logo
FA 05/2020 Życie akademickie

Marek Misiak

Redaktorzy i tłumacze

Sytuacja nabiera dramaturgii, gdy tłumaczenie – z reguły jakiegoś drobniejszego tekstu – jest wykonywane w ramach przysługi, a nie za pieniądze. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, zatem pole manewru jest węższe.

Fot. Stefan Ciechan

Gdy byłem jeszcze dzieckiem, a potem nastolatkiem, wielokrotnie słyszałem (głównie od mężczyzn): „Chcesz, żeby coś zostało zrobione dobrze? Zrób to sam!”. Dopóki chodzi o kwestie małe i codzienne, faktycznie można nie delegować zadań. Jeszcze w kole naukowym jakoś się to sprawdzało – nie organizowałem dużych konferencji naukowych. Gdy jednak przyszło do koordynowania wydarzeń charytatywnych o nie tak wcale dużej skali, szybko zdałem sobie sprawę, że muszę się nauczyć dwóch rzeczy. Po pierwsze, podejmowania ryzyka zaufania komuś, bo przecież na tej samej zasadzie wiele osób mądrzejszych i bardziej doświadczonych ode mnie ufa mnie. Po drugie, dostrzegania, że jeśli ktoś zrobi coś inaczej, niż sobie wyobrażam, to prawdopodobieństwo, że zrobi to lepiej niż ja, jest znaczące. Nie tyle chodzi o to, że i tak nie miałbym czasu zrobić wszystkiego sam, ale o to, że próbując tak funkcjonować, nigdy nie wyrywałbym się z kręgu własnych ograniczeń.

Tłumacze miewają swoje przyzwyczajenia

Gdybyż to było takie piękne – po prostu (cytując ks. Tomáša Halíka) zrezygnować z funkcji dyrektora wszechświata, zaufać innym i dać się ponieść fali… Niestety, jeśli za coś odpowiadam, muszę sprawdzić rezultaty cudzej pracy przed przekazaniem ich dalej (rzadko jednoosobowo decyduję o publikacji). W wydawnictwie naukowym jest tak wyjątkowo często. Wiem, że pracuję z fachowcami, redaktorami i tłumaczami, z reguły bardziej kompetentnymi ode mnie, ale obowiązuje mnie weryfikowanie ich pracy. Nawet osoba gorzej przygotowana, ale skoncentrowana, ma szansę wychwycić niektóre błędy dzięki temu, że 1) nie jest zupełnym laikiem i 2) patrzy tzw. świeżym okiem. Tak właśnie wygląda weryfikowanie tłumaczeń publikacji – zarówno artykułów naukowych, jak i skryptów oraz obszernych książek – które ukazały się już po polsku i teraz są ponownie publikowane po angielsku lub niemiecku. Pracuję z profesjonalnymi tłumaczami i przygotowane przez nich teksty wymagają jedynie drobnych poprawek (materiały pisane od razu po angielsku przez autorów z Polski lub innych nie-native speakerów potrzebują czasem gruntownych przeróbek). Problemy, które omówię poniżej, jestem w stanie dostrzec właśnie dlatego, że kwestie czysto językowe są przez tłumaczy rozwiązywane znacznie lepiej, niż zrobiłbym to sam.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na ważny fakt: tłumaczeniami – i to nierzadko naprawdę wysokiej jakości – zarabiają nie tylko osoby, które ukończyły odpowiednią neofilologię i podyplomowe studia czy kursy dla tłumaczy. Niektórzy uważają, że tacy fachowcy nie mają prawa do miana tłumacza, ale nie podzielam tego przekonania. Sam siebie nie określiłbym nigdy jako tłumacza, wolę sformułowanie, że „zajmuję się również tłumaczeniami”, ale nie odważyłbym się odmawiać tego tytułu ludziom, których pracę znam i podziwiam.

