logo
FA 03/2020 Życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Akademickie tradycje

Fot. Stefan Ciechan

Korygowanie jest konieczne, bowiem gdyby korekt zaniechano, to być może wyszlibyśmy z jaskini, o której mówił Platon, przedstawiając metaforycznie zarówno trud dążenia do prawdy, jak i istotne ograniczenia tych, którzy go podejmują, ale nie zaszlibyśmy zbyt daleko.

Środowisko akademickie żyje swoimi tradycjami. Jest to oczywiste. Wątpliwości pojawiają się dopiero wówczas, gdy przychodzi do wskazania wpływu tradycji na jakość i efektywność życia. Podtrzymywanie bowiem jednych buduje to życie, natomiast innych komplikuje je na tyle, że niejednokrotnie trudno się zorientować „kto jest kto?” i „co jest co?”. Wiele zależy tutaj nie tylko od umiejętności korzystania z tradycji przez akademicką społeczność, lecz także od używania akademickich określeń zgodnie z ich pierwotnym znaczeniem.

Akademicki rytualizm

W akademickich rytuałach tradycja jest widoczna gołym okiem, bowiem wyraża się w sięgających czasów średniowiecza łacińskich określeniach i strojach, jak birety czy togi. Przez osoby nieceniące specjalnie tej tradycji może to być traktowane jako udziwnienie. Jednak generalnie społeczność akademicką rytuały traktuje na tyle poważnie, że celebrowane są przez kolejne pokolenia uczonych. I dobrze, bowiem budują nie tylko ich specyficzną tożsamość, lecz także poczucie wyjątkowości, które sprawia, że uczeni podejmują naukowe wyzwania i zadania do rozwiązania. Zaczynają one jednak tracić na powadze wówczas, gdy wprawdzie łacińskie określenia i stroje z grubsza się zgadzają, a nawet zgadza się akademicka tytulatura (przypomnę, że rektorowi przysługuje tytuł magnificencja, czyli wspaniały), jednak ich związek z tradycją kończy się wówczas, gdy nie idą za tym osiągnięcia badawcze uczelni, „windujące” ją na wysokie miejsce w rankingach. Rzecz jasna żadna uczelniana społeczność nie składa się z samych noblistów czy kandydatów do tej nagrody. Jednak szkoła wyższa, która posiada w swojej nazwie „uniwersytet” albo też któryś z jego odpowiedników, ma legitymację do nazywania się w ten sposób tylko wówczas, gdy prowadzi poważne badania oraz kształci na poziomie wyższym niż średni.

Nie inaczej jest z używaniem akademickiej tytulatury, która stanowi wyraz miejsca zajmowanego przez uczonego w hierarchii uczelnianej. Na najniższym szczeblu sytuuje się magister. Wygląda na to, że obecnie często się zapomina, iż ten wywodzący się z języka łacińskiego akademicki stopień naukowy oznaczał nie tylko nauczyciela, ale także mistrza. Jest to w jakiejś mierze zrozumiałe. Cóż to bowiem za „mistrz”, który posiada wprawdzie stopień, ale raczej niechętnie sięga po naukową czy chociażby popularnonaukową publikację, a jeśli nawet wpadnie mu ona w ręce, to ma trudności z jej z zrozumieniem i doczytaniem do końca? Rzecz jasna nie twierdzę, że dotyczy to wszystkich magistrów. Twierdzę natomiast, że przy dzisiejszym masowym kształceniu jest ich tak wielu, że coraz trudniej znaleźć odpowiednich kandydatów na studia doktoranckie, a później, gdy już doktoranci uporają się z doktoratem, coraz trudniej znaleźć takich, których z pełnym przekonaniem można zatrudnić na uczelnianych etatach naukowo-badawczych lub naukowo-dydaktycznych.

I w tym przypadku warto przywołać akademicką tradycję związaną ze stopniem naukowym doktora. Wywodzi się on również z czasów średniowiecza i nadawany był w Kościele osobom, które miały szczególnie istotne zasługi, a na uczelniach tym, którzy wykazali się znaczniejszymi osiągnięciami naukowymi niż magistrzy. Jednak „na bezrybiu i rak ryba”, jeśli tak można powiedzieć o sytuacji, w której trzeba kogoś zatrudnić na etatach, aby zachować chociażby prostą reprodukcję kadrową. Więc się zatrudnia. Czasami są to osoby o faktycznie wysokich kwalifikacjach, niekiedy takie, które wprawdzie jeszcze ich nie posiadają, ale dobrze się zapowiadają (czasem na dobrych zapowiedziach się kończy). Na najwyższym szczeblu hierarchii znajduje się, a przynajmniej powinien się znajdować, profesor. Nie chciałbym się spotkać z zarzutem kalania własnego gniazda, powiem zatem, że dzisiaj tytuł ten zdewaloryzował się do tego stopnia, że w niektórych krajach zachodnich unika się jego używania, a w naszym (ale nie tylko) używa się go tak często, że trudno się niejednokrotnie zorientować, czy mamy do czynienia jedynie z tytulaturą, czy również z osobą o faktycznie profesorskich kwalifikacjach i osiągnięciach naukowych.

