważniejsze, tworzą nowe miejsca pracy i rozwijają gospodarkę. Spora część tych środków pochodzi z zysków z wcześniejszych wdrożeń. Ponieważ polskie uczelnie i instytuty PAN nie mają takich środków, a rodzimy przemysł jest innowacyjny w stopniu znikomym, to taki kapitał początkowy może pochodzić jedynie ze środków publicznych, obecnie ewidentnie marnotrawionych przez NCBR (w sensie skuteczności działań; nie zarzucamy tu nikomu i w żadnym wypadku działalności kryminalnej).

To uczelnie i nieobecne praktycznie w świadomości społecznej Instytuty Polskiej Akademii Nauk (35% wyników naukowych przy 7% udziału w strukturze zatrudnienia w nauce polskiej) powinny dysponować środkami na tworzenie innowacji. Po pierwsze, należy sfinansować wspomnianą wyżej infrastrukturę wynalazczości, czyli zatrudnić fachowców zajmujących się identyfikowaniem potencjału komercyjnego, analizą środowiska patentowego itp. Takie osoby muszą rezydować w danym instytucie lub uczelni, tak by mogły uczestniczyć we wszystkich wykładach i seminariach, a także oceniać potencjał komercyjny publikacji przed ich wysłaniem do publikacji (by zgodnie z obowiązującym prawem nie stracić możliwości uzyskania ochrony patentowej). Należy też udostępnić w sposób systematyczny, a nie w przypadkowo organizowanych konkursach, środki na ochronę patentową. Obecny stan prawny umożliwia co prawda instytucjom nauki tworzenie spółek celowych do rozwoju i komercjalizacji danego odkrycia. Samo stworzenie takich spółek celowych jednak nie wystarczy, co wynika z kolejnego raportu NIK (NIK: Spółki tworzone przez jednostki naukowe nie sprawdziły się dotychczas jako skuteczne narzędzie pozwalające na transfer wyników badań naukowych lub prac rozwojowych do gospodarki; publikacja na stronie www.nik.pl w dn. 11 stycznia 2019 07:00). Spółki te muszą dysponować realnymi funduszami do finansowania tych przedsięwzięć, zanim przyniosą one zyski. Z doświadczenia wiemy, że w dziedzinie nauk przyrodniczych przeprowadzenie badań typu proof of concept (sprawdzenie danego pomysłu) musi kosztować 50–100 tysięcy złotych na projekt. Istotna część tych przedsięwzięć upadnie lub nie doprowadzi do komercjalizacji, nie ma więc szans, by inwestorzy lub rynki finansowe były zainteresowane takimi inwestycjami. W przysłowiowo lukratywnej dziedzinie badań nad nowymi lekami sukces odnosi nie więcej niż 1% takich przedsięwzięć.

Jeżeli jednak jednostka badawcza miałaby fundusze na proof of concept, to można by te badania zacząć prowadzić od razu, a nie po kilku latach wypełnionych głównie czekaniem na decyzje o kolejnych transzach finansowania. Jeżeli badania proof of concept przyniosą sukces, to ich kontynuacja powinna być finansowana przez fundusze typu venture capital (VC). W polskich realiach skalę finansową niezbędną do skutecznego działania takiego funduszu (czyli zachowanie rentowności pomimo ryzykowności poszczególnych projektów) może zapewnić tylko duża instytucja publiczna, np. dla poszczególnych instytutów PAN mogłaby to być zreformowana PAN (prace nad szeroką reformą tej instytucji są obecnie prowadzone). Stworzenie funduszu venture capital dedykowanego instytutom PAN mogłoby być częścią tej reformy. Jak wspomnieliśmy wyżej, naukowcy, którzy będą chcieli się zająć osobiście wdrażaniem wynalazku, powinni mieć możliwość wsparcia przez macierzystą jednostkę, np. poprzez założenie spółki typu spin-off z pomocą jednostki, działającej poprzez swoją spółkę celową (ramy prawne takiego rozwiązania są zapewnione w Ustawie 2.0). W realiach Unii Europejskiej instytuty i uczelnie są traktowane jako duże przedsiębiorstwa, więc mając na uwadze europejski system grantów dla małych i średnich przedsiębiorstw, udział macierzystej jednostki nie powinien przekraczać 10%. Mając prawa własności intelektualnej i udziały w spółce swoich naukowców, instytucja naukowa może kontrolować, jak wydawane są publiczne pieniądze, a w dalszej perspektywie czerpać zyski z przychodów spółki, by finansować kolejne badania i innowacje, zachowując swoją misję badawczą.

Dr Krzysztof Drabikowski, Fot. Arch. prywatne

Jak zostanie przyjęty ten model?

Wiele projektów z dziedziny nauk przyrodniczych i technicznych wymaga milionowych inwestycji sprzętowych. Prywatny inwestor (niezależnie od tego, że obecny model finansowania sprawia, iż za sprawą NCBR polski prywatny inwestor inwestuje przeważnie publiczne pieniądze) nie jest chętny do tak dużych inwestycji. Bardziej zyskowne (dla przedsiębiorcy, nie dla społeczeństwa) i łatwiejsze jest inwestowanie w sektor np. gier komputerowych. Jeżeli jednak inwestycje sprzętowe będzie prowadzić spółka celowa instytutu bądź uczelni, to wzmocniona zostanie kontrola nad wydawanymi środkami publicznymi. W przypadku powodzenia przedsięwzięcia i sprzedaży technologii, ale i w przypadku niepowodzenia, to nie spółka pozostaje z niepotrzebnym już sprzętem, ale to sprzęt pozostaje w gestii instytucji nauki, gdzie może być wykorzystany do innych celów badawczych. Z drugiej strony nieuczciwi pseudowynalazcy nie będą mogli kupować wielkich telewizorów plazmowych jako urządzeń do wyświetlania obrazu, które po zamknięciu spółki ustawią w swoich domach (zasłyszany przykład z życia).