Umowy z firmami tłumaczeniowymi są przygotowywane na różnym poziomie szczegółowości i nigdy nie są tak złożone, jak te z towarzystwami ubezpieczeniowymi. Te drugie przewidują nawet lądowanie obcej inteligencji, te pierwsze precyzują nierzadko jedynie ramowe warunki współpracy. Rzecz jasna to biznes i można się dogadać, ale tłumacze – podobnie jak redaktorzy – miewają swoje przyzwyczajenia lub ugruntowane przekonania, z którymi nie potrafią lub nie chcą zrywać. Sytuacja nabiera dramaturgii, gdy tłumaczenie (z reguły jakiegoś drobniejszego tekstu) jest wykonywane w ramach przysługi, a nie za pieniądze. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, zatem pole manewru jest węższe.

Często obszarem nieporozumień między redaktorami i tłumaczami jest stosowanie British lub American English. Bywa to problemem, jeśli tłumacz nie jest anglistą i zna angielski naprawdę biegle, ale tylko jedną jego odmianę. W rezultacie zawsze pisze glycaemia zamiast glycemia, practise zamiast practice i organise zamiast organize, gdyż po prostu tylko ta pierwsza wersja wydaje mu się poprawna. Czy to poważny problem? W dobie edytorów tekstu z funkcją sprawdzania pisowni – nie. Większość takich wyrazów program wychwyci sam, inne łatwo wyłapać w korekcie, zwłaszcza że w tekstach z podobnego zakresu tematycznego są to często wciąż te same słowa. Kwestie stylistyczne różniące British i American English odgrywają zaś rolę raczej w tekstach literackich niż naukowych.

Metodą intuicji

Redagowanie tekstu przypomina trochę wychowywanie dzieci – do pewnego stopnia trzeba zdać się na intuicję. Przy lekturze materiału po polsku taką metodą można wychwycić niektóre błędy merytoryczne, które w jakiś niezbadany sposób przeszły przez recenzję. Przy lekturze tłumaczenia – niektóre błędy tłumacza. Toutes proportions gardées. Trzeba być trochę jak doświadczeni policjanci z filmów: „Nie podoba mi się to. Tu jest coś nie tak”. Kiedy tylko w głowie rozlegnie się ostrzegawczy brzęczyk – sprawdzamy. Błędy tłumaczenia wynikają najczęściej z nieuwagi spowodowanej przepracowaniem. Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Bywa zatem, że z przetłumaczonego zdania znika „not” i zdanie przeczące zamienia się w twierdzące (a zatem np. cały akapit zmienia znaczenie).

Inne błędy wymagają naprawdę wyczulonej intuicji. Jakiś czas temu koleżanka z wydawnictwa zwróciła mi uwagę na błąd w tłumaczeniu tekstu poświęconego zdrowemu żywieniu. Elementem tego materiału była tabela z parametrami kilkunastu najczęściej spożywanych w polskiej kuchni warzyw. Nieoczekiwanie obok marchwi, selera i cebuli znalazł się w niej… pasternak (parsnip). Wiem, czym jest pasternak, ale przesadnie popularnym bym go nie nazwał. Rzut oka do oryginału i okazało się, że chodziło o pietruszkę (parsley). Koleżanka wychwyciła to, gdyż to jej poletko, naprawdę zna się na gotowaniu (tak dla informacji: na współczesnej myśli feministycznej też). Ja sam, nie chwaląc się, umiem nawet odróżnić wizualnie pasternak od pietruszki (podobno wielu mężczyzn je myli i są problemy przy zakupach), ale nic mi nie zadzwoniło przy sprawdzaniu tej tabeli (dlatego tak istotne było, że nie ja jeden czytałem ten artykuł).

Sprawdzanie tłumaczenia oznacza bowiem – omawiane tu przy okazji historii drogi artykułu przez kolejne etapy redakcji – przygotowanie tekstu do składu, a nie kontrolę poprawności przekładu poprzez kolacjonowanie go z oryginałem zdanie po zdaniu. Gdyby taka konieczność zachodziła w przypadku każdego tłumaczenia wykonywanego dla danego wydawnictwa, prace nad taką publikacją ciągnęłyby się w nieskończoność, a samo zlecanie tłumaczenia traciłoby sens – szybciej byłoby wykonać je samemu. Jeśli weryfikacja zajmuje zbyt dużo czasu, sama idea delegowania czy zlecania na zewnątrz niektórych zadań traci sens.

