logo
FA 03/2020 Nauka i lęki

Andrzej W. Nowak

Czy przegrywamy wojnę idei?

Rys. Sławomir Makal

Wbrew stereotypowi to nie osoby w „czapeczce z aluminiowej folii” chroniącej przed promieniowaniem telefonów komórkowych są odpowiedzialne za to, że poglądy irracjonalne zalały sferę publiczną.

Związki pomiędzy lękami i nauką trzeba rozpocząć od przypomnienia oświeceniowo-racjonalistycznej obietnicy, dzięki której nauka uzyskała tak wysoki status w nowoczesności. Nauka, poznanie naukowe, a następnie technonaukowy sukces pragmatyczny były obietnicą wyzwolenia ze świata przygodności i determinizmów. Zarówno natura zewnętrzna, jak i wewnętrzna miały zostać okiełznane. Condorcet, pisząc na wyścigi ze śmiercią swój Szkic obrazu postępu ducha ludzkiego poprzez dzieje, miał nadzieję, że uda nam się rozszerzyć królestwo wiedzy, rozumu i pewności. To właśnie pewność miała nam pozwolić opanować lęki, zakończyć setki lat życia w strachu, w świecie, w którym każda złamana noga czy rozwolnienie mogły oznaczać śmierć, a choroba rodzica to poniewierka albo i śmierć dzieci. To koniec świata, w którym wiosnę wita się z lękiem, martwiąc się, czy wystarczy zapasów. To nadzieja na świat, w którym nie trzeba zimą wyganiać starców na mróz.

Condorcet był matematykiem, statystykiem – to ważne, ponieważ naukowa możliwość racjonalnego opisu, a następnie oszacowania go pozwoliły na to, aby obietnica nauki została częściowo spełniona: świat przestał przerażać swą przygodnością, gdyż przynajmniej częściowo został uporządkowany. Racjonalność widziała samą siebie w świecie, który uprzednio przekształciła.

Na końcu swego traktatu Condorcet szkicował plan ubezpieczeń społecznych, systemu szacowania ryzyka i racjonalnego sposobu opanowania go przez aparat państwowy dla dobra całego społeczeństwa. Uwagi te zostały potwierdzone przez ówczesną praktykę. Jak wskazują Foucault i Hacking, szacowanie ryzyka, sprzężenie statystyki i państwa pozwoliły na wytworzenie tzw. urządzeń bezpieczeństwa, czyli – dzięki statystyce, biurokracji i racjonalizacji rzeczywistości – zarzadzanie tym, co do niedawna wydawało się podlegać jedynie kaprysom przyrody albo bóstw: głodem, powodziami, chorobami. W toku rozwoju nowoczesności państwo i nauka sprzęgały się coraz silniej, połączone z nowoczesną edukacją powszechną nie tylko rugowały obszary tego, co budziło lęk, ale porządkowały rzeczywistość, racjonalizowały ją. Wraz z symbolicznym wprowadzeniem systemu metrycznego początkowo Francja, a następnie dalsze części Europy i świata zaczęły być coraz bardziej more geometrico.

Przesyłka zwrotna i spłacanie długów

Nowoczesność, której symbolem był mariaż nauki i państwa (początkowo imperiów, później państw narodowych), swój sukces zawdzięczała temu, że owa maszyneria usuwania niepewności (a więc i lęków) była aż nadto skuteczna. Mariaż państwa i nauki, tak efektywny w zmienianiu rzeczywistości, zaczął coraz wyraźniej ujawniać swe faustowskie oblicze. Znamy to dobrze, pierwsze krytyki nazbyt pospiesznego rugowania dziwności świata, nazbyt pośpiesznego odcinania się od lęków pojawiły się ze strony takich osób jak Humboldt czy Goethe, starających się zachować równowagę pomiędzy oświeceniową racjonalizacją rzeczywistości i jej przekształcaniem a romantycznym kontemplowaniem jej wraz z przyzwoleniem zarówno na zachwyt jak i na misterium tremendum.

