logo
FA 05/2020 Felietony

Piotr Müldner-Nieckowski

Co lekarz robi z milionem pacjentów

W latach siedemdziesiątych XX w. byłem asystentem na Akademii Medycznej w Warszawie (dziś Warszawski Uniwersytet Medyczny) i jako lekarz zainteresowany filozofią w medycynie zajmowałem się między innymi deontologią lekarską, czyli etyką zawodową. Mój profesor, wtedy docent, szef przedmiotów takich jak historia medycyny i etyka lekarska, Marcin Łyskanowski, wpadł na pomysł, żeby zrealizować nasz wspólny pomysł sprzed paru lat. Chodziło o stworzenie na Wydziale Lekarskim zajęć polegających na analizie trudnych sytuacji moralnych występujących w praktyce lekarskiej. Studenci mieli mieć w nich swoje role jako „lekarze i pacjenci”, a ja i ewentualnie jakiś starszy, doświadczony klinicysta korygować ich zachowania, komentować je i prowokować dyskusję. To się udało i sądziliśmy, że bardzo się podoba.

Byłem szczęśliwy, słuchając pozytywnych opinii, i wkładałem mnóstwo pracy w opracowywanie scenek, które mogłyby być wykorzystywane w takich ćwiczeniach. Starałem się też sam możliwie dużo uczyć z opisów przypadków, komentarzy, relacji sądowych lub prasowych, a nawet powieściowych, jednocześnie śledząc własną praktykę lekarza internisty w szpitalu i lekarza rejonowego w przychodni. Szczególnie dotkliwe i zdejmujące łuski z oczu były doświadczenia udokumentowane w materiałach sądowych i rozstrzygnięciach komisji rzetelności (etyki) zawodowej, które działały przy wydziałach zdrowia rad miejskich i powiatowych.

Na przykład na jednym z wykładów pokazałem studentom wyjęte z akt zdjęcia rentgenowskie, na których było widać płuca i jamę brzuszną noworodka ponakłuwane kilkudziesięcioma igłami do szycia (z widocznymi uszkami), wbitych przez chorą psychicznie matkę. Byli przerażeni. Z opisu sądowego dowiedzieli się bowiem, że w ciągu wielu miesięcy nie zauważyło tego aż ośmiu lekarzy, a cierpiące na ropnie niemowlę otrzymało w sumie niemal kilogram antybiotyków i miało osiemnaście bezskutecznych operacji (a wystarczyłaby jedna). Po takim wprowadzeniu następowały dwie-trzy wyreżyserowane scenki, które miały studentom uświadomić, na czym polegały błędy lekarskie związane z tą sprawą, kto i w jaki sposób mógł stać się winny wadliwej postawy, fałszywego działania, błędu w sztuce.

Wszystko szło wspaniale do momentu, kiedy pewna grupa studencka przyszła nastawiona negatywnie. Jeszcze zajęcia się nie zaczęły, gdy jej przedstawiciel zapytał, czy może się zapisać na liście obecności i od razu wyjść, to znaczy, czy może nie uczestniczyć w „tych idiotycznych ćwiczeniach”. Moment zastanowienia (mam nadzieję dla nich niezauważalny) zadecydował, że odparłem: „Tak, każdy może wyjść, jednak pod warunkiem że uzasadni ten krok”.

Chciałem wiedzieć, jakie błędy popełniam lub w co się wpakowałem, organizując taki rodzaj zajęć. Miałem też nadzieję, że
może ujawni się jakieś nieporozumienie, skutek mojej niewiedzy, błędu strategii i może dowiem się o nieznanych mi emocjach towarzyszących krążącej po uczelni opinii o ćwiczeniach. Niestety nie umieli nic wyjaśnić, bełkotali ogólniki, ale w końcu wstała dwudziestotrzyletnia kobieta o twarzy tak naładowanej agresją, że od razu miałem odpowiedź na pytanie o moc emocji. Była wielka. Jeszcze mnie nie poznali, a już z góry wiedzieli, co będzie: niechybnie zaproponuję jakiś faszyzm. Zatem ktoś im naplótł bzdur.

Pani ta twierdziła, że będę próbował ich zmusić, aby zostali aktorami i udawali kogoś, kim nie są, oraz myśleli to, czego nie myślą, czyli kłamali zarówno w życiu, jak i praktyce zawodowej, a wobec tego prezentowali postawy, które z moralnością, prawdą, wolnością i dobrem nie mają nic wspólnego; co najwyżej z „aktorskim udawaniem”. Podkreśliła, że aktorzy to nie są ludzie, którzy żyją tak, jak grani przez nich bohaterowie, a wobec tego niczego nie mogą się ze swej gry nauczyć. Lekarz, jej zdaniem, nie może być aktorem ani się też kierować wyssanym z palca kodeksem etyki lekarskiej, stworzonym przez sowiecki związek zawodowy służby zdrowia. To ostatnie było akurat trochę prawdą, choć w rzeczywistości kodeks ten był napisany całkiem nieźle, i to w duchu przedwojennym (tyle że wyjęto z niego Boga). Tak czy inaczej ani ona, ani jej koledzy aktorami nie chcieli być i wyszli.

Tak, dziwne rzeczy mogą się ludziom przyśnić. Trzeba było temu przeciwdziałać. Po ochłonięciu zastosowałem miniwykład startowy. Okazało się to skuteczne, bo ci sami studenci w następnym semestrze poprosili „jednak o pokazanie im teatrzyku lekarskiego”. Pewnie przeprowadzili tak zwaną giełdę i się dowiedzieli, że coś pomylili.

Modelową scenkę (zawsze inną, nową, żeby samemu nie sczeznąć z nudów) i dyskusję o niej zacząłem poprzedzać trzykrotnie wypowiedzianym objaśnieniem, za każdym razem innymi słowami, czyli dobitnie. Raz nie wystarczało. Mówiłem, że nie chodzi o to, aby studenci uczyli się stereotypowego działania według wyuczonych schematów, bo zebranie takich modeli i ich opisanie jest niemożliwe ze względu na niepoliczalną liczbę możliwych sytuacji. Nie da się utworzyć schematów aktorskich. Chodzi natomiast o uzmysłowienie kandydatom na lekarzy, z czym będą mieli do czynienia naprawdę i czym to się będzie różnić od podręcznika akademickiego. I że zawsze będą musieli zaczynać od nowa: najpierw błyskawiczna wstępna refleksja moralna, potem zastosowanie reguł wiedzy naukowej, wreszcie etyczna analiza skutków działania. Niech im przyświeca maksyma: „Lekarz, mając w życiu nawet milion pacjentów, musi tę procedurę zastosować co najmniej milion razy”.

e-mail: lpj@lpj.pl

Wróć