logo
FA 05/2020 Informacje i komentarze

Piotr Stec

W nowym opakowaniu

Źródło: UO

Wiara w to, że zmiana przepisów zmieni ludzi jest miła, ale naiwna. Doświadczenie uczy, że rewolucja często polega na zastąpieniu starej sitwy nową.

Niektóre zarazy mają charakter sezonowy i nawiedzają nas w regularnych odstępach czasu. Jedną z nich jest dyskusja o stopniach i tytule naukowym oraz ścieżkach kariery akademickiej. Kiedyś objawiała się co pokolenie, teraz praktycznie co kwartał. Sprowadza się ona do wspólnego mianownika: „zróbmy, żeby było jak na Zachodzie”, a każdy z jej uczestników, wliczając pewnie i piszącego te słowa, ma jakąś wizję akademickiego Opactwa Telemy, jak nie w wersji Franciszka Rabelais to Aleistera Crowleya. (Moja jest prosta: dostęp do źródeł, ekspres do kawy, nieograniczone fundusze i proszę mi nie zawracać głowy punktami, stopniami i awansami. Mam ciekawsze rzeczy do zrobienia niż kolekcjonowanie kolejnych tubek z dyplomami. He/She who dies with the most degrees & titles still dies, a ja niekoniecznie chcę być najbardziej utytułowanym nieboszczykiem na cmentarzu.) Problem w tym, a jest to tylko pierwszy z wielu, że prawo to nie fizyka. Nie ma jednego słusznego zbioru reguł. Importowanie obcych rozwiązań prawnych jest sztuką dobrze znaną prawnikom komparatystom. Zwykle mówimy o niej jako o legal transplants, co bardziej medycznie usposobieni prawnicy tłumaczą jako transplantacje prawnicze, a ci z nas, którzy wolą uprawiać swój ogródek, jako flancowanie. Niezależnie od tego, który obraz bardziej przemawia do czytelnika, prawo, transplantologia i ogrodnictwo mają jedną cechę wspólną: nie wszystko da się zrobić metodą „kopiuj – wklej”. Świetnie wiemy, że nie każdy organ można przeszczepić, a jak się da, to dawca i biorca muszą być zgodni, w dodatku biorca potem wymaga stałej opieki medycznej. Żaden rozsądny ogrodnik nie poprze też dziś pomysłów łysenkistów i nie powie, że wystarczy kupić nasiona, na polskich nizinach będziemy zbierać ryż, a w Tatrach uprawiać kawę (Burzliwe dzieje gruszek na wierzbie (redPor), https://wyborcza.pl/1,75400,524313.html, odsłona 29.05.2020), prawda? Jednocześnie ci sami ludzie, którzy wyśmialiby takie pomysły jako szarlatanerię, myślą, że można przenieść dowolny kawałek obcego systemu prawnego, wpisać do polskiej ustawy, ignorując zupełnie historię, kontekst kulturowy tudzież reguły rządzące systemem, który kopiujemy i będzie „jak na Zachodzie”.

Popatrzmy zatem, jak w dużym uproszczeniu mogą wyglądać systemy, z których możemy skopiować ścieżki kariery i jak na ich tle wygląda twórczość krajowa.

Model nr 1 – imperialny, z silną centralizacją procedur awansowych, centralnym ciałem odpowiadającym za awanse i uczonymi będącymi urzędnikami państwowymi podzielonymi na gildie niczym rosyjscy kupcy w XIX w. Do tego dochodzi klasyfikacja dyscyplin gorsza niż u Deweya. Awanse są sformalizowane i każda kolejna reforma komplikuje obraz. We Francji po zreformowaniu wszystkiego po raz kolejny coś w rodzaju habilitacji (doctorat d’État) zastąpiła l’habilitation à diriger des recherches (HDR), bardziej ponoć liberalna. Oczywiście dla prawa, zarządzania i politologii jest wyjątek i tam po staremu można awansować przez concours d’agrégation. Na ten model prawdopodobnie zapatrzyli się Rosjanie ze swoją Centralną Komisją i stopniami kandydata i doktora nauk, a potem w pewnym stopniu i my. Frankofilów wśród prawników nie brakuje.

Model nr 2 – germański. Istnieje stały system rang, ale decydowanie kto ma być doktorem, docentem i profesorem, jest w zasadzie w gestii uczelni. Uczony jest urzędnikiem, który od pewnego etapu dostaje pełną samodzielność i w ramach swojego stosunku pracy jest praktycznie nieusuwalny. Niezależność w tym systemie symbolicznie podkreśla mianowanie na stopień urzędniczy profesora przez głowę państwa w ramach jej konstytucyjnych kompetencji. Profesor, podobnie jak sędzia czy oficer, służy państwu niezależnie od bieżących koniunktur politycznych.

