logo
FA 06/2020 Filozofia Wojtyły

z prof. Jerzym Gałkowski, filozofem, rozmawia Piotr Kieraciński

Chwytał życie na gorąco

Prof. dr hab. Jerzy Gałkowski (ur. w 1937) kierował Katedrą Etyki Społecznej i Politycznej na Wydziale Filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

Mamy dwa sposoby uprawiania filozofii: jeden jest nabudowany na znajomości piśmiennictwa innych filozofów, a drugi zakłada bezpośrednie odniesienie do rzeczywistości, wejście w rzeczywistość. Ja wolę to drugie podejście. Reprezentował je Wojtyła.

Czy możemy mówić o filozofii Karola Wojtyły?

Do pewnego stopnia tak. Jeśli o filozofii, to o Karolu Wojtyle, a nie Janie Pawle II, bo cała działalność papieska Wojtyły, pod względem zaplecza filozoficznego, była stworzona wcześniej, przed okresem papieskim. Potem do tego doszła teologia, co nie znaczy, że nie było jej wcześniej, ale proporcje były inne.

Jakby nie patrzeć, Wojtyła wykładał filozofię.

Tak, ale miał habilitację z teologii. Formalnie z teologii, bo materialnie z filozofii. To była ostatnia habilitacja na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, a dotyczyła Maksa Schelera, wybitnego fenomenologa niemieckiego, faktycznie zatem dotyczyła ona problematyki filozoficznej. Dość charakterystyczny jest tytuł: O możliwości zbudowania etyki chrześcijańskiej na podstawie systemu Maxa Schelera. Tam jest podwójny rozkrok poznawczy: pomiędzy tradycyjną metafizyką filozoficzną a fenomenologią oraz rozkrok między filozofią a teologią.

Wojtyła był fenomenologiem?

Nie. Wojtyła był także fenomenologiem.

A poza tym?

Do pewnego stopnia pozostał tradycyjnym arystotelesowskim tomistą. Dokonał syntezy tych nurtów.

A skąd u niego ten tomizm?

Źródła to seminarium krakowskie i Wydział Teologiczny Uniwersytetu Jagiellońskiego, a drugie to Angelicum, gdzie parę lat się kształcił i przygotował doktorat. Tam go jednak nie wydał i nie obronił. To się stało w Krakowie na UJ. Doktorat napisał na temat św. Jana od Krzyża. W tradycyjnej filozofii człowiek – bo to człowiek jest cały czas przedmiotem namysłu filozoficznego Wojtyły – jest widziany jakby z zewnątrz. Jako będący w relacji do świata, do Boga, do samego siebie, w postaci pewnych praw, obowiązków, różnych relacji. Natomiast u Jana od Krzyża, ale i innych mistyków, ogląd człowieka jest jakby od środka. I to łączy mistyków z fenomenologią ale także z egzystencjalizmem, bo taka jest kolejność: mistycyzm chrześcijański, egzystencjalizm, fenomenologia. Ważne jest to, jak człowiek przeżywa życie: pewne fakty i zdarzenia, wartości. Jeśli się mówi o wolności, to jak człowiek przeżywa wolność, jak ona się w nim tworzy; jeśli się mówi o poznaniu, to jak on to przeżywa i konstytuuje, jak ono się realizuje u człowieka. Synteza jednego z drugim – tomizmu i fenomenologii; zewnętrznego i wewnętrznego, różnica jest w akcentach oglądu rzeczywistości – to istota metodologiczna myśli Wojtyły, a chodziło o to, aby możliwie w pełni spojrzeć na człowieka: kim jest, jak działa, jak bytuje. Słowo „przeżycie” jest jednym z głównych motywów filozofii Wojtyły. Chodzi o przeżycie w sensie psychologicznym, a nie fizjologicznym, biologicznym. Jego widzenie człowieka jest całościowe. Według niego spojrzenie tradycyjnej filozofii tomistycznej czy arystotelesowskiej nie było całkiem pełne, ale i fenomenologiczne też nie. Razem się dopełniają. Antropologia Wojtyły uwzględniała te dwa sposoby rozumienia człowieka. Pierwotne rozumienie człowieka było wyrażane w trzeciej osobie – oni; kolejne, czyli od Kartezjusza, w pierwszej osobie – ja, a teraz jest w drugiej osobie – ty. Jestem przekonany, że w Wojtyły widzeniu człowieka nastąpiło zjednoczenie nie tylko tradycyjnych nurtów filozofii, ale zjednoczenie sposobu widzenia: ja, ty i on, ale także my, wy, oni; spojrzenia z zewnątrz, jakby na rzecz, i od wewnątrz, jakby to była czysta psyche i wgląd w siebie przez innego.

