logo
FA 05/2020 Życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Mistrzowie i nauczyciele w nauce

Nie jest oczywiście tak, że w polskiej nauce nie było i nie ma mistrzów i nauczycieli, którzy mogli i mogą konkurować z zagranicznymi uczonymi. Można ich bowiem znaleźć nie tylko w odległej przeszłości, ale i w czasach nam bliższych.

Rys. Sławomir Makal

W czasach tak wielu zmian, z jakimi mamy obecnie do czynienia, niełatwo znaleźć akademickich mistrzów i nauczycieli, którzy potrafią przetrwać nieco dłużej niż jedno czy dwa pokolenia. Łatwiej natomiast znaleźć znaczących uczonych przekonanych, że zawodowy sukces zawdzięczają w głównej mierze swoim zdolnościom i pracowitości. Jednak nawet oni czasami skłonni są przyznać, że „szlifowali” talenty i zdobywali doświadczenie u jakichś mistrzów. Tak czy inaczej, również dzisiaj w nauce trudno się obejść bez autentycznych mistrzów i nauczycieli.

Mistrzowie z przeszłości

Stosunkowo łatwo ich wskazać filozofom – nie tylko dlatego, że mieli ich wielu, ale także, a nawet przede wszystkim dlatego, że ten rodzaj relacji, jaki występował i występuje między mistrzem i nauczycielem oraz jego uczniami, był w znacznej mierze wykreowany przez starożytnych filozofów, a później został zaakceptowany w akademickiej kulturze. Jednym z takich filozoficznych mistrzów był Sokrates (469–399 p.n.e.). Wszystkie informacje na temat jego poglądów pochodzą z drugiej ręki, bowiem nie pozostawił żadnego świadectwa pisanego (prawdopodobnie był niepiśmienny). Jak często bywa w takich sytuacjach, wizerunek tego filozofa pojawiający się w przekazach jest rozbieżny. W świetle relacji bezpośredniego ucznia, Platona (ok. 428–347 p.n.e.), był on nie tylko wielkim filozofem, lecz także nauczycielem, który chciał i potrafił dzielić się mądrością z każdym, nawet z tymi, których przypadkowo spotykał na ulicach ówczesnych Aten. Podobnie postrzegał go po wielu wiekach Georg W.F. Hegel (1770-1831). W jego Wykładach z historii filozofii Sokrates przedstawiany jest jako „jedna z owych posągowych postaci, które wykute są z jednej bryły”, tj. „z bryły mądrości, skromności, niezłomności i prawości”. Co do tego mieli wątpliwości już niektórzy współcześni Sokratesowi, a u zaczepianych na ulicy niejednokrotnie wywoływał agresję; w Poglądach i żywotach sławnych mężów Diogenes Laertios napisał, że „bili go po twarzy i szarpali za włosy”. Równie niekorzystnie wypadał Sokrates w oczach Ateńczyków, którzy postawili go przed sądem i skazali na śmierć. Z ich punktu widzenia bowiem był on osobnikiem aspołecznym, który zamiast wykonywać wyuczony zawód kamieniarza włóczył się po mieście i deprawował młodzież filozofowaniem o bogach (że nie istnieją) oraz o ludziach (że kierują się przesądami).

Interesującym przykładem mistrza i nauczyciela jest również Galileusz (wł. Galileo Galilei, 1564–1634). Do historii przeszedł nie tylko za sprawą dokonań naukowych, lecz także kilkunastoletniego procesu przed sądem inkwizycyjnym, zakończonego zmuszeniem go do wyrzeczenia się kopernikańskiego poglądu o „układzie świata”. Jego Dialog o dwu najważniejszych układach świata Ptolemeuszowym i Kopernikowym ukazuje jego mistrzostwo w myśleniu o owych „układach” i w przekonywaniu innych do poglądów Kopernika. Zanim jednak stał się mistrzem, był pilnym uczniem „w szkole” kopernikańskiej i podziwiał mistrza m.in. za zaufanie do intelektu i umiejętność korzystania z niego „we wznoszeniu się ponad zmienne świadectwo zmysłów”. Jego biograf, James Reston Jr., przedstawia go jako mistrzowskiego nauczyciela (Galileusz był wykładowcą matematyki i astronomii na uniwersytecie w Padwie), który potrafił tak wykorzystywać bogaty repertuar środków przekazu, aby trafić do przekonania uczniów (m.in. „najpierw grał na uczuciach słuchaczy, a potem odwoływał się do wiedzy jako przeciwieństwa zabobonu”). Spore mistrzostwo wykazywał również w trakcie wspomnianego procesu; w końcu jest sporą sztuką być przez tyle lat „za”, a nawet „przeciw”. Nawet wówczas, gdy już jego sędziowie się zorientowali, że w gruncie rzecz jest on za teorią Kopernika, wychodząc z sali sądowej miał ponoć powiedzieć: „A jednak się porusza”. Jest to wprawdzie tylko legenda, ale legenda jakże budująca pozytywny wizerunek tego mistrza i nauczyciela.

