logo
FA 04/2020 Życie akademickie

Marek Misiak

Na czym się nie znają redaktorzy i autorzy

Przyszła pora, aby wskazać, na czym redaktor może się nie znać (aby potencjalni autorzy byli na to wyczuleni), ale też podzielić się moimi doświadczeniami co do tego, na czym często nie znają się autorzy (a sądzą, że się znają). Zaczynam rzecz jasna od siebie.

Fot. Stefan Ciechan

Jednym z filmów mojego dzieciństwa była Siła magnum (Magnum Force, USA 1973, reż. Ted Post), kontynuacja kultowego Brudnego Harry’ego nakręcona w 1973 roku. Tu także Clint Eastwood jako bezkompromisowy, działający na granicy prawa inspektor Harry Callahan walczył z przestępczością w San Francisco, jak wskazuje tytuł głównie z użyciem wielkokalibrowego rewolweru Colt 45 Magnum. Ujmując rzecz językiem bohaterów tej filmowej serii, w drugiej części pedał został dociśnięty niemal do podłogi: bohater jest mężczyzną tak twardym, że jego charyzma niemal wybrzusza ekran. Inni bohaterowie (np. skorumpowany przełożony) bezskutecznie starają się mu dorównać, Clint Eastwood zaś – równie bezskutecznie – ostrzega ich, że trzeba znać swoje ograniczenia.

Podczas pracy w wydawnictwie naukowym także można, czasem boleśnie, przekonać się o własnych i cudzych ograniczeniach (przede wszystkim własnych). Pracuję z osobami, których kompetencje są znacznie szersze niż moje i bywa, że dzień za dniem muszę się przyznawać do niewiedzy lub niedostatków wiedzy w jakimś obszarze. Przyszła zatem pora, aby wskazać, na czym redaktor może się nie znać (aby potencjalni autorzy byli na to wyczuleni), ale też podzielić się moimi doświadczeniami co do tego, na czym często nie znają się autorzy (a sądzą, że się znają). Zaczynam rzecz jasna od siebie.

Śmiałość i pokora

Przede wszystkim ograniczona jest wiedza redaktorów na temat szczegółowych zagadnień poruszanych w specjalistycznych tekstach. Redaktorów można z grubsza podzielić na dwie grupy. Pierwsi zdobyli wykształcenie w dziedzinie, w której specjalizują się jako redaktorzy, a umiejętności redaktorskie uzyskali później. Drudzy mają filologiczne wykształcenie, a wiedzę fachową z dziedzin, których dotyczą redagowane teksty, zdobywają w miarę nabierania doświadczenia zawodowego. W żadnym jednak przypadku nie będą dorównywać poziomem wiedzy fachowej specjalistom-naukowcom; w wydawnictwie medycznym jest to widoczne szczególnie wyraźnie. Dlatego zawsze czuję się niepewnie, gdy w innych wydawnictwach redaktorzy idą w zaparte w polemikach z autorami, nie zdając sobie najwyraźniej sprawy, że pokazują w ten sposób nie cudze błędy, lecz własne ograniczenia. Człowiek wykształcony, inteligentny i doświadczony w pracy redakcyjnej może zweryfikować wiele rzeczy w ogólnodostępnych publikacjach i w zaufanych źródłach internetowych, ale dokładne zrozumienie wielu szczegółowych zagadnień pozostaje jednak dla niego niedostępne. Dlatego autorzy nie powinni ustępować pewnym siebie redaktorom, jeśli widzą, że może to doprowadzić do przeinaczeń w tekście; pewność siebie może mieć różne podstawy, rzetelna wiedza jest tylko jedną z możliwych. Rodzi to jednak zobowiązanie także w drugą stronę: autorzy nie mogą oczekiwać, że redaktorzy wychwycą błędy merytoryczne. Jeśli nie zauważyli ich recenzenci, to redaktor zauważy najpewniej rzeczy najbardziej oczywiste, np. błędy w obliczaniu procentów lub wymienne używanie nietożsamych pojęć. Ważne jest odróżnienie redakcji merytorycznej od językowej – od redaktora merytorycznego należy oczekiwać wychwytywania błędów rzeczowych, od redaktora językowego – tylko w ograniczonym stopniu.

