logo
FA 02/2020 Życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz.

Wiekowi profesorowie „z ograniczeniem”

Wiele zależy od tego, jak wiekowy profesor funkcjonował wcześniej, jaką miał i ma pozycję naukową, doświadczenia i przyzwyczajenia, a przede wszystkim jaką miał i ma osobowość. Wyróżnię dwa typy wiekowych profesorów, tj. profesora „uwolnionego” i profesora „uzależnionego”.

Fot. Stefan Ciechan

Minęły czasy, gdy starców usuwano z plemiennej wspólnoty w taki sposób, aby nie mogli sięgać łyżką do kotła, skoro nie byli w stanie do niego dołożyć. Jednak coś z tych obyczajów pozostało nawet w środowisku akademickim. Potwierdzeniem są m.in. zapisy Ustawy 2.0 ograniczające uprawnienia 67-latków+. Do zabrania głosu w tej kwestii ośmielają mnie pojawiające się głosy sprzeciwu wobec tego ograniczenia. Sprawa jest dyskusyjna. Spróbuję spojrzeć na ten problem z różnych punktów widzenia. Nie twierdzę przy tym, że moje uwagi są w pełni obiektywne.

Punkty widzenia obrońców wykluczenia

Prezentowane były one nie tylko podczas środowiskowych dyskusji nad projektem Ustawy 2.0, ale także w komisjach parlamentarnych i bronione tak skutecznie, że od tego swoistego „muru” odbijały się wszystkie argumenty krytyków wykluczania z uwagi na wiek. Niestety nie udało mi się znaleźć żadnego przekonywującego argumentu za jego utrzymaniem. Pozostaje mi zatem zdanie się na domysły.

Być może autorzy zapisu wychodzili z założenia, że Polska jest lub wkrótce będzie potęgą naukową w grupie młodszych pracowników naukowych i może sobie pozwolić na ograniczenie udziału w życiu akademickim wiekowych profesorów; a stanowią oni przecież sporą część akademickiej społeczności (nie od dzisiaj wiadomo, że średnia wieku tytularnego profesora jest w naszym kraju wysoka). Takie myślenie świadczyłoby jednak o słabej znajomości realiów naszego środowiska.

Nie można także wykluczyć, że autorzy wychodzili z założenia, iż generalnie środowisko to jest na „nie” wobec rządzących w naszym kraju, a główną siłą napędową sprzeciwu są różnego rodzaju „lewacy”, w tym tzw. postkomuniści. Do takiego przypuszczenia skłaniają mnie wypowiedzi niektórych polityków. O ile jednak w przypadku polityków takie mówienie może mieć pewne uzasadnienie (rzecz jasna, polityczne), to w przypadku osób sprawujących władzę nad nauką i szkolnictwem wyższym w Polsce jest ono trudne do obrony. W każdym razie stanowi zbyt daleko idące uogólnienie. Natomiast w części dotyczącej postkomunistów jest zasadniczo nietrafne. Osoby te bowiem powinny wiedzieć, że w środowisku akademickim występuje duże zróżnicowanie opcji światopoglądowych i ideowych, a postkomuniści stanowią w nim gatunek na wymarciu (i nie bardzo widać chętnych do jego obrony). Niedowiarkom sugerowałbym lekturę książki Marii Libiszowskiej-Żółtkowskiej Wiara uczonych; przyznam, że również byłem zaskoczony tym, jak tradycjonalistyczne są wierzenia zdecydowanej większości polskich profesorów.

Nie można w końcu również wykluczyć, że autorzy tego zapisu przyjmowali założenie nie o bogactwie polskiej nauki, lecz o jej biedzie, i uznali, że skoro „bochenek” jest tak mały i nie da się go cudownie rozmnożyć, to należy go pozostawić do podziału przede wszystkim młodym, aby ewentualnie w przyszłości coś pożytecznego zrobili dla nauki. To założenie wydaje mi się prawdopodobne. Jednak jest ono stosunkowo najbliższe wspomnianym na wstępie plemiennym praktykom.

