logo
FA 05/2020 Felietony

Leszek Szaruga

Humanistyczny plankton

Rafael Santi, Szkoła ateńska

Nie znałem użytego w tytule, uroczego określenia, które znalazłem w zajmującym i niezwykle przekonującym artykule Wojciecha Włoskowicza W oparach nowomowy (FA 3/2020). Humanistyczny plankton… Otóż uświadomiło mi to, że do planktonu należą wszak pierwotniaki, które zamieszkiwały naszą planetę jakieś pół miliarda lat temu, gdy tymczasem historia homo sapiens, stającego jakoby na szczycie piramidy ziemskiego królestwa organizmów żywych, liczy sobie latek ledwie jakieś 190 tysięcy. Zważywszy przy tym, że człowiek wyewoluował – jeśli Darwin ma rację – z owych drobnych i pradawnych istotek, jedno przynajmniej jest im winien: szacunek dla odległego przodka, zgodnie z przykazaniem mówiącym, że ojca i matkę czcić należy. Tyle w sprawie planktonu.

A teraz zajmijmy się przydawką przymiotną „humanistyczny”. W tym wypadku należy to określenie pojmować jako dziedzinę zajmującą się sprawami ludzkimi, człowiekiem zaś w szczególności. Wielu poważnych skądinąd i legitymizujących się uznanym dorobkiem przedstawicieli dziedzin przyrodniczych, ścisłych bądź po prostu technicznych ma tendencję do traktowania dyscyplin humanistycznych z poczuciem pewnej wyższości, by nie powiedzieć w sposób autorytatywny bądź wręcz patriarchalny. Można od biedy to zrozumieć: kompleks niższości musi znaleźć ujście. Tyle że to kompleks nieuświadomiony, a w dodatku niepotrzebny. To tak, jakby Pitagoras lub Euklides mieli kompleksy wobec Łobaczewskiego bądź Riemanna, zaś Newton wobec Einsteina – albo, co gorsza, na odwrót. Po prostu „unaukowienie” dziedzin przyrodniczych czy technicznych jest historycznie nieco późniejsze – przynajmniej w naszej cywilizacji – od humanistycznych. Fizykom nie mogła śnić się fizyka w czasie, gdy presokratycy zajmowali się prote hyle, czyli pierwszą materią (którą zresztą na ogół obdarzali pierwiastkiem duchowym – czy to Anaksymenes, czy Heraklit), ani nawet wtedy, gdy dwa tysiące lat temu Lukrecjusz w swej De rerum natura wykoncypował istnienie atomów.

No tak, brakuje jeszcze tego, bym napisał, że wszystko zaczęło się od poezji… Ale oczywiście to prawda: zaczęło się od poezji, od magicznych zaklęć, różnych czary-mary i tym podobnych „bzdur”. Nic w tym dobrego i nic w tym złego. Lecz kiedy piszę „wszystko”, to piszę właśnie to, o co chodzi: myślenie, kreowanie, konstruowanie, planowanie. Nie ma nauki bez wyobraźni. To ona uruchamia bożka naszej – powtórzę za Włoskowiczem – „innowacyjności”, jest tym, co inspiruje. I może warto uświadomić naszym milusińskim od reform naukowych, że wszelka nauka to w ostatecznym rachunku… humanistyka. Jest działaniem człowieka dla człowieka, z myślą o człowieku. Nawet wówczas, gdy sobie z tego nie zdajemy sprawy. Cóż, wciąż nie brakuje takich, co nie są świadomi faktu, że mówią prozą… Tymczasem ja, lecąc kiedyś samolotem, gdy zabrakło mi płynu, zamówiłem u stewardesy whisky, i gdy mi ją przyniosła, poczułem wdzięczność dla nieznanego mi człowieka, który zaprojektował przezroczystą plastikową szklaneczkę. Jej kształt sprawił mi przyjemność. Wiem, że nie myślał o mnie, ale ważne, że ja pomyślałem o nim; ważne dla mnie…

„Bo to niezrozumiałe…”. Takie rzeczy też się słyszy o poezji czy humanistycznych esejach. I to prawda, nie wszystko dla wszystkich jest zrozumiałe. Przypuszczam, że jakieś 99,9% ludzi na świecie nie jest w stanie pojąć artykułów publikowanych w „Studia Mathematica”, nie mówiąc już o wyspecjalizowanych czasopismach poświęconych problemom logiki pytań, ale większość z nich zapewne odczuwa wdzięczność dla twórców telefonów komórkowych. A w stronę humanistyki to też tak działa: bez treningu trudno czytać niektóre wiersze, co nie znaczy, że są bez znaczenia (choć, oczywiście, bywają, ale to zdolny jest ocenić profesjonalista). Lecz z kolei nie raz wiersze – czasem z towarzyszeniem muzyki – okazują się potrzebne. A czasem – rzadko, jak to było w okresie sierpniowego strajku w stoczni gdańskiej – wiersze zaczynają pisać ci, którym by to wcześniej do głowy nie wpadło, gdyż tylko tak są w stanie dać wyraz swym przeżyciom.

Nie wiem, czy Lukrecjusz – lub jego współczesny odpowiednik (a są tacy) – wydany na łup naszych naukowych urzędników, otrzymałby choć pół złamanego punkcika. Raczej nie. Na pewno nie. I w tym kontekście warto przeczytać słowa kluczowe dla artykułu Wojciecha Włoskowicza: „Oczywiście wojna na i o wartości życia naukowego od dawna tliła się gdzieś w tle, ale w kontekście Ustawy 2.0 rozgorzała na dobre. Jedną z przyczyn jest to, że bibliometryczne wskaźniki, które mniej lub bardziej udatnie opisują obieg wiedzy w naukach ścisłych i przyrodniczych, przemocą próbuje się rozciągać także na humanistykę”. Przeciwstawiać się takim zabiegom należy zawsze, bo są i głupie, i niemoralne. Jeśli tego nie będziemy czynić, możemy się z jękiem bólu ocknąć ze snu o innowacyjnościach z parafrazą wiersza Konstandinosa Kawafisa na ustach: „Bez humanistów, cóż poczniemy teraz? Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem…”.

Wróć