Czy jest tu motyw subiektywizmu?

U Wojtyły jest rozróżnienie między subiektywnością a subiektywizmem. Subiektywność oznacza po prostu, że człowiek jest podmiotem swojego rozumowania, uczucia, działania, woli. A subiektywizm to widzenie świata przez okulary człowieka zamkniętego w swojej świadomości. Muszę dodać do tego jeszcze jedną postać: mianowicie Kanta. Bardzo z nim walczył Max Scheler. Wojtyła doszedł do wniosku, że koncepcja osoby jest u Kanta punktem odniesienia, istotą rozumienia człowieka. Mamy zatem kolejną, czwartą inspirację filozofii Wojtyły. Nadaje to wyjątkowe znaczenie człowiekowi, zwane godnością, które jako podstawowy wyróżnik człowieczeństwa w sposób nieodłączny przysługuje każdemu bez względu na aktualną sytuację życiową. Dopiero na tym nabudowują się inne nabyte właściwości i wartości.

Czy antropologia Wojtyły jest realistyczna, czy idealistyczna?

Zdecydowanie realistyczna, ale trochę inaczej niż u Krąpca i tomistów. U nich chodzi o widzenie świata wprost, o zaufanie do najbardziej naturalnego poznania. U Wojtyły realizm poznania człowieka został nie tylko utrzymany, ale nawet pogłębiony rozwiniętym doświadczeniem: zewnętrznym i wewnętrznym, oraz przez doświadczenie, czyli widzenie siebie niejako oczami drugiego, a także przez własne doświadczanie drugiego. Każdemu doświadczeniu zmysłowemu, mówi Wojtyła, towarzyszy rozumienie: dotykam twardego przedmiotu, ale równocześnie rozumiem, co to jest twardość.

Skąd Wojtyła wziął się na KUL-u? Przecież pozostawał w stosunku do filozoficznej szkoły KUL-owskiej jeśli nie w opozycji, to przynajmniej w krytycznym dyskursie.

Do tej szkoły należeli w pierwszej kolejności Stefan Swieżawski, Mieczysław Krąpiec, Stanisław Kamiński i Jerzy Kalinowski, a później także inni, np. Antoni Stępień. Prof. Swieżawski mieszkał wówczas w Krakowie. Został poproszony na recenzenta habilitacji Wojtyły. Poznał zatem wcześniej jego formację intelektualną i zareklamował go na KUL. W 1954 roku Wojtyła został zaproszony w celu poprowadzenia wykładów monograficznych z etyki – ich pokłosiem jest publikacja pod tytułem Wykłady lubelskie. Sytuacja zmieniła się jesienią 1956 roku, z KUL-u odszedł szef Katedry Etyki, dominikanin ojciec Feliks Bednarski. Od lat był zapraszany na Angelicum, ale nie dostawał od władz paszportu. Zatem gdy tylko go dostał, natychmiast wyjechał, bo nie wiadomo, czy sytuacja za chwilę nie zmieniłaby się niekorzystnie. Wykłady kursoryczne, czyli podstawowy wykład z etyki, objął Karol Wojtyła. Ja akurat wtedy przyszedłem na studia. Miałem porównanie: najpierw miesiąc czy półtora słuchałem wykładów dość kostycznego o. Bednarskiego – bardzo suchych, pełnych dystynkcji i podziałów. Wojtyła na wykładzie chwytał życie na gorąco. Pierwszy kładł nacisk na metodologię, a drugi na samą treść etyki, na jej odniesienie do zwykłego życia i jego problemów, odnosił się do samej istoty kwestii etycznych.