Mistrzowie nowych czasów

Myślę o tym okresie w nauce, w którym dokonano epokowych odkryć i sformułowano nowatorskie teorie, m.in. w takich dyscyplinach jak biologia ewolucyjna i fizyka teoretyczna. Te pierwsze kojarzą się przede wszystkim z takimi uczonymi jak Karol Darwin (1809–1882), natomiast te drugie z takimi jak Albert Einstein (1879–1955). Byli oni mistrzami nie tylko w różnych dyscyplinach naukowych, ale także na różny sposób.

Darwin należał do tego typu uczonych, którzy do najbardziej znaczących osiągnięć dochodzą powoli; jego sztandarowa rozprawa pt. O pochodzeniu gatunków ukazała się w 1858 roku i pod niektórymi względami wymagała istotnych uzupełnień (zostały one wprowadzone w późniejszych wydaniach). Przyczyniały się do tego m.in. wyniesione z dzieciństwa oraz z okresu akademickiego kształcenia przekonania religijne (na studiach teologicznych w Cambridge otrzymał wykształcenie ortodoksyjnego anglikanina). W Autobiografii przyznał, że podczas odbytej w latach 1831-1836 podróży na pokładzie statku Beagle miał tak religijne przekonania, że był „wyśmiewany przez kilku oficerów za cytowanie Biblii jako niepodważalnego autorytetu”. W portrecie własnym wskazał również na uczonych, których uznawał za mistrzów i nauczycieli – jednym z nich był szwedzki przyrodnik Karol Linneusz (1707–1778), natomiast innym ekonomista i duchowny anglikański Thomas Malthus (1766–1834). Pojawiają się tam również nazwiska współczesnych mu uczonych, z którymi współpracował i z którymi konkurował o „palmę” pierwszeństwa w sformułowaniu teorii ewolucji (jednym z nich był Alfred Russel Wallace).

Darwin nie był typem uczonego, który dobrze czuje się w atmosferze akademickich sporów i dyskusji oraz poszukuje potwierdzenia swojej pozycji ze strony uczelnianej profesury (po ukończeniu studiów nie tylko nie zabiegał o żadne stanowisko uczelniane, lecz także unikał kontaktów z profesurą). Rzecz jasna jego poglądy na pochodzenie gatunków były przedmiotem akademickich dyskusji. Nie tylko zresztą za sprawą jego bezpośrednich uczniów (takich m.in. jak Thomas Henry Huxley), ale także, a nawet przede wszystkim, wielu przeciwników, którzy postrzegali je jako zagrożenie dla wierzeń religijnych.

Innego typu mistrzem w nauce był Albert Einstein. Czuł się on bowiem dobrze w środowisku akademickim, a także w akademickich sporach z tymi, którzy nie podzielali jego poglądów. Jednym z najgłośniejszych był spór z Nielsem Bohrem w kwestii realności kwantów światła. Dosyć wcześnie, bowiem już w latach dwudziestych minionego stulecia, Einstein zaczął funkcjonować jako celebryta i wypowiadać się w taki sposób, jakby się znał na wszystkim. Niektóre jego stwierdzenia (np. „Pan Bóg nie gra w kości”) zrobiły światową karierę, a ich autor stał się osobą chętnie zapraszaną do dyskusji na różne tematy. W końcu sam zaczął się uważać za wielkiego fizyka i filozofa, który jest w stanie sensownie odpowiedzieć na każde pytanie i każdą, nawet ironiczną uwagę (żeby tylko, tytułem przykładu, przywołać uwagę Maxa Borna, aby w końcu przestał podpowiadać Bogu, co ma robić). Rzecz jasna, nie zawsze miał rację, nawet w tych kwestiach, w których był autentycznym specjalistą (w sporze z Bohrem racja była po stronie jego oponenta). Jednak wraz z umacnianiem się jego pozycji jako mistrza i nauczyciela ludzkości z coraz większym trudem przychodziło mu przyznawanie się do błędu czy chociażby do jakiejś niestosowności wypowiedzi (np. na temat swoistego upośledzenia intelektualnego kobiet).

Autorzy jego biografii, R. Highfield i P. Carter, napisali, że „Einstein stał się dla środków masowego przekazu mędrcem, o którego opinie zabiegano jak świat długi i szeroki”. Jakąś część winy za to, że stał się „wszechwiedzący”, przypisują oni światowym mediom. Co by się jednak nie powiedziało o słabościach tego uczonego, to jednak był on światowego formatu mistrzem i nauczycielem nie tylko dla studentów, którzy słuchali jego uniwersyteckich wykładów (wykładał na kilku prestiżowych uczelniach), ale także dla kolejnych pokoleń uczonych.