Prof. Wojciech Bal. Fot. Arch. prywatne

Zlokalizowanie spółek-córek danego instytutu czy uczelni na terenie macierzystej jednostki pozwoli też znacznie zminimalizować koszty logistyczne przedsięwzięcia, gdyż w wielu takich projektach jest potrzeba jedno– lub kilkurazowego skorzystania z danego urządzenia, które znajduje się w jednostce.

Jasne jest, że proponowany przez nas model, choć logiczny, oparty na faktach i w dużej mierze wzorowany na sprawdzonych rozwiązaniach zagranicznych, zostanie przyjęty nieufnie. Może mu być przypisana łatka „rozdawnictwa”, „szastania środkami publicznymi”. Pomijając fakt, że system obecny, jakoby zbudowany na szlachetnych przesłankach swobodnej konkurencji i niewidzialnej ręki rynku, jest w sposób oczywisty moralnym i materialnym bankrutem, możemy zaproponować pilotaż naszej propozycji. Pierwsze fundusze na badania proof of concept i na większe inwestycje mogłyby dostać jednostki, które już wprowadziły innowacje na rynek lub/i są posiadaczami międzynarodowych patentów (pomimo wszystko są takie). Po kilkunastu latach (to znaczy bardzo szybko) ta maszyna będzie się sama napędzać, sama finansować i kreować w Polsce gospodarkę opartą na wiedzy, a nie na taniej sile roboczej.

Zrównoważony rozwój na obszarach chronionychZrównoważony rozwój na obszarach chronionych Tłumaczona na pięć języków platforma edukacyjna skierowana do decydentów, rolników, gospodarstw agroturystycznych, przedsiębiorców, instytucji i organizacji pozarządowych powstanie w ramach międzynarodowego projektu badawczego, w którym bierze udział Państwowa Wyższa Szkoła Informatyki i Przedsiębiorczości w Łomży.W projekt zaangażowanych jest pięć państw: Niemcy, Hiszpania, Rumunia, Litwa i Polska, które tworzą konsorcjum SDGimp. Ma on wypełnić lukę pomiędzy teorią i praktyką poprzez stworzenie długofalowych rekomendacji na rzecz obszarów chronionych przyrodniczo (parków narodowych, parków przyrodniczych, biosfer). Chodzi o to, aby kapitał przyrodniczy tych miejsc, ich indywidualna specyfika, były systemowo chronione. Naukowcy z osobami zarządzającymi obszarami chronionymi wymodelują wspólny przekaz edukacyjny. Zostanie on udostępniony na wirtualnej i powszechnie dostępnej platformie, za której przygotowanie techniczne odpowiada strona litewska.– Zrównoważony rozwój jest centralnym dążeniem wielu rządów, instytucji gospodarczych i naukowych.Uświadamiamy sobie, że nasza więź z przyrodą, dbałość o nią, są po prostu priorytetowe – mówi dr Monika Surawska, psycholożka z PWSIiP w Łomży, która jest uczelnianym koordynatorem projektu.Do partnerstwa w nim uczelnia zaprosiła Narwiański Park Narodowy w Kurowie, który obejmuje cenny przyrodniczo obszar rozlewisk i bagien górnej Narwi. – Do lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku ten piękny obszar tworzony i chroniony był ręką stwórcy i ciężką pracą okolicznych rolników, był efektem ekstensywnej gospodarki, dziesięcioleci naturalnego wykaszania i wypasania łąk. Ludzie współtworzyli bioróżnorodność doliny Narwi. Ten proces się załamał, krowy zniknęły z polskiego pejzażu, łąki zarastają trzcinami i krzakami. Ekonomicznie nieopłacalne jest ich wykaszanie. Obecnie samodzielnie wykaszamy ponad tysiąc hektarów trzcin. Zachęcamy do tego rolników, są też specjalne programy rolno-środowiskowe. Świadomość ekologiczna rolników jest naprawdę wysoka, ale umiejętność tradycyjnego wykaszania mokradeł kosą posiadają tylko starsi gospodarze, którzy mawiają, że „kombajn to i profesor obsłuży, ale do kosy trzeba specjalisty…” – mówi Ryszard Modzelewski, od 15 lat dyrektor Narwiańskiego Parku Narodowego.Tymczasem naturalne wykaszanie łąk i rozlewisk sprawia, że powstają lęgowiska dla ptactwa wodno-błotnego, w tym błotnika stawowego, będącego symbolem Narwiańskiego Parku Narodowego. Sam park zlokalizowany jest przede wszystkim na gruntach prywatnych, ze sporym rozdrobnieniem struktury własności.– To kilkanaście tysięcy drobnych działek, które układają się w poprzek Doliny Narwi, z czego ok 65% stanowi własność prywatna. Prowadzenie ochrony w takich warunkach jest utrudnione. Dotychczas wykupiliśmy ok. tysiąca hektarów nieużytków. Ważna jest edukacja i spójny przekaz do właścicieli działek, do polityków, żebyśmy lepiej rozumieli specyfikę przyrody i dbali o nasze dziedzictwo przyrodnicze, byśmy mogli oddać następnym pokoleniom to, co od nich wypożyczyliśmy – podkreśla Modzelewski.Przedsięwzięcie pt. „System wspomagania decyzji dla wdrożenia celów zrównoważonego rozwoju na obszarach chronionych” realizowane jest w ramach programu ERASMUS+. Jego wartość to ponad 260 tys. euro, z czego blisko 30 tys. przeznaczone jest na działania polskiej strony.(wl)

Wróć