logo
FA 03/2020 Nauka i lęki

Piotr Pawlak

Misz-masz (pseudo)naukowy

Rys. Sławomir Makal

Festiwale nauki, noce naukowców, uniwersytety trzeciego wieku, przedszkolne robotyki, mobilne laboratoria, doświadczalnie… Chcemy nauki, ale jej nie rozumiemy.

Z Noblem to jest tak… – to znaczy z Noblem nagrodą, a nie Noblem Alfredem. Wyczekując co roku Nobla pokojowego, dowiadujemy się, że ktoś się postarał, by świat lub jakiś jego fragment był lepszy, albo że według kogoś postępować będziemy tak, by świat lub jego fragment stał się lepszym. Kiedy sekretarz szwedzkiej Akademii Królewskiej przedstawia laureata literackiej Nagrody Nobla, wiadomo, że jutro w księgarniach nie dostaniemy już jego książek. Szczęśliwy ten, kto czyta i przeczyta jeszcze raz, bo w domowej biblioteczce przynajmniej jeden taki duży lotek już jest. Zresztą w przypadku tej nagrody mamy niezłe doświadczenie, właśnie przeżywaliśmy piątego już Nobla dla polskiego literata. Cu-do-wnie! Fizycy to z kolei odrębny temat. To chyba w mniemaniu większości zainteresowanych i niezainteresowanych po prostu „mózgi” tego świata. Nieważne czy patrzą przez teleskop, odbywali staż w CERN-ie, pracują nad kwarkami czy odkryli grafen. Umysłem pojąć to wszystko trudno, więc na pewno się Nobel należał. Do chemii to mamy trochę stosunek osobisty czy – jak to teraz się nazywa – narodowy. Dwa medale dla Marii Skłodowskiej-Curie potrafi wymienić każdy o dowolnej porze dnia i nocy. Ekonomię lubią wszyscy, niech tylko rośnie.

No i wreszcie fizjologia i medycyna – wydawać by się mogło, odkrycia naukowe, które dotyczą lub będą dotyczyć naszego życia dużo bardziej namacalnie niż pozostałe 175-gramowe (waga medalu Noblowskiego) dokonania. Ale z tymi Noblami, nazwijmy je biologicznymi, o życiu, mam wrażenie, jest pewien kłopot. Pytanie bowiem, na ile odkrycia w dziedzinie biologii są zrozumiałe dla przeciętnego zjadacza chleba i czy w ogóle kiedyś były, mimo że komitet noblowski złożoność problemu potrafi genialnie ująć w jednym zdaniu (nie mylić z „and the Oscar goes to…”).

Za odkrycia organizacji i funkcjonowania komórek

Coraz rzadziej w przypadku dostojnych nagród słyszymy o szczepionce lub przełomowej technologii, jak w przypadku amplifikacji (powielania) DNA (PCR – Nobel co prawda w dziedzinie chemii, ale o potężnym znaczeniu dla biologii i medycyny, Kary Mullis 1993), która umożliwia wszelkie analizy genetyczne. Pośród dziesiątek nagród za odkrycia organizacji i funkcjonowania komórek, tkanek, narządów, szlaków metabolicznych, odpowiedzi immunologicznej, dziś poznajemy autofagosom (Ohsumi 2016) czy niekodujące cząsteczki RNA, regulujące skomplikowaną maszynerię ekspresji genów w komórkach (Fire, Mello 2006). Technika zapłodnienia in vitro (Edwards 2010), tomografia (Cormack, Hounsfield 1979), rezonans magnetyczny (Lauterbur, Mansfield 2003), elektrokardiogram (Einthoven, 1923) to coś, z czym spotykamy się na co dzień, jeśli nie w życiu, to w prasie, mediach, internecie. Priony (Prusiner 1997), Helicobacter pylori (Marshall, Warren 2005), malaria (Ross 1902), tyfus (Nicolle 1928), żółta febra (Theiler 1951), HPV i HIV (Bárre-Sinoussi, Montagnier, zur Hausen 2008) skojarzą się dość łatwo, ale reprograming komórek w kierunku pluripotencji (Gurdon, Yamanaka 2010) może wywołać konsternację. Pawłowa (1904) też nietrudno skojarzyć, przechodząc w porze lunchu obok restauracji. Cykl dobowy dotyczy każdego żywego organizmu na planecie Ziemia (Hall, Rosbash, Young 2018), który zawiera DNA (Crick, Watson, Wilkins 1963), zorganizowane w chromosomy (Morgan 1933), których elementy mogą być ruchome (McClintock 1983), a same są chronione przez telomery (Blackburn, Greider, Szostak 2009). Streptomycyna (Waksman 1952) i penicylina (Fleming, Chain, Florey 1945), insulina (Banting, Macleod 1923) lub inne takie pewnie zagościły choć raz w domowej apteczce.