I tak trafił pan do Wojtyły?

Przyszedłem na KUL po krótkich studiach na politechnice i długiej chorobie. Chodziłem na wszystkie możliwe zajęcia. Na początku zachwyciłem się ojcem Krąpcem, to był wspaniały wykładowca. Ale przecież inni, Swieżawski, Kurdziałek, też byli wspaniali. Jednak to zajęcia, nie tylko wykłady, z Wojtyłą pociągały mnie najbardziej. Pamiętam ćwiczenia z Etyki nikomachejskiej Arystotelesa (akurat wówczas ukazało się nowe, pełne tłumaczenie Danieli Gromskiej – red.). Przez rok zrobiliśmy komentarz może do jednej strony. Ale jak dokładnie wgryzaliśmy się w każde słowo, każde sformułowanie! Odsłaniała się głębia tekstu, która podczas normalnej lektury po prostu nie była nam dostępna. To było prawdziwe filozofowanie. W 1958 r. Wojtyła został biskupem pomocniczym. Wtenczas zaczęły się schody. Nie był w stanie regularnie przyjeżdżać do Lublina. Wykłady i seminaria trwały wówczas nawet cały dzień; wiem, że dzisiaj trudno to sobie wyobrazić. Potem na seminaria jeździliśmy także do Krakowa. Odbywały się w kurii biskupiej na ul. Franciszkańskiej 3 lub metodą perypatetycką w górach. Pierwotnie miał mieszkanie na Kanoniczej, ale przeniesiono go, gdy został biskupem. On nigdy nie protestował w takich prostych sprawach, był zgodny. W tym czasie zaczął też pisać swoje podstawowe dzieło Osoba i czyn. W różnych relacjach na temat jego sposobu wykładania słychać narzekania: jakie to było trudne, jakie niezrozumiałe! Tymczasem uczestnicy jego wykładów byli faktycznie świadkami powstawania tej książki. Tworzył ją także podczas zajęć ze studentami. Wojtyła przyjeżdżał z gotowym planem, co ma wykładać, ale podczas wykładów cały czas myślał twórczo, coś zmieniał. Na KUL-u mamy „jaskinię tomizmu” z gotowym aparatem poznawczym, a u Wojtyły to nie była gotowa potrawa, podana do konsumpcji, pokazany był także proces przygotowania tej potrawy. Nie dla wszystkich było to łatwe do przyjęcia, ale ci, którzy przetrwali, którym odpowiadało uczestniczenie w procesie intelektualnym, a nie tylko konsumpcja jego efektów, zwykle pozostawali już pod jego wpływem.

