logo
FA 02/2020 Życie akademickie

Marek Misiak

Ta najtrudniejsza popularyzacja

Popularyzacja wiedzy wśród dzieci i młodzieży jest z mojego punktu widzenia trudniejsza niż pisanie książek dla dorosłych. Nigdy nie ma gwarancji, że dobrze wyczuję, jak skomunikować się z młodym odbiorcą.

Fot. Stefan Ciechan

Grzegorz Turnau w piosence Szli tędy ludzie, stanowiącej adaptację wiersza Bolesława Leśmiana Ludzie z pośmiertnie (w 1938 roku) wydanego tomu Dziejba leśna, śpiewa w dodanym przez siebie fragmencie: „Oni o nas, a my o nich / Nic nie wiemy – tylko tyle / Że bywają nagłe zmierzchy / I przychodzą pewne chwile”. Ten cytat dobrze opisuje relacje między autorem a redaktorem w sytuacji, gdy żaden z nich nie znajduje się ani przez moment w skórze tego drugiego i „nie wie, jak to jest”. Autorom nieposiadającym przygotowania edytorskiego zdarza się – np. z racji humanistycznego wykształcenia – redagować cudze teksty i bywa wówczas, że świadomie lub nieświadomie starają się nakłonić autora do przyjęcia zarówno swojego punktu widzenia, jak i stylu (widywałem takie sytuacje przy pracy nad publikacjami naukowymi z obszaru neofilologii i historii).

Przekroczenie magicznej granicy w drugą stronę bywa jeszcze bardziej pouczające. Zdarza się, że redaktor przypomni sobie niespełnione ambicje z czasów studiów (niczym Adaś Miauczyński w Dniu świra: „Zdawało się nam, że przyjęto nas do szkoły poetów…”) albo po prostu otrzyma zlecenie na napisanie książki. Szczególnie ciekawym doświadczeniem jest wówczas pisanie, a następnie przerabianie we współpracy z redaktorem, książki dla dzieci lub młodzieży, mającej na celu popularyzację wśród młodych czytelników jakiejś dziedziny wiedzy. Zderzają się wówczas nie dwa woluminy wiedzy fachowej, ale wyobrażenia i przekonania, które z natury nie są intersubiektywne, a jednocześnie potrafią być naprawdę głęboko zakorzenione. Nie są bynajmniej pozaracjonalne (a nawet jeśli, to w tym kontekście nie jest to zarzut), po prostu nie zawsze dają się uzasadnić.

Dziecko tego nie zrozumie

Na czym konkretnie zasadza się problem? Miałem ostatnio okazję jedną taką popularyzatorską książkę dla młodych czytelników pisać (o tym, jak powstaje książka), a drugą redagować (o astronomii) i kłopot był tak naprawdę z tym samym, tyle że obserwowałem go z dwóch stron: jaki poziom skomplikowania – zarówno przekazywanej wiedzy, jak i języka – jest optymalny dla odbiorcy? Kiedy dziecko tego nie zrozumie, a kiedy tekst ma zbyt potoczny charakter, niepasujący do, było nie było, popularnonaukowego charakteru publikacji? Spotykają się tu dwie intuicje, gdy jest to problem nie do odtworzenia w warunkach laboratoryjnych. Prowadzone są wprawdzie badania naukowe nad czynnikami warunkującymi zrozumiałość tekstu dla różnych grup odbiorców i opracowano szereg narzędzi pozwalających do pewnego stopnia mierzyć taką zrozumiałość i wyrażać wyniki takich pomiarów liczbowo, ale na razie nierealne jest, by badania przeprowadzać z każdą wydawaną książką – prowadzenie wydawnictwa byłoby wówczas nieopłacalne. Pozostaje zatem bazować na tym, co się autorowi i wydawcy nomen omen wydaje. Jeden się upiera, że „dziecko tego nie zrozumie”, drugi zarzuca mu, że nie docenia dzieci. Uzasadnienie? Zapowietrzenie. Ale to nie znaczy, że któryś z nich nie ma racji lub że prawda nie leży pośrodku.