Nie miejsce tutaj na pełen rys historyczny, warto jednak zauważyć, że głos optymistyczny przez dziesięciolecia dominował, ze swoją kulminacją w latach „wysokiej nowoczesności” (high modernizm) 1945-1960. Niestety przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, globalna rewolta 1968 roku, aż po kryzys naftowy oraz załamanie się pewności co do trendu sekularyzacyjnego, symbolizowane przez Chomeiniego oraz Jana Pawła II, wyznaczyły kres tego optymizmu. To, co wyparte, zaczęło domagać się uwagi. Racjonalność i jej przymierze z nauką i techniką stały się problematyczne. Zamiast przynosić stabilizację i niweczyć lęki, same zaczęły być ich źródłem.

Oczywiście jednym z głównych problemów był zimnowojenny strach przed zagładą atomową. Ruch antyatomowy, oprócz rozsądnych postulatów walki o jedynie pokojowy atom, stał się niestety rozsadnikiem antynaukowych wystąpień. Podobnie rosnące zainteresowanie problemami środowiska, symbolizowane przez książkę Rachel Carlson Silent Spring, roznieciło falę reakcji. I podobnie jak z atomem, część z nich to były rozsądne głosy domagające się regulacji przemysłu i biznesu, ale niestety część zasiliła chemiofobiczne i naukofobiczne ruchy neoluddyczne. Wreszcie symbolem – późniejszym – stał się Czarnobyl. Rok 1986 to zarówno pamiętna katastrofa w elektrowni jądrowej, jak i data wydania książki Ulricha Becka Społeczeństwo ryzyka. Od tej pory nie pewność, lecz ryzyko stało się wyznacznikiem nowoczesności. Także wiara w dobro, jakie przynosi racjonalne planowanie, została podana w wątpliwość, a symbolem owego zwątpienia była Brasilia, najdoskonalej wcielona utopia oparta na ideach Le Corbusiera, Oscara Niemeyera, Lucio Costy i Karty Ateńskiej.

Obiekcje czy można racjonalnie uporządkować rzeczywistość, które zaczęły się mnożyć wraz z krytyką rozwiniętej nowoczesności, stały się powszechne, a przykładem ich może być książka Seeing Like a State: How Certain Schemes to Improve the Human Condition Have Failed napisana przez Jamesa C. Scotta.

Przytłoczona ciężarem „przesyłek zwrotnych”, nieoczekiwanych efektów własnych działań, nowoczesność reflektywna zgodnie z nazwą musiała zmieścić w sobie zarówno dawne nowoczesne ambicje, jak i uporanie się ze skutkami ubocznymi, z wypartymi i nieprzewidzianymi skutkami działań.

Wszystko to zaowocowało katastrofalnymi następstwami dla naszych „światów życia” (lebenswelt) i możliwości kulturowej, psychologicznej „obróbki” rzeczywistości. W świecie przednowoczesnym, kiedy nasze światy życia ulegały zachwianiu (np. przez śmierć osób bliskich, pandemię, wojnę), istniały tradycyjne, religijno-filozoficzne sposoby ponownej stabilizacji. Jak wskazywał Krzysztof Abriszewski w swej książce Kulturowe funkcje filozofowania, przykładem takiej strategii są Wyznania napisane przez św. Augustyna po śmierci przyjaciela. W świecie przednowoczesnym mieszanka myślenia apokaliptycznego, zdanie się na los pozwalały poradzić sobie z realnością zagrożenia. Lęki, strach były dzięki temu oswajane.