Tłumaczenie wymaga redakcji

W przypadku tekstów naukowych konieczna jest także kontrola poprawności przekładu terminów i pojęć. Znów warto tu podkreślić, że błędy w tym zakresie (pod warunkiem, że nienagminne) nie są żadnym dowodem niekompetencji tłumaczy. Gromadzone latami doświadczenie powoduje, że anglojęzyczna terminologia medyczna czy prawnicza jest mi już w miarę dobrze znana, choć nie jestem anglistą. Tłumacz niespecjalizujący się w piśmiennictwie z tych dziedzin może się czasem pomylić; nie bez powodu istnieją specjalne kursy tłumaczeń medycznych, prawniczych czy biznesowych w różnych językach. Nawet jeśli redaktor sam nie zna prawidłowego angielskiego odpowiednika danego terminu lub pojęcia, to gdy od lat pracuje na takich tekstach, prawdopodobieństwo, że błędne tłumaczenie zwróci jego uwagę, jest znaczące. Tłumacz tworzy prawidłowy szkielet tekstu, strukturę zdania, redaktor wykrywa błędy jedynie w niektórych elementach (konkretnych wyrazach lub sformułowaniach) wypełniających tę strukturę.

Obowiązkowa jest kontrola przekładu nazw instytucji, tytułów dzieł literackich lub aktów prawnych i innych nazw własnych. Czasem dana instytucja czy dzieło ma już swoją oficjalną angielską nazwę, bywa że niebędącą prostym przekładem nazwy polskiej. Wynika to często z próby upodobnienia tej nazwy do anglojęzycznych nazw podobnych instytucji na świecie. Stąd np. Główny Urząd Statystyczny to po angielsku Statistics Poland. Jeśli dana nazwa jest charakterystyczna tylko dla polskich realiów, konieczne może się okazać dodanie w nawiasie lub przypisie nieobecnego w polskojęzycznym oryginale wyjaśnienia dla niepolskiego czytelnika, o czym mowa (np. czym jest „Gazeta Wyborcza”, bo tytuł przełożony jako „Electorial Newspaper” raczej nic mu nie powie). Optymalne jest podanie oryginalnej polskiej nazwy, jej dosłownego przekładu (aby czytelnik wiedział, co oznaczają niezrozumiałe polskie słowa w tekście) i objaśnienia. Podobnie w przypadku niektórych pojęć. Warto wskazać, że voivodeship (województwo) to tyle, co province, a poviat to mniejsza jednostka podziału administracyjnego kraju. Dodawanie takich elementów jest zadaniem redaktora, nie zaś tłumacza. Zdarza się, że redaktorzy starają się wraz z outsourcingiem usług przekładowych przerzucić na tłumaczy część swojej pracy, ale nie jest to dobra praktyka (nawet jeśli niektórzy tłumacze się na to godzą). Tłumaczenie, choćby kongenialne, wciąż wymaga redakcji.

Ważne jest, by tłumacze przestrzegali ustaleń co do wyboru brytyjskiej lub amerykańskiej ortografii, ale redaktor nie może oczekiwać od nich, by stosowali się do wszystkich elementów obowiązującej w danej instytucji konwencji wydawniczej (jeśli w ogóle powstał taki dokument). Warto być świadomym, że fachowcy używają często specjalistycznego oprogramowania wspomagającego proces przekładu i tekst po „przepuszczeniu” przez takie narzędzie może utracić także te ustawienia, które „na wejściu” były prawidłowe (np. mogą się zmienić cudzysłowy).

Praca z profesjonalnymi tłumaczami to dla redaktora publikacji obcojęzycznych niepowtarzalna szansa. Przygotowując do składu cudzy przekład, poszerzam swoją znajomość danego języka, gdyż poprawiam tekst przygotowany przez osobę znającą dany język lepiej niż ja. Niejeden raz już-już chciałem zwrócić komuś uwagę na błąd, po czym po uważniejszym sprawdzeniu okazywało się, że to jednak mnie zabrakło wiedzy, że tak też można, że takie określenie funkcjonuje. Ten, kto jest przekonany, że posiadł całą prawdę, nie ma się na baczności, gdyż pycha kroczy przed upadkiem (Prz 16,18).

Wróć