W publikacjach z obszaru niektórych nauk – w języku polskim jest to szczególnie widoczne w tekstach prawniczych – spotkać można specyficzne konstrukcje językowe, które w normie wzorcowej w języku ogólnym byłyby niepoprawne, a w najlepszym razie stylistycznie wątpliwe. Poprawianie takich prac wymaga od redaktora zarówno śmiałości, jak i pokory. Z jednej strony czasem po prostu trzeba zainterweniować, z drugiej niektóre z tych sformułowań są na tyle silnie zakorzenione w tradycji prawniczego (lub innego) profesjolektu, że ich zamienienie na inne konstrukcje czyniłoby tekst mniej zrozumiałym dla innych prawników (a nikt inny nie będzie go czytał). Pokora ze strony redaktora jest tu tym istotniejsza, że w grę wchodzi nierzadko poprawność nie gramatyczna, a stylistyczna, przy której większą (choć warto dodać: nie absolutną) rolę odgrywa subiektywne odczucie, a fachowe publikacje poprawnościowe nie zawsze obejmują facholekty. Może się zatem zdarzyć tak, że jakieś sformułowanie mi się „nie widzi”, ale to kwestia moich prywatnych stylistycznych upodobań (niektórych nieuświadomionych). Jednak redaktor nie może się też dawać autorom za każdym razem spychać do narożnika argumentacją, że jest to fachowy język, sformułowanie „przyjęte w branży” albo (już kiedyś o tym pisałem) „zrozumiałe dla specjalisty”. Czasem faktycznie, a czasem zasada nieinterwencji (jak przy siłach pokojowych ONZ) mogłaby doprowadzić do powstawania „doktoratów pisanych grypserą” (tytuł programu TVP z lat dziewięćdziesiątych).

Coś mi tu nie pasuje

Zdarzają się w pracy redaktora sytuacje, gdy zdanie w tekście wydaje się niejasne – i nie wynika to z niedostatków tekstu, lecz z niepełnej orientacji redagującego w danym zagadnieniu. Wówczas przyda się możliwość skonsultowania z redaktorem merytorycznym lub po prostu specjalistą w danej dziedzinie. Nie może być tak, że autor przerabia zdania lub całe akapity, cierpliwie czekając, aż redaktor zrozumie myśl. Czasem jest tak, że nie wiem, co konkretnie jest nie tak, ale coś mi nie pasuje. Wtedy lepiej ustalić z autorem, co miał na myśli, a nie zaznaczać tylko, że zdanie nadaje się do przerobienia (jest duża szansa, że autor po prostu nie zrozumie, o co właściwie nam chodzi).

Zdarzają się też jednak sytuacje, w których to autor usiłuje przeforsować swoje koncepcje, mimo iż prowadzi to do powstania publikacji przygotowanej w sposób niezgodny z edytorskimi kanonami, a czasem wręcz ze zdrowym rozsądkiem. Takie przepychanki między autorem a redakcją mają szczególnie dwuznaczny posmak, jeśli autor płaci za publikację z własnej kieszeni – w świetle reguł wolnego rynku wydawałoby się logiczne, że ma prawo zamknąć dyskusję sformułowaniem „płacę i wymagam”. Tyle że to nie takie proste. Nawet w przypadku vanity publishing ani autor, ani wydawnictwo nie mogą sobie pozwolić na podpisywanie się pod czymś, co osoby mające podstawowe pojęcie o edytorstwie zwyczajnie wyśmieją (najczęściej nie w obecności zainteresowanych, ale jednak). A niestety zarówno z mojej, jak i bardziej doświadczonych redaktorów praktyki wynika, że wiele osób uprawiających zawodowo naukę uważa także, że całkiem przyzwoicie znają się na redakcji, korekcie, składzie i projektowaniu graficznym. Co ciekawe, w minimalnym stopniu zależy to od posiadanego stopnia, tytułu naukowego czy dorobku. Zdarzają się fantastyczni we współpracy profesorowie o europejskim formacie i doktoranci komunikujący się tylko w jedną stronę. Zdarza się też, że autorzy – choć dobrze znają język obcy (chodzi rzecz jasna głównie o angielski) – nie zetknęli się nigdy z edytorstwem w tym języku. Nie idzie tu o niedostateczną znajomość języka, bo z tym stykam się naprawdę rzadko, ale o przenoszenie polskich konwencji edytorskich do innych języków. Zdarzało mi się tłumaczyć komuś, że wiszące spójniki nie są w publikacjach w języku angielskim postrzegane jako problem.