Jak wspomniałem wyżej, nowoczesność radziła sobie inaczej, z jednej strony walczyła z tym, co powodowało lęki, poprzez likwidację źródła (racjonalizacja i zmiana świata), z drugiej – w przypadku tych źródeł lęku, których łatwo się usunąć nie dało – wypierała je. Dziś, w epoce drugiej, reflektywnej czy – jak pisał Bauman – płynnej nowoczesności, doświadczamy równocześnie dwóch procesów. Mamy do czynienia z uświadomieniem sobie nowych źródeł lęków (zmiana klimatyczna, zanieczyszczenie środowiska, złożoność technologiczna etc.), które są o tyle problematyczne, że pozostają częścią dawnego rozwiązania. Jak pokazuje przykład ruchów antyszczepionkowych, znikome ryzyko pojawienia się relatywnie mało szkodliwego odczynu poszczepiennego jest źródłem lęku o wiele silniejszego i łatwiejszego do politycznego zagospodarowania niż lęki przed chorobami zakaźnymi, powodowanymi przez nie śmiercią czy powikłaniami. Destabilizacje naszych światów życia przez nazbyt złożoną rzeczywistość nie są już łagodzone przez skuteczny w nowoczesności mariaż nauki i państwa. Steve Fuller mówi, że w ponownie zaczarowanym świecie neoliberalnym grozi nam światopogląd karmiczny: powrót wiary w przeznaczenie, tym razem jednak przybierający postać „bioliberalizmu”, czyli przekonania, że los jednostki predestynują geny i IQ.

Оdin, dwa, tri – w świecie bez „Sondy” rodzi się Kaszpirowski

Proces ten przyśpieszył wraz z upadkiem „realnego socjalizmu”. Obietnice sięgające jeszcze rosyjskiego kosmizmu (Fiodorow, Ciołkowski), nadzieje na podbicie przyrody, wyrugowanie chorób (a nawet śmierci) nie zostały wypełnione. Związek Radziecki się rozpadł, a symbolami zawiedzionych nadziei były katastrofa w Czarnobylu i wysychające morze Aralskie. Przestaliśmy wierzyć, że mariaż nauki, techniki i państwa pomoże w zapanowaniu nad światem. Zrobiliśmy to dokładnie w tym samym czasie, w którym złożoność systemów eksperckich oraz to, w jaki sposób zaczęły one kształtować nasze światy życia, osiągnęły poziom jak nigdy dotąd. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych straciliśmy (bezpowrotnie?) pewną szansę. Byliśmy w sytuacji doktora Frankensteina, oto nasze dzieło – nowoczesność – ujawniło się wraz z wszystkimi wadami, potwornościami, ale niestety, jak twierdzi Bruno Latour, powtórzyliśmy błąd: zamiast adoptować, zrozumieć potwora i go poprawić – wygoniliśmy go w ciemność. Dziś już nie pamiętamy, że krytykiem ZSRR był nie tylko religijno-nacjonalistyczny Sołżenicyn, ale i Sacharow – wierzący w konwergencje, uniwersalny, demokratyczny, oparty na racjonalności naukowy świat.

W humanistyce nadkrytyczna krytyka nowoczesności, symbolizowana przez postmodernizm, nie podsunęła rozwiązania dla nowej nadłożonej fazy nowoczesności, ale jako rozwiązanie zaproponowała podminowanie racjonalności i uniwersalizmu. Zamiast kontynuacji nowoczesnej pracy na rzecz stabilizacji rzeczywistości i odczarowywania, nastąpiło jej ponowne zaczarowanie. Nie bez winy są tu też inspiracje czerpane z nauk przyrodniczych – jak pokazuje Adam Curtis w swoim hipnotycznym filmie dokumentalnym All Watched Over by Machines of Loving Grace, trzy z nich najsilniej wspierały proces ponownego zaczarowania rzeczywistości oraz odejście od wiary w możliwość racjonalnego nią kierowania, odpolitycznienia: niektóre interpretacje neodarwinizmu, cybernetyki i teorii systemu oraz nadużywanie metafory ekosystemu. Wszystko to w połączeniu z „ideologią kalifornijską” doprowadziło w latach dziewięćdziesiątych do legitymizacji neoliberalizmu i wiary, że rzeczywistość „sama się zorganizuje”, a zasadą owej organizacji jest „wolny rynek”.