Tysiące followersów za sobą

Wcześniej radzono sobie z gruźlicą (Koch 1905), na którą do dziś szczepimy maluchy w pierwszej dobie życia, choć o tym można by podyskutować. Niestety w obecnych czasach trudno nie być osaczonym przez pseudonaukę, która wyprowadza na manowce. Przykładów tryliardy: woda strukturyzowana, naprawianie kodu genetycznego… W głowie pomysły się nie mieszczą i dosłownie, i w przenośni. Dlaczego w przeddzień Nowego Roku wierzymy, że preparaty agresywnie reklamowane w radio na tzw. kaca nam pomogą? Dlaczego jesteśmy w czołówce zjadaczy suplementów diety i dajemy wiarę, że zadziałają? Dlaczego ufamy zmieniającym się piramidom żywienia? Kremy antyaging, naprawiające DNA, dieta oparta na genomie? Niedługo dzięki rozwojowi polskiej branży monopolowej kupimy rzemieślnicze piwo antyaging, co spotka się z wielką aprobatą.

Na tapecie szczepionki – gorący temat ostatnich lat, w którym niechętnie słuchany jest głos lekarzy, mikrobiologów czy immunologów. Z wczorajszym Andrew Wakefieldem było jak z dzisiejszym brexitem. Wysnuł hipotezę, opublikował wątpliwe wyniki w jednym z najbardziej poczytnych czasopism medycznych na świecie, „The Lancet”, i gotowe. Jedną ideą, jedną chwilą, siedmioma stronami papieru tak namieszał w świecie medycznym, że antyszczepionkowcy rozkwitli. To, że artykuł został wycofany z publikacji, to pewnie wina lobby farmaceutycznego. No więc nie szczepimy, bo rtęć, bo aluminium, bo formamid, bo autyzm, bo NOP (niepożądane odczyny poszczepienne), bo po co, bo chorób już nie ma, bo w nosie mam odpowiedzialność zbiorową, bo nie. Idea potrafi włączyć lawinę, którą trudno zawrócić. Przykłady można oczywiście mnożyć, skutki będą różne, czasem nieprzewidywalne. Rozmawiajmy o kalendarzu szczepień, ale raczej nie o braku szczepień. Niegdyś ludzie przemierzali setki kilometrów do Paryża, gdy się dowiedzieli o skutecznej szczepionce na wściekliznę. Ryzykowali, bez szerokich badań klinicznych, by ratować życie.

Co się stało, że przestajemy czekać na naukę i wolimy domorosłą pseudonaukę? Skąd się biorą ludzie, którzy mogą korelować wszystko ze wszystkim i twierdzić, że działa. Wystarczy jeden przypadek, cud – i mamy już setki, tysiące followersów za sobą. Tymczasem niezłe doniesienie z „Lancet”, „Science” czy „Cell” nawet nie przebije się przez nagłówki gazet. Młody jestem, pewnie dlatego nie przypominam sobie tak wielu ruchów wątpiących w naukę. Może to przez internet, jego powszechny dostęp, fora, wymianę myśli i spostrzeżeń, po prostu swobodny przepływ informacji. Problemy chowane w domu wyszły na zewnątrz i otworzyły drogę do dyskusji, ale też spekulacji. Wybieramy wiedzę, która nam pasuje.