Mistrzowie krajowi

Nie jest oczywiście tak, że w polskiej nauce nie było i nie ma mistrzów i nauczycieli, którzy mogli i mogą konkurować z zagranicznymi uczonymi. Można ich bowiem znaleźć nie tylko w odległej przeszłości, ale i w czasach nam bliższych, i nie jest to wyłącznie Maria Curie-Skłodowska. Warto przy okazji powiedzieć, że nawet Einstein skłonny był ją uznawać za naukowego mistrza (tyle tylko, że traktował ją jako swoisty „wypadek przy naukowej pracy”). Z naszymi mistrzami i nauczycielami nie jest jednak aż tak bogato, jak można by sądzić, czytając nekrologi zmarłych profesorów lub słuchając mów pogrzebowych ich uczniów i współpracowników. W tej części rozważań nie mam jednak zamiaru ani deprecjonować znaczenia takich mów, ani też podejmować próby sporządzenia listy polskich uczonych, których zasługują ma miano mistrzów (zapewne zarówno to pierwsze, jak i to drugie znalazłoby wielu oponentów). Chciałbym natomiast podzielić się kilkoma uwagami na temat występujących w naszym dzisiejszym życiu akademickim sposobów ich kreowania.

Jedne są bardziej tradycyjne, inne bardziej nowoczesne. Do tradycyjnych należy kreowanie wizerunku naukowych mistrzów przez tych uczniów, którzy poczuwają się do „długu wdzięczności” wobec nich. Odwołam się tutaj do przykładu Kazimierza Twardowskiego (1866–1938), filozofa uznawanego za założyciela szkoły lwowsko-warszawskiej. W pamięci uczniów i kontynuatorów działalności tej szkoły zapisał się on nie tyle jako wybitny filozof, co wielkiej miary akademicki nauczyciel, na którego wykłady tłumnie przychodzili studenci. Zarówno przez studentów, jak i przez tych, którzy później stali się znaczącymi filozofami, ceniony był za swoją punktualność, pomysłowość w doborze tematów i lektur oraz precyzję w formułowaniu sądów i opinii. Jeden z tych filozofów, Tadeusz Kotarbiński, napisał nieco żartobliwie, że „wiało od niego grozą”, bowiem był to „człowiek władczy i onieśmielający rzeszę dowolną”, jednak „stawał się po macierzyńsku niemal opiekuńczy dla tych, którzy należeli do grona jego ścisłych uczniów i z własnej chęci godzili się na jego przewodnictwo”.

Dzisiaj przy różnych okazjach są przywoływane słowa zawarte w jego wykładzie zatytułowanym O godności Uniwersytetu. Znajdują się w nim wskazania dotyczące akademickiego mistrza i nauczyciela, np. takie, że „jest on przede wszystkim sługą prawdy obiektywnej, przedstawicielem jej i głosicielem wśród młodzieży”. Podaję ten przykład nie tyle po to, aby nieco odświeżyć w pamięci obraz i słowa tego autentycznego mistrza i nauczyciela, ile po to, aby skłonić do nieco większego autokrytycyzmu tych, którzy dzisiaj dosyć swobodnie posługują się pojęciem naukowej szkoły i wynoszą „na pomniki” uczonych, którzy wprawdzie byli na swój sposób oryginalni, jednak gdyby jeszcze żyli, to być może niektórzy z nich protestowaliby przeciwko nazywaniu ich mistrzami.

Pewną kombinacją tradycyjności i nowoczesności jest dzisiaj kreowanie akademickich mistrzów i nauczycieli przez studentów, którzy oceniają zajęcia dydaktyczne. Mam jednak istotne wątpliwości na temat wiarygodności i obiektywizmu tych ocen. Czyż bowiem może być wiarygodna i obiektywna ocena w sytuacji, gdy oceniający nie mają obowiązku brania udziału w zajęciach dydaktycznych i niejednokrotnie z osobą przez nich ocenianą spotykają się po raz pierwszy podczas egzaminu, a na formułowane przez nich oceny rzutuje w istotny sposób to, czy na tym egzaminie zostali potraktowani z daleko idącą wyrozumiałością?

Natomiast do całkowicie nowoczesnych sposobów kreowania mistrzów należy ten, który bazuje na liczbie cytowań publikacji danego uczonego. Do jego wiarygodności i obiektywności nie tylko ja mam spore wątpliwości. Zgłaszałem je już zresztą niejednokrotnie. Dodam zatem jedynie, że dzisiaj mamy do czynienia ze swoistym mistrzostwem z opanowaniem tej „sztuki”, która polega nie tyle na wyczarowaniu przysłowiowego „królika z kapelusza”, co na wyczarowaniu wielu punktów z tak niewielu publikacji. Co gorsza, również w tych publikacjach trudno niejednokrotnie znaleźć oryginalne wyniki badań. Liczą się jednak nie tyle wyniki, ile to, że publikacje te ukazały się w wysoko punktowanych czasopismach. Niejeden dawny mistrz i nauczyciel w nauce mógłby się uczyć od tych „mistrzów” swoistej „sztuki”. Przypuszczam, że przynajmniej niektórych z nich trudno byłoby jednak do tego rodzaju praktyk przekonać.

Wróć