W tym miejscu dochodzimy do ważnego momentu: kto zyskał na tym, że przestaliśmy wierzyć w możliwość porządkowania rzeczywistości? Kto był i jest beneficjentem świata, w którym kultura jest przeniknięta przez nowe zaczarowanie, a jedyną „racjonalnością” społecznie postrzeganą jest ta definiowana przez neoliberalny sposób myślenia? Do tego – jak pokazali Philip Mirowski w Science-Mart: Privatizing American Science, Henry A. Giroux w Neoliberalism’s War on Higher Education czy Colin Crouch w książce Psucie wiedzy. Ukryte skutki finansowego zawłaszczania życia publicznego – neoliberalizm okazał się wyjątkowo zgubny dla systemu wiedzy. W okresie stabilnej nowoczesności naukowcy byli w trudnym sojuszu z państwem (i wojskiem!) i odpowiednio kapitalistyczną albo „realnie socjalistyczną” ekonomią. Przykładowo wysoki prestiż fizyki teoretycznej jest ściśle związany z sukcesem programu Manhattan i rozwojem broni atomowej. Po okresie 1989-1991 alternatywa socjalistyczna przestała się liczyć (nawet jeśli nigdy tak naprawdę nie była w pełni ani alternatywna, ani socjalistyczna). To spowodowało, że ów wymuszony sojusz został poważnie nadwątlony – z trudnego sojusznika nauka i szkolnictwo wyższe stały się dla rynku zasobem do zużycia. To spowodowało poważną erozję stabilizacyjnej i regulacyjnej roli, jaką (techno)nauka odgrywała w społeczeństwie. Stając się zasobem dla rynku, nauka nie jest dłużej częścią tych sił, które w imię racjonalności właśnie rynek starały się regulować i kontrolować.

Warto też przypomnieć, że rozwinięcie się internetu, początkowo w imię innowacyjności niepoddanego takiej kontroli jak prasa czy telewizja, stało się dziś jedną z ważniejszych społecznie „infrastruktur lęku”. Urynkowienie informacji, pogoń za „klikalnością”, wytworzenie pozoru debaty przez umożliwienie wypowiedzi wszystkim uczyniły z internetu, szczególnie tego z okresu sieci społecznościowych, podstawowy generator społecznych lęków, także tych związanych z nauką. Aby nie zatrzymać się jedynie w tym miejscu analizy, warto od razu zauważyć, że to nie sam internet jest problemem, lecz brak regulacji i urynkowienie informacji i komunikacji.

Handlarze strachem i ignorancją

Dziś wiemy, że korelacja pomiędzy neoliberalizacją kapitalizmu, deregulacją a szerzeniem się strachu, lęków nie jest przypadkowa. Przynajmniej od czasu książek Naomi Oreskes i Erika M. Conwaya Merchants of Doubts oraz Jane Mayer Dark Money. The Hidden History of the Billionaires Behind the Rise of the Radical Right, śledząc powiązania instytucjonalne oraz finansowe, możemy analizować, w jaki sposób wpływowe i zamożne osoby pokroju braci Koch wpływały na politykę, poglądy i upowszechnianie się pewnych światopoglądów oraz wytwarzały funkcjonalne dla nich strach, wątpliwości i ignorancję. Na przełomie lat 60. i 70., zdaniem wielu wpływowych i bogatych osób, USA zaczęły zmierzać w złym kierunku, a oznaką tego były bunty studenckie, osiągnięcia ruchu praw obywatelskich, rodzący się ruch ekologiczny. Ruchy te miały jeden wspólny czynnik: bezpośrednio albo pośrednio zaczęły domagać się ograniczenia dla dużych przedsiębiorstw i korporacji.