Model 3 – nazwijmy go zakładowym: jest konsensus co do tego, jak nazywają się stanowiska służbowe, ale nie ma rozbudowanej hierarchii stopni i tytułów. Jest doktorat jako stopień ostateczny, gdzieniegdzie uzupełniany przez alternatywne doktoraty praktyczne różnego kalibru, równoważne klasycznemu lub nie. W awanse państwo zasadniczo się nie wtrąca, a każda uczelnia ustala własne reguły gry, dostosowane do jej misji i miejsca w hierarchii dziobania. Promować doktorów może w zasadzie każdy, komu uczelnia pozwoli. Niektóre, i to całkiem niezłe, uniwersytety nie wymagają od promotora nawet doktoratu.

Model 4 – hybrydowy: jest organ centralny odpowiedzialny za tytuły i stopnie, ale pracownicy są zwykłymi etatowymi pracownikami nie podlegającymi szczególnej ochronie. Jest wyższy stopień naukowy, ale nie jest konieczny do awansu na profesora, za to tytuł profesora po staremu przyznaje prezydent, ale już nie w ramach swoich konstytucyjnych prerogatyw. Autonomia uczelni jest bardzo mocno ograniczona przez istnienie organu centralnego, ale uniwersytety mają dużą swobodę w kreowaniu polityki kadrowej. Czyli uroczy, krajowy galimatias.

System z centralnym organem ułatwia sterowanie uczelniami publicznymi. Ale w takiej sytuacji – trzeba powiedzieć to sobie wyraźnie – autonomia jest fikcją, a uczony jest urzędnikiem publicznym. Systemy z habilitacją i profesurą zapewniają w teorii porównywalność kwalifikacji, no i pozwalają zawęzić pulę kandydatów na stanowisko do tych, którzy spełniają minimalne kryteria. Za to utrudniają wejście do systemu ludziom, którzy kariery robili w krajach „bezhabilitacyjnych”. Problem ten łagodzi się, wprowadzając rozmaite zastępcze ścieżki awansu, w których trzeba wykazać się osiągnięciami analogicznymi do tych, które są podstawą habilitacji, tylko nie używamy tego brzydkiego słowa. W modelu „zakładowym” nie mamy tych problemów, mamy jednak mniejszą ostrość kryteriów awansu i w każdym miejscu pracy trzeba zgadywać, co robić, żeby przejść wyżej. Brak ustawowej regulacji awansów łączy się często także z systemem zarządzania, w którym społeczność akademicka jest albo odpodmiotowiona, albo ma ograniczony wpływ na rzeczywistość. W konsekwencji pozycja prawna uczonych w takiej organizacji jest słabsza.

Każdy z tych systemów wyrósł w innej kulturze politycznej i prawnej, każdy z nich był przeszczepiany za granicę z różnymi skutkami. Nawet habilitacja nie jest żywą skamieliną – wprowadzili ją niedawno Włosi i Rumuni. We wszystkich tych systemach pojawiają się podobne problemy: blokowanie awansów, koterie, nieprzejrzyste reguły gry. W żadnym chyba z krajów reformujących system zmiana przepisów nie spowodowała przezbrojenia moralnego. Ba, są nadal takie (i to przodujące!), w których niezbyt swojsko brzmiące nazwisko może przekreślić szanse na etat i awans. Wszędzie też, choć z różnym natężeniem, pojawiają się „brudne wspólnoty”. Dlatego prosta zmiana modelu awansu wywoła takie skutki, jak obcinanie bojarom bród przez cara Piotra. Francuzami się nie stali, za to byli ogoleni i wściekli. Wiara w to, że zmiana przepisów zmieni ludzi jest miła, ale naiwna. Doświadczenie uczy, że „brudne wspólnoty” wykazują się dużą trwałością, a rewolucja często polega na zastąpieniu starej sitwy nową, której członkowie, mimo najlepszych z początku chęci, po prostu wejdą w istniejącą kulturę organizacyjną i staną się nowymi despotami, gorliwie tępiącymi złogi starego systemu i promującymi swoich.

Wspólne dla wszystkich tych systemów jest jedno – to członkowie cechu, mistrzowie, decydują o tym, czy wyzwolić czeladnika z terminu. I jest obojętne, czy robią to w bardziej, czy mniej formalnej procedurze, czy czeladnik dostaje licentiam ubique docendi, czy tylko status mistrzowski na swojej uczelni. Zasada pozostaje ta sama. Przepis nadaje jej tylko formę mniej lub bardziej praktyczną.

Istotne jest co innego: jak wygląda kultura cechu? Czy mistrzowie dbają o czeladników, czy rozwijają – przepraszam za nowomowę – coaching i mentoring? Czy młodszy kolega lub koleżanka są kolegami właśnie, czy konkurencją w walce o władzę, fundusze i prestiż? Póki nie wymyślimy, jak zmienić kulturę cechu na bardziej przyjazną, nie dłubmy za bardzo przy systemie awansów. Najwyżej poprawmy parę oczywistych niedoróbek. Jeśli bowiem będziemy zmieniać formę przy niezmienionej treści, dostaniemy to samo, co już mamy, ale w nowym, błyszczącym opakowaniu.

Dr hab. prof. UO Piotr Stec jest prawnikiem, dziekanem Wydziału Prawa Uniwersytetu Opolskiego. Specjalizuje się w prawie własności intelektualnej i prawie cywilnym porównawczym.

Wróć