Obecnie bardzo wierzymy naukowcom w ocieplanie klimatu i tegoż katastroficzne skutki w nieodległej przyszłości. Przez procesy cywilizacyjne sami zapędzamy się w kozi róg, gasimy pożary, ograniczamy freon, rezygnujemy z plastiku, tniemy puszcze i wybijamy dziki, a z drugiej strony rozkręcamy hodowlę zwierząt do granic fizjologii. Zaczynamy sobie szukać miejsca w kosmosie, jakbyśmy sami czuli, że zmiany w środowisku idą zbyt szybko i żaden gatunek nie jest w stanie się do nich zaadaptować. W szale odrzucamy plastik, stawiamy na drewno, używamy toreb wielorazowych, a nawet szyjemy własne, mięso pakujemy coraz częściej we własne pojemniki. Protestujemy, choć pewnie nie do końca rozumiemy. Oszczędzamy wodę, montujemy panele słoneczne, chcemy koniecznie uczestniczyć w ratowaniu świata, żeby nasze dzieci miały tak jak my, a nie musiały walczyć o wodę. Te działania nie wynikają wcale z zalewu rzetelnych badań naukowych, tylko z medialnych, selektywnych przekazów o stanie świata, które powoli docierają do świadomości.

Politycy nie słuchają naukowców

Dane szokują i wywołują strach. Dzisiejsze doniesienia o koronawirusie wydają się jednak zmieniać optykę i coraz częściej padają pytania o… szczepionkę. Boimy się o naszą przyszłość, o powietrze, wodę, o zanieczyszczenia, jednym słowem o nasze zdrowie. Co ciekawe, ten sam strach, dotyczący zdrowia i poparty tysiącami badań na przestrzeni setek lat, nagle wywołuję zupełnie odwrotne reakcje. Dlaczego nie chcemy stosować procedur medycznych? Skąd tak niekonsekwentne podejście do tych tematów i tak różne poziomy zaufania do nauk medycznych i nauk ekologicznych? Łączy je w gruncie rzeczy jedno – dziedzina nauki o życiu. O życiu właśnie. Żyjemy w czasach tworzenia organoidów, edycji genomu zarodkowego, coraz bardziej realnych ksenotransplantacji, terapii genowych i powszechnego, niedrogiego sekwencjonowania genomów, wojen technologicznych, tymczasem debatujemy o sprawach, które właściwie powinny być traktowane jako pewniki. Tworzymy prawo regulujące zapłodnienie pozaustrojowe, które właśnie na świecie obchodziło swoje czterdziestolecie od momentu urodzenia pierwszego dziecka, nie mówiąc oczywiście tutaj o zapłodnieniu in vitro wcześniej stosowanym u zwierząt. Tymczasem odkrywamy ślady zanieczyszczenia powietrza w łożyskach ciężarnych kobiet.

Oczywiście nigdy regulacjami nie wyprzedzimy nauki, ale czy nie łatwiej i lepiej mówić o przyszłości i zagrożeniach wynikających z niektórych eksperymentów, aniżeli wracać myślami do mniej istotnych problemów podszytych ideologią? Dlaczego politycy nie słuchają naukowców? Wszak wszystkie partie mają ich również w swoich szeregach. Czasami mam wrażenie, że naukowcy też siebie nawzajem nie słyszą. Jakby sobie nie ufali. Entomolog być może nie posłucha neurologa, genetyk może nie usłyszeć argumentów psychologów, a inżynierowie nie będą ufać ornitologom. Każdy mówi swoje. Tymczasem warto zaszczepić(!) swój umysł sprawdzonymi, rzetelnymi informacjami, pobudzić w sobie ciekawość. Festiwale nauki, noce naukowców, uniwersytety trzeciego wieku, przedszkolne robotyki, mobilne laboratoria, doświadczalnie… Chcemy nauki, ale jej nie rozumiemy.

Uwielbiamy doświadczać, lecz wiemy lepiej od innych. Może zabrzmi to trochę naiwnie, jednak zaufajcie nam. Każdy prawdziwy naukowiec dąży do poznania, do odkrycia, do przełomu. Każdy, nie tylko ten z Noblem. Niewielu się udaje i nieliczni potrafią znieść gorzkie ziarno porażki czy raczej braku wielkiego sukcesu. Wszak nie jest wcale łatwo zrozumieć świat w minutę, nawet jeśli stworzony w dni siedem.

Dr Piotr Pawlak, embriolog doświadczalny i genetyk, Katedra Genetyki i Podstaw Hodowli Zwierząt, Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu

Wróć