logo
FA 04/2020 INFORMACJE I KOMENTARZE

Piotr Tryjanowski

Czy nie przewidzieliśmy pandemii?

„Kochaj wszystkich, ufaj niewielu, bądź gotów do walki, ale jej nie wszczynaj, pielęgnuj przyjaźnie”.św. Augustyn

Jednymi z częściej pojawiających się ostatnio pytań w kontekście SARS-CoV-2 są te dotyczące metod prognozowania przebiegu pandemii. Skąd ona pochodzi? Jak to się wszystko zaczęło? Dlaczego nie przewidziano tak niezwykłej szybkości przemieszczania się wirusa COVID-19? Odpowiedzi mogą być kluczowe, nie tylko z przyczyn medycznych, ale także z przyczyn dotyczących filozofii uprawiania nauki i społecznego zaufania do nauki. Przecież jedną z cech dobrej nauki jest nie tylko zdolność do opisu sytuacji posthoc, ale również budowanie wiarygodnych prognoz i predykcji. Tego od nas naukowców oczekuje społeczeństwo i tym oczekiwaniom powinniśmy starać się sprostać.

Swoiste déjà vu

Patrząc na dynamikę pandemii, wiele osób ma poczucie, że już podobną sytuację przeżywała, a równocześnie jednak jest pewna, że to niemożliwe. Zatem pozostając przy francuskim określeniu mamy jamais vu, coś czego wcześniej świat nie widział. W epidemiologii opowiadany jest czasem żart, że każda epidemia to nowe doświadczenie, tej nowej, tej jedynej epidemii. Nic dwa razy się nie zdarza i może warto przyjąć to do wiadomości. Zamiast po omacku odwoływać się do doświadczeń historycznych, stosować stare, nie najlepiej działające modele epidemiologiczne, może należy pozwolić sobie na popuszczenie wodzy fantazji i spojrzeć na sprawę inaczej. Niewiele mamy do stracenia, życie okrutnie testuje modele produkowane naprędce w arkuszach kalkulacyjnych czy nawet pakiecie statystycznym R. I jedynym co pozostaje na ich obronę, jest stwierdzenie, że wszystkie są błędne, ale niektóre z nich bywają użyteczne. Może zamiast wracać do równań gazu doskonałego i najprostszych modeli SIR, lepiej przypomnieć sobie równania różniczkowe Izaaka Newtona albo dla rozbudzenia wyobraźni przeczytać szekspirowskiego Króla Leara. Oba dzieła zostały stworzone podczas przymusowej kwarantanny.

Świat przestał być normalny

Epidemiolodzy dzielnie sobie radzą w skali województwa, państwa albo nawet kontynentu. Stacje epidemiologiczne, podstawy modeli, zalecenia praktyczne były zakładane i formułowane pół wieku temu. Świat wyglądał wtedy zupełnie inaczej. COVID-19 wcale nie jest pierwszą epidemią, z której modelowaniem mamy poważne trudności. Już wcześniej pojawiały się kłopoty, także w przypadku chorób odzwierzęcych, wystarczy przypomnieć sobie nie tak dawną panikę z ASF, problem z pryszczycą w Afryce, czy choćby nawet trudności w modelowaniu rozmieszczenia dobrze znanej wścieklizny. Wiele się zmieniło, ale popatrzmy na trzy zasadnicze składniki, które każą z pokorą spojrzeć na możliwości predykcyjne: urbanizacja, transport towarów, ludzi, zwierząt i usług oraz demografia – wszystko to powoduje znaczące zwiększenie intensywności kontaktów pomiędzy ludźmi. Oddziaływania te często opisujemy jako globalizację, a świat bywa przedstawiany jako jedna globalna wioska. Znacznie rzadziej
jednak wyprowadza się ze stwierdzenia tego faktu inne konsekwencje. Jak chociażby takie, że małe lokalne zwyczaje, np. żywieniowe, związane ze spożywaniem dzikich nieprzebadanych zwierząt, mogą mieć szybko globalny rozdźwięk.