Częściej jest tak, że redaktorzy mają niższe mniemanie o możliwościach intelektualnych młodych odbiorców, ale warto, by autorzy pamiętali, że nie wynika to ze złego zdania o młodym pokoleniu w ogólności. Są dwa źródła takiego podejścia: doświadczenie oraz fakt, że redaktor nie jest związany (intelektualnie, ale i emocjonalnie) ani z danym obszarem wiedzy, ani z danym tekstem. Doświadczenie może wynikać zarówno z faktu, że redaktor pracował już wcześniej nad podobnymi publikacjami, ale i z tego, że sam ma dzieci (nie ironizuję – osoba, która redagowała dwie moje publikacje dla dziesięciolatków, sama ma dwójkę dzieci i to wyraźnie procentowało podczas współpracy). Być może do redakcji lub personalnie do redaktora docierały wcześniej uwagi np. od rodziców młodych czytelników, którzy mimo zachęt rzucali takie książki w kąt, gdyż nie rozumieli znaczących partii tekstu. Być może sam redaktor „testował” te publikacje na swoich pociechach (jeśli były w odpowiednim wieku) i testy wypadły negatywnie

To wszystko są rzeczy ważne

Natomiast dystans do tekstu sprawia, że redaktor lepiej widzi jego niedociągnięcia. Dlaczego pierwsze wersje takich publikacji często są zbyt trudne dla odbiorców? Widzę tu trzy nakładające się przyczyny. Po pierwsze – jeśli dostatecznie dobrze się na czymś znamy – obojętnie, czy chodzi o fizykę kwantową, czy naprawę rowerów – pewne kwestie stają się dla nas oczywiste. W bardziej ekstremalnej wersji autor się upiera, że pewnych rzeczy w ogóle nie ma sensu wyjaśniać, bo są oczywiste (ale nie dla dziesięciolatka), w mniej skrajnej – że trzeba zawrzeć jeszcze to i to, i tamto, bo to wszystko są rzeczy ważne (nikt nie neguje, że są, ale dla młodego odbiorcy to może być po prostu zbyt wysoki level).

Ten ostatni problem ujawnił się podczas redagowania przeze mnie publikacji popularyzującej astronomię. Nie jestem w tej dziedzinie specjalistą i moim zadaniem była głównie językowa obróbka tekstu, ale poproszono mnie też o ocenę stopnia jego trudności. Tymczasem kłopot pojawił się na poziomie znacznie bardziej podstawowym – objętości. Autor stworzył nie książeczkę, lecz dzieło o objętości kilkakrotnie przekraczającej zadaną. Utrzymywał, że to już absolutne minimum do opanowania podstaw astronomii. Był bliski zerwania umowy, zdawał się nie rozumieć, że to książeczka dla dziesięciolatków, a nie kurs dla liceów. Dopóki pisał o planetach i ich księżycach, nic nie zapowiadało katastrofy. Ale gdy nie przyjmował do wiadomości, że cały osobny rozdział o punkcie Langrange’a to za dużo, ja i drugi redaktor byliśmy bezradni. Prace nad książką trwają i w kontaktach z autorem przyjęliśmy taktykę przypominania mu praktycznie za każdym razem, że zadana objętość jest wartością graniczną, której z przyczyn od nas niezależnych nie możemy przekroczyć. Możemy naginać deadline (co w branży wydawniczej i tak jest świętokradztwem), ale nie objętość książki. Ten argument zawsze działa, jednak mamy kaca moralnego, bo to dość niska piłka.

Po drugie, czasem jest tak, że dany autor ma już pewne doświadczenie w popularyzacji swojej dziedziny wiedzy wśród dzieci i młodzieży, ale dotąd stykał się głównie z młodymi ludźmi bardzo nią zainteresowanymi i posiadającymi już pewne przygotowanie, podczas gdy przygotowywana publikacja jest przeznaczona dla szerszego grona odbiorców. Ocena co już jest poziomem zaawansowanym, a co jeszcze podstawowym, nie jest łatwa. Bardziej doświadczeni redaktorzy mówili mi, że problem ten można spotkać przede wszystkim przy publikacjach popularyzujących matematykę, fizykę lub chemię, gdyż w tych obszarach różnych propozycji dla młodocianych geeków jest najwięcej i naukowiec-popularyzator może stykać się głównie z taką młodzieżą.