Punkty widzenia młodych uczonych

Odpowiedź na pytanie, kto jest, a kto nie jest młodym uczonym, nie jest i nie może być na tyle jednoznaczna, aby nie wywoływała dyskusji. Nawet ministerialni urzędnicy mają z tym pewien kłopot. Jeszcze do niedawna w świetle ich rozporządzenia była to osoba, która nie ukończyła 35. roku życia, a obecnie oznacza osobę, której nie upłynęło osiem lat od obrony doktoratu; a można go przecież bronić nawet w zaawansowanym wieku. Dyskusyjne jest również przyjęcie kryterium młodego samopoczucia i zachowania, jakby się miało legitymację do wypominania wiekowym profesorom, że w gruncie rzeczy nie ma z nich w nauce wielkiego pożytku. Zdarza się, że młodzi lub względnie młodzi uczeni mówią to profesorom niemal otwarcie; np. poprzez publiczne przedstawienie takiego wykazu osiągnięć naukowych, z którego wynika, że efektywność profesury radykalnie spada po przekroczeniu określonego wieku (członkowie senatu mojej uczelni zapewne się orientują, o kim myślę). Mają oni jednak wiele innych okazji, aby dać to do zrozumienia, np. pokazując nieporadność profesury w poruszaniu się po internetowych stronach lub w budowaniu pozycji naukowej poprzez podwyższanie wskaźnika Hirscha.

W czasach gdy rządy sprawowała tylko jedna „słuszna” partia i tylko jedna „prawdomówna” telewizja, pojawiło się powiedzenie, że jeśli coś nie jest pokazywane, to jakby nie istniało. Dzisiaj przez niejednego z młodych uczonych podobnie traktowany jest internet i kreowanie wspomnianego wskaźnika cytowań. Wypowiadałem się szerzej na temat takiego podejścia do nauki i uczonych przy innych okazjach. Dopowiem zatem jedynie, że w nauce (i nie tylko zresztą w niej) nie można żyć wyłącznie lub głównie wirtualną rzeczywistością. Nie tylko dlatego, że istnieje nie mniej ciekawy od niej świat rzeczywisty, ale także, a nawet przede wszystkim dlatego, że zadaniem nauki jest badanie w pierwszej kolejności rzeczywistego świata.

Punkty widzenia wiekowych profesorów

Postrzeganie i ocenianie ustawowego ograniczenia 67-latków+ przez samych profesorów jest mi stosunkowo bliskie. W końcu zawodowe funkcjonowanie przez kilkadziesiąt lat w środowisku akademickim robi swoje i daje okazję do niejednej obserwacji. Co najmniej jedna kwestia wydaje mi się bezdyskusyjna: wiekowi profesorowie różnie postrzegają i oceniają ograniczenie wiekowe. Są tacy, którzy nie tylko potrafią w tym znaleźć strony pozytywne, lecz także dojść do wniosku, że przeważają one nad negatywnymi. Są jednak również tacy, którzy znajdują w nim wyłącznie lub głównie negatywy. Wiele zależy od tego, jak wiekowy profesor funkcjonował wcześniej, jaką miał i ma pozycję naukową, doświadczenia i przyzwyczajenia, a przede wszystkim jaką miał i ma osobowość.

Wyróżnię dwa typy wiekowych profesorów, tj. profesora „uwolnionego” i profesora „uzależnionego”.

Profesor „uwolniony”

Jest to profesor, który na mocy Ustawy 2.0 „uwolniony” został nie tylko od sprawowania funkcji kierowniczych na uczelni, ale także od zabiegania o przychylność i poparcie tych, od których zależy powierzanie mu tych obowiązków. Dla jednych może to stanowić powód do zmartwień, natomiast inni wręcz przeciwnie – mogą uznać, że w końcu nie muszą się tłumaczyć, dlaczego nie podejmują tych obowiązków. Takich profesorów można znaleźć m.in. wśród zawdzięczających naukowe osiągnięcia przede wszystkim sobie, tj. swojej pomysłowości, pracowitości, odporności na zniechęcenia i pokusy lekkiego życia, stosunkowo niedużej wrażliwości na słowa uznania i komplementy ze strony bliższego i dalszego otoczenia. Lista cech osobowościowych nie jest kompletna. Jednak nawet te wskazane mogą budzić powątpiewanie, czy tacy profesorowie w ogóle istnieją, lub też podejrzenie, że są to „oryginały”, które wywołują wprawdzie zaciekawienie otoczenia, ale raczej nie stanowią wzorca do naśladowania dla przeważającej części akademickiej społeczności. Z tym ostatnim zresztą się zgadzam.

Problem jednak nie tyle w masowości występowania profesorów „uwolnionych”, co w korzyściach, które osiągają oni z kultywowania przez lata cech osobniczych. Ponieważ dla takiego profesora ustawowe ograniczenie może być faktycznie uwolnieniem od wykonywania obowiązków, w których wypełnianiu nie znajdował zawodowej satysfakcji. Jaką bowiem można mieć przyjemność z podpisywania tylu dokumentów, że nawet nie ma czasu na zapoznanie się z ich treścią, czy też z wysiadywania na posiedzeniach rad naukowych i komisji, gdy dyskutowane są mało interesujące kwestie.