Akademicka universitas

ytułowe określenie może wyglądać zagadkowo. Nie ma jednak w nim wielkiej tajemnicy, bowiem odnosi się zarówno do samego określenia uniwersytet (przypomnę, że wywodzi się ono z łacińskiego universitas magistrorum et scholarium, oznaczającego ogół nauczycieli i uczniów), jak i sposobu zdobywania w nim kolejnych umiejętności (od praktycznych do teoretycznych) oraz osiągania kolejnych poziomów wiedzy. W czasach średniowiecza wypracowane zostały w tym zakresie regulacje prawne, które sprawiały, że nazwy uniwersytet mogły używać jedynie szkoły wyższe spełniające dosyć rygorystycznie egzekwowane warunki. W tzw. ustroju sorbońskim było to kształcenie studentów na co najmniej czterech wydziałach: sztuk wyzwolonych (takich np. jak retoryka czy poetyka), prawa kanonicznego, medycyny i teologii (rzecz jasna chrześcijańskiej). Jednym z warunków podjęcia studiów na najwyższym z nich, tj. teologicznym, był nie tylko odpowiedni wiek kandydatów, ale także ukończenie studiów na którymś z niższych wydziałów. Szkoły, które nie spełniały tych warunków, miały status kolegiów.

Zasady te obowiązywały przez co najmniej kilka stuleci i – co nie mniej istotne – były przestrzegane również na uczelniach, które dzisiaj należą do najbardziej prestiżowych, np. Uniwersytet Harvarda. Przypomnę, że początek tej uczelni dało założone przez purytanów w 1636 roku w Newtowne koło Bostonu kolegium, którego zadaniem było kształcenie młodzieży zgodne z wymaganiami teologicznymi i moralnymi. Uniwersytetem uczelnia ta stała się dopiero wówczas, gdy od kadry zaczęto wymagać również prowadzenia badań na wyższym poziomie i – co nie mniej istotne – przestała ona mieć charakter wyznaniowy (miało to miejsce około połowy XIX stulecia). Sugerowanie dzisiejszym założycielom czy uczelnianym władzom, aby wzorowały się na tej uczelni, nie tylko byłoby przysłowiowym wołaniem na puszczy, ale także rozmijaniem się z tzw. duchem naszych czasów. Dziś, gdy z całą pewnością żyje się w szybszym tempie, brakuje pokory, która sprawiała, że przez całe stulecia cierpliwie czekało się na spełnienie wymagań. Do takiego generalizującego wniosku skłania mnie m.in. pojawienie się (nie tylko zresztą w naszym kraju) wielu uczelni, które wprawdzie starają się (z różnym skutkiem) realizować kształcenie na poziomie wyższym, ale nie dokładają dostatecznych starań, aby badania były również na wysokim poziomie, a przynajmniej nie odbiegały rażąco od prowadzonych na uczelniach, które są uniwersytetami nie tylko z nazwy.

Jednak nawet na najlepszych uczelniach i w najlepszych zespołach badawczych pojawiają się sytuacje stawiające pod znakiem zapytanie ową universitas. Sytuacji takich jest wiele i niejednokrotnie różnią się one istotnie między sobą. Jedną z nich są próby zawłaszczenia problemu badawczego lub jego rozwiązania. Nie posłużę się tutaj przykładem patologii, jaką jest plagiat, lecz zachowań w zespole badaczy, który w 1953 roku dokonał odkrycia podwójnej struktury DNA i otrzymał za to Nagrodę Nobla. Zespół stanowiło czworo uczonych, tj. Francis Crick, Maurice H.F. Wilkins, James D. Watson i Rosalind E. Franklin. Z opisu jego funkcjonowania zawartego w książce F. Cricka Podwójna helisa wynika, że współpraca jego członków nie pod każdym względem układała się poprawnie. Przyczyniało się do tego m.in. „domaganie się przez R. Franklin, by DNA zostało jej oddane »na własność« jako przedmiot jej własnych badań”. Stanowiło to bez wątpienia szczególny przypadek swoistego partykularyzmu. Skłonny jestem jednak zaryzykować twierdzenie, że wybitni uczeni to rzadko kiedy osoby o mentalności św. Franciszka, które bez żadnych oporów dzielą się z otoczeniem wszystkim, co posiadają. Przeciwnie, jeśli już do czegoś dojdą, to raczej dbają, aby ktoś inny nie podpisał się pod ich osiągnięciem. Problem polega jednak nie tyle na tego rodzaju zachowaniach, ile na tym, aby mieć uczonych, którzy doszli do czegoś istotnego w nauce i mają faktycznie czego bronić.