Od niepamiętnych czasów na KUL-u były Tygodnie Filozoficzne, na które zjeżdżali ludzie z całej Polski, głównie dla pewnej atmosfery wolności, odmienności od świata obowiązkowego marksizmu panującego na innych uniwersytetach. W 1958 roku garstka tych, którzy przyjechali, przypadła sobie do gustu. Było nas pewnie ze trzydzieści osób. Postanowiliśmy spotkać się na wspólnych wakacjach, na które zaprosiliśmy też naszych wykładowców. Pojechaliśmy do Świętej Lipki, a z nami Wojtyła, Kamiński, Stępień. I Wojtyła przywiózł ze sobą maszynopis książki Miłość i odpowiedzialność. Powiedział: to jest książka, która będzie interesowała głównie młodych. Chciałbym ją napisać tak, żeby to do nich przemawiało. Przedstawiali ją studenci, mnie przypadł do zreferowania drugi rozdział. Dyskutowaliśmy nad nią bardzo ostro. Kamiński dbał o precyzję, Stępień o dystynkcje – trzeba było trzymać w ryzach tę dyskusję. Po ukazaniu się książka cieszyła się wielkim powodzeniem, ale też od razu została zaatakowana przez ks. prof. Stanisława Witka, moralistę z teologii, jako nieprawomyślna, gdyż wychodzi poza naukę Kościoła. W 1930 r. ukazała się encyklika Casti connubi Piusa XI o małżeństwie, w której było powiedziane, że celem małżeństwa jest prokreacja, płodność. Tymczasem Wojtyła napisał tak: prokreacja też, ale przecież małżonkowie odnoszą się do siebie z miłością. A na czym ona polega? Na tym, że człowiek stara się być dla drugiego. Małżeństwo widziane z tej strony to wzajemna pomoc, stałe towarzyszenie. Po łacinie to brzmi: mutuum adiutorium. Człowiek nie ma przecież jedynie narzuconych z zewnątrz norm i celów, on je przeżywa w sobie, sam na siebie przyjmuje i to nie tylko intelektualnie, lecz także emocjonalnie i wolnościowo. To się z niego bierze i w nim odbywa. Co znaczy, że małżeństwa mają być płodne? Nie chodzi tylko o to, że mają rodzić dzieci, ale wzajemnie się rodzić, wzrastać dzięki sobie. Do końca życia została mi w głowie taka myśl z wykładu Wojtyły: jeśli kochasz, to zrób wszystko, o co cię ta druga, kochana osoba prosi, niezależnie od tego, czy to dla ciebie miłe, czy nie – rób wszystko, ale zło jest granicą nieprzekraczalną. Ta wzajemność świadczeń dobroci była czymś charakterystycznym, tajemniczym punktem jego etyki, wyrastającym z jego antropologii. Stąd tak dobrze pasowało mu kantowskie widzenie osoby. Druga osoba jest kimś tak ważnym, że nie można jej pominąć, zlekceważyć w swoim działaniu.

To nawiązanie do personalizmu?

Wojtyła znał z pewnością francuskich personalistów, ale tego nie widać w jego publikacjach, jego relacje z personalistami są nieuchwytne. W jego publikacjach jest zdumiewająco mało przypisów. Mamy dwa sposoby uprawiania filozofii: jeden jest nabudowany na znajomości piśmiennictwa innych filozofów, a drugi zakłada bezpośrednie odniesienie do rzeczywistości, wejście w rzeczywistość. Ja wolę to drugie podejście. Reprezentował je Wojtyła. W tym nurcie mieści się zarówno nowoczesny tomizm jak i fenomenologia, uznające za podstawę myślenia bezpośrednie doświadczenie, choć przecież nieco odmiennie je interpretując. Z punktu widzenia filozofii może szkoda, że Wojtyła został biskupem i papieżem. Oczywiście dla kościoła i świata to była ogromna korzyść.

Czy Wojtyła był personalistą?

W najszerszym sensie, czyli takim, że osoba jest w centrum, tak. To jest pełne widzenie człowieka. Jest on rzeczywistością całościową, jednorodną, ale złożoną. W tradycyjnej filozofii mówi się o naturze człowieka, że to istota ujęta jako źródło działania. Wojtyła to przyjął. Ale gdy zaczął analizować działanie człowieka, zauważył pewną dwoistość: coś, na co człowiek nie ma wpływu, dzieje się w nim spontanicznie, np. bicie serca, oraz istnieje czyn – tak to określał Wojtyła – będący wyrazem świadomej woli: ja chcę. Właśnie to drugie pokazuje osobową naturę człowieka. Takie jest jego ujęcie personalizmu. Wewnętrzność człowieka, jego osobowość powoduje, że jest on najdoskonalszym, najwyższym bytem na Ziemi. Dlatego też osoba jest najwyższym celem na tym świecie. Osoba a nie instytucje: państwo, Kościół, organizacje społeczne. To one są dla człowieka, a nie na odwrót.

Dochodzimy już do Osoby i czynu.

Prócz tego człowiek istnieje w sposób społeczny, nie może żyć poza relacjami z innymi ludźmi. Pozostaje jeszcze relacja człowieka do Boga.

To stara prawda.