Nie zajmuję się projektowaniem graficznym, w tym designem okładek, ale nawet ja widzę, że niektóre pomysły nie są najfortunniejsze. Już kilka razy byłem natomiast świadkiem sytuacji, gdy autorzy sugerowali własną wizję pierwszej lub czwartej strony okładki: projektowali ją sami lub zatrudniali do tego kogoś z zewnątrz (np. uzdolnioną w korzystaniu z pakietu Adobe progeniturę). Żaden z tych pomysłów nie wyglądał dobrze, z reguły przypominały prace zaliczeniowe z liceum lub okładki z lat dziewięćdziesiątych. W przypadku elementów wymagających wrażliwości i wyobraźni wizualnej szczególnie warto zaufać fachowcom. Wielokrotnie się przekonałem, że moja wyobraźnia odruchowo steruje albo w stronę kiczu, albo najbardziej standardowych rozwiązań (i obawiam się, że nie jestem wyjątkiem). Często autorom chodzi po prostu o to, by okładka była możliwie efektowna i kolorowa, a tendencja w edytorstwie naukowym jest raczej odwrotna.

Nie można wytłuszczać co drugiego zdania

Autorzy chcący decydować o składzie to rzadkość, ale z tym także się zetknąłem. Nietrafione sugestie czy oczekiwania mają, moim zdaniem, dwa korzenie. Pierwszy to przyzwyczajenia z wcześniejszej kariery. Naukowcy starszej daty – i to, co chcę podkreślić, jest niezwykle cenne – często uczyli się lub byli uczeni podstaw adiustacji tekstu i znają np. znaki korektorskie. Niestety, czasem ta wiedza obraca się przeciwko redaktorom, z którymi współpracują. Przygotowując manuskrypty, pracowicie przenoszą wiszące na końcu linii spójniki za pomocą wymuszonego złamania wiersza, spacji lub tabulatorów. Wlewanie takiego tekstu do programu DTP to potem znacznie więcej pracy. Zdarza się też, że autorzy preferują określony sposób składu tytułów, nagłówków i śródtytułów lub określone fonty. Wszystkie te elementy mogą dobrze wyglądać na wydruku komputerowym pracy doktorskiej albo w publikacji półamatorskiej, ale nie profesjonalnej.

Korzeń drugi to niedocenianie wagi pewnych kwestii związanych z profesjonalnym DTP. Podam tylko kilka przykładów, z którymi się zetknąłem. Nie można w dowolny sposób zmienić odległości między znakami, słowami czy wierszami, by uzyskać pożądany układ tekstu w szpaltach. Nie można umieszczać ilustracji i tabel na stronie w sposób całkowicie dowolny. Nie można wytłuszczać średnio co drugiego zdania. Takie działania nie wpłyną pozytywnie na czytelność publikacji i nie ułatwią korzystania z niej, a mogą to wręcz utrudnić. Mało który autor jest w stanie spojrzeć na własną książkę oczami czytelnika.

Zawód redaktora to ciągłe uczenie się na błędach – cudzych, ale niestety także własnych. To ważne, bo praca ta daje możliwość odgrywania roli wyroczni, kogoś, z kim się nie dyskutuje. Sam potrafię temu ulegać, nie jestem wolny od kompleksów. Czasem wydaje mi się, że moją profesjonalną dewizą powinien być werset z Księgi Przysłów: „Pycha poprzedza upadek” (w tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia: „Przed porażką – wyniosłość, duch pyszny poprzedza upadek”; Prz 16,18).

Wróć