Korygowanie akademickich tradycji

Korygowanie jest konieczne, bowiem gdyby korekt zaniechano, to być może wyszlibyśmy z jaskini, o której mówił Platon, przedstawiając metaforycznie zarówno trud dążenia do prawdy, jak i istotne ograniczenia tych, którzy go podejmują, ale nie zaszlibyśmy zbyt daleko i – co gorsza – dreptalibyśmy w miejscu, do którego doszli już nasi poprzednicy. A przecież jesteśmy (ponoć) coraz mądrzejsi, a przynajmniej lepiej wyposażeni w różnego rodzaju narzędzia badawcze i poznawcze. Rzecz jasna owo korygowanie różnie przebiegało i wyglądało w różnych czasach i w różnych miejscach. Jednak wówczas, gdy dotyczyło kwestii najbardziej zasadniczych dla akademickiej społeczności, natrafiało z reguły na tak duże opory ze strony tradycjonalistów, że trzeba było sporych wysiłków wielu pokoleń nowatorów, aby coś istotnego w tej tradycji zmienić.

Jedną z opornych kwestii było uwolnienie uniwersytetów spod kurateli Kościoła i pozbawienie ich wyznaniowego charakteru. W krajach zachodnich dokonało się to w drugiej połowie XIX stulecia i przebiegało niejednokrotnie według schematu: tam, gdzie akademickie wahadło było zbyt mocno wychylone w kierunku wyznaniowości, następowało najpierw jego mocne wychylenie w kierunku wojującego antyklerykalizmu, a następnie pojawiał się kompromis. Jego wyrazem było m.in. dopuszczenie do uczelnianych katedr zarówno profesorów teistów, jak i profesorów ateistów i agnostyków. Tak to wyglądało i wygląda m.in. na najbardziej znaczących dzisiaj uniwersytetach zachodnich, w tym na Uniwersytecie Harvarda. W krajach, które tak jak Polska około połowy XX stulecia znalazły się w strefie wpływu wzorców Wielkiego Brata ze Wschodu, charakterystyczne było łączenie wojującego antyklerykalizm z nie mniej bojowym ateizmem. Miały one doprowadzić nie tylko do ateizacji środowiska akademickiego, ale także jego ideologizacji, która stawiała na ścisły związek upartyjnionej władzy z tak upartyjnioną nauką, aby profesorowie, którzy go nie popierali, znaleźli się na marginesie życia akademickiego. Taki sojusz władzy politycznej i władz uczelni miał zresztą miejsce również w przeszłości (żeby tytułem przykładu przywołać Anglię za panowania Elżbiety I). Jednak zarówno w przeszłości, jak i obecnie, mało kiedy dobrze na tym wychodziła i wychodzi społeczność uczelniana. Dzisiaj można już powiedzieć otwarcie (mam nadzieję), że nauka nie jest wyłącznie, a nawet przede wszystkim po to, aby spełniać życzenia politycznych decydentów.

Lista istotnych korekt tradycji akademickich, które dokonane zostały w przeszłości i dokonywane są obecnie, jest oczywiście znacznie dłuższa. Nie miejsce tutaj na chociażby skrótowe jej przedstawianie. Wskażę zatem jedynie tę, którą uważam za nie mniej istotną niż uwolnienie uczelni od kurateli Kościoła. Należy do nich korekta związana z myśleniem o nauce, zapożyczona z tradycji platońskiej (pod jej silnym wpływem pozostawał przez wieki m.in. Uniwersytet w Cambridge) oraz tradycji arystotelesowskiej (ona z kolei wywierała silny wpływ m.in. na uczonych Uniwersytetu Paryskiego, nazwanego nieco później Sorboną, oraz Uniwersytetu w Oxfordzie). Jeśli miałbym w tej kwestii sformułować krótką konkluzję, to powiedziałbym, że w przeszłości byli wielcy filozofowie, którzy potrafili wznieść się ponad ograniczenia umysłowe i instytucjonalne, na które napotykali i napotykają poszczególni uczeni. Jednak żaden z nich nie był tak wielki, aby wskazać jedynie niezawodną drogę do prawdy. A przecież o nią chodziło, chodzi i chodzić powinno uczonym.

Wróć