Tak, ale u Wojtyły została wzbogacona bardzo interesującymi analizami, uzyskała nowy wymiar i wzbogaciła jego antropologię. To są zdumiewająco subtelne refleksje i analizy. Człowiek jest nie tylko biologiczno-duchowy, jest też jednostkowo-społeczny; mało: jest niepowtarzalny. Profesor Swieżawski powiedział, że Pan Bóg nie jest mennicą, która wytłukuje takie same monety. Jest artystą, który osobno kształtuje każdego człowieka. Dotyczy to każdego z nas, dlatego każdy jest nieco inny. Poznane wartości, normy moralne, które są ogólne, każdy jest zobowiązany dopracować, ująć osobiście. To jest podłożem demokracji i tolerancji, szacunku dla drugich.

Jak się robi doktorat u biskupa?

Nie wiem. To się działo samo. Zrobiłem magisterium na seminarium Wojtyły, ale ponieważ on był wtedy na Soborze Watykańskim Drugim, to formalnym promotorem był kto inny. Potem zostałem na seminarium doktorskim i miałem to szczęście, że zatrudniono mnie na KUL-u, dzięki czemu mogłem pozostać w tym niezwykłym filozoficznym środowisku.

Czy uważa się pan za kontynuatora myśli Wojtyły?

Powiedziałbym ostrożnie: zobaczyłem w jego koncepcji tak wielką wartość, że staram się jej trzymać. Na ile wiernie, a na ile biernie – powinni ocenić inni. Staram się pójść dalej jego drogą, co nie znaczy, że podążam za nim krok w krok. Pełna wizja człowieka to coś, co mnie pociąga w jego myśli i prowokuje do kontynuacji. Nastawienie na biednych, poszkodowanych to jedno, w tym mieści się także problem pracy. Drugie – praca jest przyczyną lub warunkiem tworzenia potrzebnych wartości. Dlatego powiedział, już jako papież, że praca jest podstawowym wymiarem bytowania człowieka na Ziemi (Laborem exercens). Praca, jej rezultaty, jej uprawnienia i powinności dotyczą każdego, są nieodłączne od człowieka.

Właściwie już na początku naszej rozmowy pojawiło się napięcie między wiarą a rozumem.

Wiara była dla Wojtyły pewnego rodzaju inspiracją intelektualną, może nawet wyzwaniem do zrozumienia. Jednak nie można żywcem przenosić tez teologii do filozofii, jeśli nie można ich ująć w sposób naturalny. W filozofii jednak, w poznaniu naturalnym, pojawia się pewna granica, której nie da się przekroczyć. Dopiero wówczas widać, że wiara jest niezastępowalna. Pole dla filozofii jest ogromne. Gdy Wojtyła mówi o miłości, to przychodzi mi na myśl hymn do miłości św. Pawła. W tym miejscu filozofia i wiara się spotkały. Ale to nie było wyrachowane, wydumane. To nastąpiło w sposób naturalny.

Czy gdzieś uprawia się filozofię Wojtyły?

Boleję nad tym, że on jest w gruncie rzeczy tak nieznany.

Czy istniały relacje między Ingardenem a Wojtyłą?

Myślę, że tak. I chodzi nie tylko o metodę filozoficzną czy fizyczne spotkanie tych dwóch panów w Krakowie, ale o coś więcej. Mam na myśli zwłaszcza słynną Książeczkę o człowieku Ingardena, która jest tak bliska intelektualnie Wojtyle. Wiem, że Ingarden cenił pracę O odpowiedzialności Wojtyły. Poza tym jest pewna wspólnota widzenia kultury i sztuki, zwłaszcza literatury.

Da się pokazać koncepcje kultury Wojtyły?

Tak. To widzenie człowieka, który staje się, wzrasta i się spełnia. Kultura jest tego czynnikiem z jednej strony, a rezultatem spełniania się człowieka z drugiej. Kultura rośnie dzięki temu, że człowiek się spełnia. Ale też kultura buduje, rozwija człowieka od wewnątrz, w nim rośnie. Istnieje relacja zwrotna między kulturą i człowiekiem. Człowiek tworzy kulturę, ale ona też go kształtuje. No i wreszcie: centrum kultury jest moralność. Kultura rozkwita najpełniej, eksploduje na poziomie moralności.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

Wróć