Właśnie ta możliwość stała się faktem. A poszło tym łatwiej, że każda pandemia ma dwa aspekty: medyczny – bezpośrednio związany z zagrożeniem organizmu patogenem oraz psychologiczny – często oparty na zupełnie nieracjonalnych i nieprzewidywalnych rachunkach. Ich konsekwencje znamy z historii: izolacje, głód, a nawet masowe prześladowania. Aspekt psychozy w zasadzie wymyka się modelowaniu, bo ograniczenia w formie czasu i przestrzeń roznoszenia psychoz przestały praktycznie istnieć. Stały się bardzo dynamiczne i mają taki sam zasięg jak Internet, przemieszczając się niemal z prędkością światła. Aspekt medyczny był do przewidzenia, ponieważ przynajmniej od 2008 roku badacze zoonoz na łamach najbardziej prestiżowych czasopism pisali o tykającej biologicznej bombie, która zapewne wkrótce wybuchnie. Nikt nie przewidział efektu domina, tego jak wielki wywoła strach i panikę. Dopowiem, że takich bomb tyka znacznie więcej i zasługiwałyby na osobną refleksję. Mam na myśli patogeny transportowane z inwazyjnymi gatunkami obcymi po całym świecie. Prędzej czy później z ich strony uderzy w nas bakteria czy wirus, z którym znów nie będziemy potrafili sobie poradzić.

Publicyści lubią nawiązywać do koncepcji Nassima Taleba, że oto nadleciał „czarny łabędź”, zjawisko o ekstremalnie niskim prawdopodobieństwie zajścia, ale gdy się wydarzy, rozbija struktury na drobne kawałki. Nie, to było zjawisko o całkiem sporym prawdopodobieństwie wystąpienia, czyli pozostając w nomenklaturze Taleba, najzwyklejszy „biały łabędź” – wiedzieliśmy, że przypłynie, ale ignorowano fakty. Dlaczego? Bowiem z reakcjami politycznymi i społecznymi na nadciągającą epidemię jest zawsze problem. Na prywatny użytek nazywam to paradoksem Ezopa. Bohaterem jednej z jego bajek, chyba tej najbardziej znanej, jest wesołkowaty chłopiec, pasterz owczego stada. Lubił wzbudzać zainteresowanie wieśniaków i często wpadał do wioski, udając przerażenie i wołając: „Wilki! Wilki! Ratunku!”. Gdy wspólnota już w pełnym rynsztunku ruszała z odsieczą, zaczynał się śmiać i twierdził, że to żart. Do czasu, bowiem któregoś dnia wilki przyszły naprawdę. Pasterz wbiegł do wioski i krzyczał o pomoc, ale został zwyczajnie zignorowany. Nikt już mu nie wierzył i w ten sposób stracił swoje owce. Dla nas oznacza to tyle, że musimy czasem doświadczyć uderzenia epidemii, by zobaczyć, że naprawdę są one realnym zagrożeniem. Bez jej doświadczenia dalej byśmy żyli pełną piersią, zupełnie ignorując rzeczywistość. Taka ignorancja, przekłada się później na szybkie i nieprzemyślane działania. Coś jak leczenie dżumy cholerą.

Zapomniane GIGO

Skąd zatem panika zarówno wśród wielu badaczy, jak i opinii publicznej? Moim zdaniem z braku jasnego – od razu powiem, że praktycznie niemożliwego do sformułowania – komunikatu. Świat stał się heurystycznie nieprzejrzysty. Brakuje rzetelnych danych. Każdy kraj liczy zgony w sobie tylko właściwy, co więcej zmieniany w czasie, sposób. Czy naprawdę wszystkie dane są wiarygodne? Czy oszacowania poziomu śmiertelności rzeczywiście dotyczą wyłącznie SARS-CoV-2, a nie grupy chorób współistniejących? Co kraj, to obyczaj. Wielu badaczy głośno wręcz mówi, że obecnie dostępne dane co do liczby zarażonych i sposobu w jaki epidemia się rozwija, są zupełnie niewiarygodne. Jednak pozostaje to bez większego echa w środowisku twórców modeli, statystyk i obrazków, przyznam, że niektórych nawet całkiem ładnych. Cóż z tego, jeśli opartych na tych samych słabych danych.