Jesteśmy dziś bardziej świadomi roli internetu w szerzeniu fake newsów, nakręcania spirali paniki, a dzięki wspomnianym wyżej badaczkom i badaczom wiemy dużo więcej o uwarunkowaniach instytucjonalnych i ekonomii politycznej irracjonalizmu. Dlatego kluczowe jest spostrzeżenie, że irracjonalne poglądy nie są w przeważającej mierze dziełem „szaleńców”, osób siedzących w piwnicy i łączących czerwoną nitką zdjęcia UFO z wycinkami z gazet przypiętymi na ścianie. Wbrew stereotypowi to nie osoby w „czapeczce z aluminiowej folii” chroniącej przed promieniowaniem telefonów komórkowych są odpowiedzialne za to, że poglądy irracjonalne zalały sferę publiczną. Takie osoby też istnieją, ale są raczej efektem procesu, raczej symptomem niż przyczyną. Analiza współczesnego irracjonalizmu przesunęła się z epistemologii sprawdzania prawdziwości poglądów i szukania kryterium demarkacji fałszu od prawdy w stronę szukania mechanizmów socjologicznych, instytucjonalnych, ekonomicznych, które stabilizują i umożliwiają szerzenie danych poglądów. Wszystko to spowodowało, że dziś jesteśmy już bardziej zaawansowani w analizie współczesnego irracjonalizmu, a także że perspektywa jego analizy stała się silnie upolityczniona i nie stroni od odwołań do analizy ekonomicznej (follow the money).

Dyskusja wokół globalnego, antropogenicznego ocieplenia ujawniła, że denialiści zmian klimatycznych to nie wspomniane „dziwne osoby w foliowych czapeczkach”, ale koncerny naftowe, które choć od lat dysponowały wiedzą o globalnym ociepleniu na swój prywatny użytek, zaś dla opinii publicznej produkowały i wspierały denializm klimatyczny. Podobnie ruch antyszczepionkowy: oprócz przestraszonych złożonością świata i medycyny rodziców gromadzi on też „zawodowych antyszczepionkowców”, którzy na niszczeniu podstaw zdrowia publicznego robią kariery polityczne i pieniądze. Nazywane jest to strategią FUD (Fear, Uncertanity and Doubt) i ściśle wiąże się z funkcjonowaniem neoliberalnego kapitalizmu. Szerzenie strachu, zwiększanie atomizacji społecznej, podrywanie zaufania społecznego do instytucji publicznych jest funkcjonalne dla świata, w którym rządzi „prawo silniejszego”. Tymi silniejszymi mogą być ruch religijny, obracający miliardami koncern czy wpływowa organizacja polityczna. Dzieje się tak, gdyż kiedy przestaje działać siła racji, to zaczyna działać racja siły.

Prawzorem tego była tzw. strategia tytoniowa, czyli opisana przez Oreskes i Conwaya taktyka, jaką przyjęły początkowo koncerny tytoniowe w sporze o korelację pomiędzy paleniem papierosów a nowotworami. Przestraszone możliwością wypłaty odszkodowań i utraty zysków koncerny wynajęły agencje PR, aby znaleźć rozwiązanie. Dość szybko się okazało, że będzie bardzo trudno zaatakować bezpośrednio badania dotyczące nowotworów i im zaprzeczyć. Znaleziono jednak szybko inny sposób, zaczęto „sprzedawać wątpliwości” („doubt is our product”). Zaczęto wytwarzać równoległy obieg ekspercki, raporty, organizować konferencje, „fakty medialne”. Wszystko po to, aby stworzyć wrażenie, że wokół tego zagadnienia wciąż toczy się debata naukowa, a jej wyniki nie są ani pewnie, ani ostateczne. Takie „sceptyczne” stanowisko, domaganie się stuprocentowo pewnych danych dobrze „sprzedawało” się publicznie, tym bardziej że ówczesne społeczeństwa zaczynały być coraz bardziej krytyczne wobec nauki, państwa i planowania. Koncerny tytoniowe, podobnie jak w późniejszym okresie naftowe, wytwarzały własne ekspertyzy naukowe, które odpowiednio potwierdzały szkodliwość palenia tytoniu i wpływ spalania paliw kopalnych na zmianę klimatyczną. Tyle tylko, że dla szerszej sfery publicznej prezentowały bardziej „sceptyczne” i „zatroskane” oblicze. Głównymi „złymi” w tej opowieści są George Marshall Institute, Tobacco Industry Research Comittee, Amerykański Instytut Naftowy (API), Cato Institute, Hertland Institute i ich sponsorzy: ExxonMobil, Philip Morris C., Tinto Group, General Motors. Warto też wymienić naukowców, którzy w dużej mierze stali za rozwojem i legitymizowaniem tej strategii: William Nierenberg, Robert Jastrow, Frederick Seitz, Fred Singer. Nieprzypadkowo byli oni w czasach zimnej wojny „jastrzębiami” związanymi z przemysłem i wojskiem, a po jej zakończeniu swą energię w walkę z „czerwonym zagrożeniem” (Red Scare) przekuli w walkę z jakimikolwiek próbami regulacji wielkiego biznesu i korporacji. W świecie mnożenia wątpliwości społeczeństwo pozostawione wobec zamętu nie ma narzędzi, aby móc skutecznie walczyć z zagrożeniami.