Dla tego typu profesora powodem do zadowolenia mogłoby być również uwolnienie od obowiązku opiniowania wniosków w procedurach o nadanie stopnia lub tytułu naukowego (niestety, mało kiedy osób legitymujących się dorobkiem naukowym z najwyższej półki). Nie ma jednak tak dobrze. Regulacje prawne bowiem nie tylko nie dopuszczają takiego rozwiązania, ale nawet skracają do kilku tygodni okres, w którym powinna być sporządzona ocena dorobku i przewidują sankcje za niewywiązanie się z tego obowiązku. Jest w tym nawet pewna logika. Skoro bowiem profesor został pozbawiony pełnoprawnego uczestnictwa w radach naukowych i pełnienia uczelnianych funkcji kierowniczych, to powinien mieć motywację do wykazania pożyteczności w postępowaniach awansowych. Ta logika opiera się jednak na dyskusyjnym założeniu, że profesor „uwolniony” wybierze taki sposób wykazywania swojego pożytku w nauce lub skusi go finansowa gratyfikacja.

Profesor „uzależniony”

Do tego typu profesorów zaliczam nie tylko uzależnionych mentalnie od pełnienia funkcji kierowniczych czy udziału w różnego rodzaju radach i komisjach, lecz także uzależnionych w swojej naukowej karierze od pomocy przełożonych i współpracowników. Ten sposób pokonywania kolejnych progów kariery zawodowej generuje różnorakie zobowiązania, a także więzi międzyosobowe, które można nazwać „sztafetą pokoleń”. Teoretycznie „pałeczka” w „sztafecie” powinna być przekazywana bezproblemowo. Jednak w praktyce zdarza się, że profesorowie zasłużeni w osiągnięciach „sztafety”, ale z uwagi na wiek zmuszeni do przekazania „pałeczki” młodszym, mocno się przed tym bronią. Podejmę próbę wskazania przynajmniej niektórych motywacji takiej postawy oraz odpowiem na pytanie o pożytki z nich dla nauki.

Motywacje mogą być i bywają różne: począwszy od prozaicznych, jak wynagrodzenie za pracę na dotychczasowym stanowisku, a skończywszy na drażliwych, jak kwestia prestiżu i liczenia się z opinią wiekowego profesora. Istotne jest przy tym, aby miał on możliwość przedstawienia swojej opinii, aby brano ją poważnie pod uwagę i aby miała ona wpływ na decyzje w kwestiach istotnych dla nauki.

Nie chodzi wyłącznie o tzw. swobodę wypowiedzi. Ta bowiem w praktyce występuje, a nawet czasami wystawia na próbę cierpliwość słuchaczy. Byłem świadkiem sytuacji, w których wiekowy profesor zabierał głos na spotkaniach naukowych, a audytorium zmuszone było wysłuchać długiej mowy (ponoć gadulstwo przychodzi z wiekiem), jednak bez zainteresowania. Natomiast prowadzący obrady coraz częściej spoglądał na zegarek i bezskutecznie apelował o dyscyplinę czasową. Jedynie nieliczni uczestnicy spotkania słuchali wypowiedzi profesora uważnie; przypuszczam, że byli to jego współpracownicy lub liczący się z tym, że może on być opiniodawcą w ich procedurze awansowej.

Nie chcę powiedzieć, że w gruncie rzeczy nie ma poważniejszych pożytków z wystąpień wiekowych profesorów. Większe widziałbym jednak w koncentrowaniu się na pracy badawczej i publikowaniu wyników w książkach, które nie są kolejną wersją kilku poprzednich. Być może dla niektórych młodych pracowników naukowych będzie pewnym zaskoczeniem, że wiekowi i aktywni naukowo profesorowie jeszcze istnieją. Znam dwóch takich. Jestem jednak przekonany, że jest ich znacznie więcej.

* * *

Zastanawiałem się, do którego typu profesorów mógłbym zaliczyć siebie. Chciałbym oczywiście należeć do pierwszego, bowiem wypada on lepiej niż drugi. Jednak moje krytyczne wypowiedzi (zresztą nie pierwsze) na temat ustawowego ograniczenia uprawnień wiekowych profesorów wskazywałyby na przynależność w większym stopniu do typu profesorów „uzależnionych” niż „uwolnionych”. Przyznam, że próbuję zachować również niektóre cechy tych drugich. Jednak nie jest to łatwe.

Wróć