Czym są strony widzące

Po trzecie, czasem trudno wyjaśnić laikowi pewne zagadnienia lub pojęcia bez odwoływania się do innych pojęć, które także mogą mu być nieznane. Nie dotyczy to wyłącznie dziedzin tak skomplikowanych, jak fizyka jądrowa – sam boleśnie tego doświadczyłem, pisząc książkę o tym, jak powstaje książka. Okazało się, że wyjaśnienie komuś, kto pierwszy raz styka się z problematyką edytorską, czym są strony widzące lub register, wcale nie jest takie proste, jeśli ma to być tekst, a nie demonstracja na żywo. Podobnie było z omawianiem różnych rodzajów marginesów w książce – w którymś momencie zdecydowałem się skrócić odnośny rozdział, ponieważ zdałem sobie sprawę, że nawet najmądrzejsze dziecko ma dużą szansę się w nim zgubić. Gdyby nie wskazówki redaktora, mogłem skończyć jak prelegent na wykładzie upowszechniającym wiedzę o marksizmie, który zorganizowano kiedyś dla mieszkańców Białego Dunajca. Zaprzyjaźniona gaździna wspominała: „Ceper z Krakowa godoł barzo długo i mądrze, alem nic z tego nie zrozumioła”.

Próbując umknąć z paszczy Scylli zbyt wysokiego poziomu zaawansowania, autorzy wpadają jednak nie raz na Charybdę upraszczania ponad miarę i wyjaśniania różnych kwestii na sposób i językiem wujka tłumaczącego coś bratankowi u cioci na imieninach. Czyhają tu trzy niebezpieczeństwa. Pierwsze – młody czytelnik może się zwyczajnie poczuć niepoważnie traktowany. Wynika to zarówno z bardziej niż kiedyś podmiotowego traktowania dzieci, ale i z tego, że „dziecko” może oznaczać odbiorcę zarówno ośmioletniego, jak i dwunastoletniego. A różnica jest tu fundamentalna. Komunikat do ośmiolatków można jeszcze zacząć od: „A teraz, drogie dzieci, wujek Mietek wytłumaczy wam, co to jest Pas Kuipera”. Zaczynanie w ten sposób komunikatu do dwunastolatków nie ma z captatio benevolentiae nic wspólnego. Młodzież określa chyba tego typu sytuację mianem samozaorania. Drugie niebezpieczeństwo – w pogoni za pewnością, że tekst jest zrozumiały, zagadnienie można tak strywializować, że młody odbiorca nabierze o nim błędnego mniemania, które w przyszłości trudno będzie wykorzenić. Między dopuszczalnym uproszczeniem a uproszczeniem przeinaczającym jest jednak istotna różnica. Trzecie – publikacja popularyzująca, nawet przeznaczona dla dzieci, to jednak nie książeczka z bajkami. Nie chodzi tu wyłącznie o kwestie stylistyczne; nie jestem osamotniony w przekonaniu, że młodych ludzi trzeba jednak stopniowo wdrażać w to, że nie zawsze jest możliwa nauka przez zabawę, i że nie wszystko można podać w lekkostrawnej formie. Żeby się czegoś nauczyć, trzeba to zrozumieć, a w tym celu trzeba jednak choć trochę się wysilić. Niektórzy ludzie mają współcześnie takie oczekiwania również w dorosłym życiu: żeby zawsze było miło i przyjemnie. Tymczasem nieraz widywałem dzieci, które czuły się poważnie traktowane właśnie dlatego, że dorośli stawiali przed nimi wyzwania.

Popularyzacja wiedzy wśród dzieci i młodzieży jest z mojego punktu widzenia trudniejsza niż pisanie książek dla dorosłych. Nigdy nie ma gwarancji, że dobrze wyczuję, jak skomunikować się z młodym odbiorcą. Dlatego się cieszę, że współpracuję z profesjonalistami. Jeśli będę jako autor otwarty na ich sugestie, jest szansa, że nastąpi efekt synergii i mój wyobrażony mały czytelnik uzna, iż to, jak powstaje książka, interesuje go i chce wiedzieć więcej, już od ludzi mądrzejszych niż ja.

Wróć