Przykładem politycznej wagi istnienia uregulowanej metrologii z rodzimego podwórka jest długoletnia walka działaczy środowiskowych i miejskich, aby upowszechnić świadomość dotyczącą poziomu smogu. Wiarygodne metrologicznie, dostępne publicznie dane są pierwszym krokiem do tego, aby dane zjawisko oszacować, a następnie podjąć racjonalną politykę zmniejszenia zagrożeń. W przypadku smogu wiemy, że wymaga to ograniczeń, które dotkną przemysł samochodowy, spalanie węgla w starych piecach czy drewna w kominkach klasy średniej. Szerzenie wątpliwości, rozciąganie dyskusji w nieskończoność, mnożenie kontrekspertyz, wytwarzanie alternatywnych „ekspertów medialnych” mają na celu rozpalanie nieistniejącej kontrowersji, przeciąganie jej, co pozwoli przeciągnąć okres, w którym nie dokona się racjonalna regulacja dotycząca danego problemu. Widzimy na przykładzie smogu, ale też dobitnie na przykładzie zmiany klimatycznej, że szerzenie zamętu, strachu i wątpliwości jest funkcjonalne dla tych, którzy nie chcą się poddać regulacji opartej zarówno na wiedzy evidence based, jak i towarzyszącej jej pronaukowej, proracjonalnej woli politycznej.

Wysłuchajcie wszystkich, lobbysta rozpozna swoich

Kończąc, pragnę wyrazić zaniepokojenie proponowaną przez MNiSW nowelizacją Konstytucji dla Nauki i propozycją powołania komisji do spraw wolności w systemie szkolnictwa wyższego i nauki. Sprowokowane sprawą dyscyplinarną prof. Ewy Budzyńskiej zmiany mają na celu wymuszenie na uczelniach wolności głoszenia poglądów. Okoliczności ogłoszenia noweli uwikłane są w aktualne „wojny kulturowe” i zaskakująco korelują z podobną propozycją kontrowersyjnego think tanku Ordo Juris. Sprowokowana doraźnym sporem nowelizacja jest niebezpieczna, gdyż otwiera uczelnie na wpływ wszelkich działań lobbystycznych, wykraczających dalece poza kontrowersję wokół prof. Budzyńskiej i siły w to zaangażowane. Przymuszenie uczelni, aby stały się hyde parkami, to spowodowanie, że liczyć się będzie głos najsilniejszy, najgłośniejszy, a nie ten uzasadniony, oparty na badaniach evidence based. Konfiguracja tego, kto jest najsilniejszy, pewnie będzie zmienna w czasie, podobnie jak sojusze, ale kluczowa jest niebezpieczna zasada: nie liczy się racja, lecz ilość pieniędzy, liczba „lajków”, odsłon internetowych, tekstów w prasie.

Jak wskazałem wyżej, w epoce neoliberalnej rozprzęgniecie sojuszu nauki i państwa nadwątliło jej stabilizacyjną rolę. Świat nauki postrzegany jest jako ten, który zamiast uspokajać i stabilizować nasze światy życia, przyczynia się często do destabilizacji i zamętu. Legitymizacji nauki nie pomoże to, że uniwersytety staną się areną starć pozanaukowych lobbystów.

Dr hab. Andrzej W. Nowak, prof. UAM, filozof, Instytut Filozofii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Interesuje się problematyką z zakresu ontologii, w tym ontologii społecznej, studiów nad nauką oraz socjologią wiedzy.

Wróć