logo
FA 05/2020 Okolice nauki

Humanistyczne laboratorium

Świdrujący dźwięk modemu uruchamianego w celu połączenia z internetem, koślawa grafika i równie nieskomplikowana muzyka towarzysząca pionierskim grom, dyskietki do zapisu danych… Z dzisiejszej perspektywy to prehistoria, ale dla pokolenia, które jako pierwsze doświadczało komputeryzacji, nie tak znowu odległa, by całkiem zatarła się w pamięci. Sięgając wstecz do początków technologicznej rewolucji, a za „żelazną kurtyną” to określenie nie miało w sobie nic z przesady, niejeden użytkownik „peceta” może przywołać dziesiątki różnych wspomnień. Wspólnym dla nich mianownikiem będzie niepowtarzalność tamtej epoki. Już choćby ze względów czysto technicznych: dziś otaczamy się przecież innym sprzętem, nieporównanie szybszym (inna rzecz, czy aby mniej awaryjnym), bez przerwy aktualizowanym, a do tego funkcjonalnym na tyle, że trudno oddzielić to, co wirtualne, od realnego.

Komputer traktujemy więc dziś jako przezroczyste narzędzie, za pomocą którego piszemy, oglądamy, gramy, komunikujemy się, ale zawsze pozostaje on w tle tych czynności. Dostrzegamy go zazwyczaj dopiero wtedy, gdy szwankuje, zawiesza się, nie działa tak, jak byśmy chcieli. Postawienie go w centrum uwagi – tak jak to zrobił Piotr Marecki w stworzonym przez siebie laboratorium na Uniwersytecie Jagiellońskim – zmienia optykę patrzenia. To trochę tak jak z podróżami. Ileż ekscytacji towarzyszyło im przed laty, głównie z uwagi na ograniczenia i przeszkody, ileż frajdy sprawiało pokonanie nawet krótkiej trasy. A teraz?

Podobnie jak z innymi dziedzinami życia, tak i z kulturą cyfrową: nie da się jej odtworzyć bez owych reminiscencji, własnych przeżyć. Uruchamiając wehikuł czasu, który pozwoliłby na powrót do tamtej niewinnej, jak zwykło się uważać, przeszłości, twórca UBU lab przekonuje, że istotne są nie poszczególne narzędzia – konsole, aplikacje, programy – ale eksperymentowanie za ich pomocą. Za jedną z przywoływanych w książce badaczek amerykańskich można rzec, że komputer jest tu środowiskiem, nad którym, a nie w którym, się pracuje. Porzuca więc pracę z tekstem przy biurku w bibliotece na rzecz doświadczania dzieła na komputerze, który podobnie jak widelec, łyżka czy nóż służy do konsumpcji, tyle że właśnie kultury cyfrowej. Wszelako o ile sztućce pozostają w gruncie rzeczy niezmienne, o tyle PC wtedy i obecnie to dwa różne światy.

Inspiracja spod znaku „Stars and Stripes”, którą Marecki czerpie z pobytów za Atlantykiem, wyznaczyła mu kierunek działania, z jakim w Polsce wcześniej się nie zetknął. To laboratorium w ujęciu humanistycznym, a więc takie, które „wytwarza relacje między człowiekiem a technologią i może być czytane w kategoriach teorii aktora sieci”. Buduje je na trzech filarach: sprzęcie, co oczywiste, przestrzeni, która jest nie mniej ważna, oraz zespole współpracowników. Gromadzi wokół siebie specjalistów od demosceny, literatury elektronicznej, gier, media artu, czyli tych obszarów, które składają się na pojmowanie kultury cyfrowej. Odtworzenie jej lokalnej specyfiki, zwłaszcza w postaci sprzętu, który dawniej składało się w myśl zasady „zrób to sam”, byle tylko rozszerzyć, ulepszyć, a zamiast oryginalnych monitorów podłączało się ekrany telewizorów, wymaga od zespołu nie lada wyczynów, nieco z przymrużeniem oka przez Mareckiego opisanych.

Jego monografia nie jest ani instrukcją, ani poradnikiem, jak taki media lab stworzyć. To bardziej dokumentacja kilkuletnich prac nad wcieleniem w życie idei, która nie powiela istniejących schematów, przełamuje kanony, idzie na przekór dotychczasowemu myśleniu. Mogłoby się wydawać, że to praca stricte teoretyczna. Ale czyż w pokazaniu, jak rejestrować zmieniający się świat nie słowami, lecz realnym doświadczaniem, nie kryje się choćby nuta empirii?

(karma)

Piotr MARECKI, Praktyka i eksperyment. Laboratoryjny model humanistyki, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2019, seria: Biblioteka XXII wieku.

Wróć