Przykładem beztroskiego podejścia są wszelkie analizy pochodzące wyłącznie z jednego źródła, obecnie najczęściej z grupy Neila Fergusona z londyńskiego Imperial College. Dane wejściowe, często wyłącznie z początków pandemii, podawane bez przedziałów ufności, dają ładne obrazki, ale są bezwartościowe, nawet wtedy, gdy ktoś udostępni kody. Ale kto ma o tym wszystkim pamiętać? Naukowcy, którzy biorą 1000 euro pensji i ledwo wiążą koniec z końcem? Tak ponoć, lekkim, acz trafnym żartem skomentowała dzisiejszą sytuację hiszpańska badaczka: Dlaczego nas teraz pytacie o pomoc? Zapytajcie może piłkarzy, Ronaldo i Messiego, którzy zgarniają milionowe pensje. Może nawet oni przypomną sobie złotą regułę GIGO, pochodzącą od znanego w świecie statystycznym i komputerowym wyrażenia „Garbage In, Garbage Out”, czyli po naszemu: śmieci na wejściu — śmieci na wyjściu. Naprawdę nie posiadamy wiarygodnych danych? A co ze skończenie przebadaną populacją pasażerów wycieczkowca Diamond Princess? Sytuacja epidemiologiczna na statku doczekała się bardzo dokładnych analiz, zamieszczonych już w kilkudziesięciu pracach naukowych. I choć analitycy zachwycają się sporą liczebnie próbą, zbadaniem całej lokalnej populacji oraz zebraniem wielu danych dodatkowych, to jakby zupełnie brakuje krytycznej analizy na temat tego, że wycieczkowa populacja była jednak w większości zaawansowana wiekowo, wielu z pasażerów wręcz wprost pisało o chęci odbycia ostatniej wielkiej podróży życia. Tak, wiem, że w przypadku dziesięciu z nich los potraktował tę chęć bardzo literalnie. Nie zwalnia nas
to jednak z odpowiedzi na pytanie, czy rzeczywiście tenże statek i jego zamknięta populacja stanowi dobre źródło danych? Dla porównania, dane z innego naturalnego laboratorium, jakim ze swej wyspiarskiej natury stała się Islandia, są daleko bardziej optymistyczne.

Czekając na IV falę

Czasem w epidemiologii mówi się o czwartej fali zachorowań. Po trzech pierwszych bezpośrednio związanych z patogenem, następuje fala czwarta – inne konsekwencje medyczne. To wtedy zaczynamy liczyć, ile zabiegów wcześniej zaplanowanych nie zostało wykonanych, jak wyglądają przebieg i rokowania innych chorób czy przyczyn śmiertelności populacji, czy też jakie są związki z załamaniem systemu ekonomicznego, a w konsekwencji jak przeniosło się to na jakość życia i zwiększającą się liczbę chorób psychicznych. Czas spędzony w izolacji, niemożność kontynuowania niektórych rodzajów aktywności relaksującej (wyjścia na spacer, do lasu czy też do kościoła), problemy ekonomiczne firm, utrata zatrudnienia – to wszystko nie przelewki. Do tego mogą dojść poważne, znane od wieków problemy epidemiologiczne. Wyrzucana, tracąca datę przydatności do spożycia żywność to magnes dla szczurów, karaluchów i innych nosicieli zarazków.

Jednak nie można popadać w pesymizm, wszak nadzieja umiera zawsze ostatnia. Pomagajmy sobie poszukiwaniem mechanizmów poprawiających funkcjonowanie umysłu. Dobra lektura, zwłaszcza powrót do klasyków, bywa szczególnie cennym rozwiązaniem. Recenzent tekstu, gdy przeczytał powyższe stwierdzenie, załamał ręce i dopisał mi na marginesie pracy: „to co, mamy tylko siedzieć, czytać i modlić się?”. Zatem precyzuję i dopowiadam: można jeszcze jeść sery, pić wino oraz obserwować ptaki. I to niekoniecznie w takiej kolejności.

Prof. Piotr Tryjanowski jest biologiem, zajmuje się ekologią behavioralną, wpływem klimatu na przyrodę, ptakami krajobrazu rolniczego i ekologią miast. Miłośnik wina i ptaków. Kieruje Instytutem Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

Wróć