logo
FA 02/2020 Okolice nauki

O kosmosie szkiełkiem, okiem i… kamerą

Dla pokolenia urodzonego w połowie ubiegłego wieku – rówieśników autora – doświadczenie epokowego wydarzenia pojawiło się już u progu dorosłości, w lipcową noc 1969 roku. I miało ono wymiar niemal mistyczny. Nie chodzi przy tym o modlitwy, które wokół odprawiano, by zapewnić powodzenie przedsięwzięcia. Bardziej o dotknięcie nieosiągalnego dla zwykłych śmiertelników boskiego Kosmosu. Wyjątkową atmosferę podsycała transmisja telewizyjna, z całego bloku wschodniego dostępna jedynie w Polsce. Mimo że misterium trwało kilka godzin, to przez dłuższy czas wiało nudą. Ekscytację wywołał dopiero postawiony w kulminacyjnym momencie „mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości”. Rywalizacja o prymat w kosmicznym wyścigu rozpalała już wcześniej wyobraźnię, lecz dopiero lądowanie Apolla 11 nadało jej konkretną perspektywę. W siermiężnej peerelowskiej rzeczywistości oglądało się to z wypiekami na twarzy. Nic dziwnego, że obraz pierwszych chwil człowieka na Księżycu wielu wrył się głęboko w pamięć.

A jeśli to była tylko zręczna mistyfikacja? Jeśli całość zaaranżowano w studiu filmowym w Arizonie, po czym nagranie udostępniono łatwowiernej (co wiadomo od czasu radiowej adaptacji Wojny światów dokonanej przez Orsona Wellesa) publiczności? Cóż, w dobie antyszczepionkowców, płaskoziemców czy klimatycznych denialistów nawet Neil Armstrong może wzbudzić podejrzenia. Oramus zdaje sobie sprawę z tego, że nauka nie jest wolna od spiskowych teorii. Tym niemniej w konfrontacji z tymi legendami zwycięża jego „szkiełko i oko”. Wodze fantazji puszcza za to, sięgając co rusz do dzieł literackich i filmowych, których twórcy z lubością czerpali z nauki inspirację do tworzenia alternatywnych scenariuszy. Lukian z Samosaty, Juliusz Verne, Arthur C. Clarke, Stanisław Lem, Jacek Dukaj, Ridley Scott, Stanley Kubrick – to ledwie kilka nazwisk z naprawdę imponującej kwerendy dokonanej przez autora. Podobnie jak aroganccy, mało empatyczni, niepokorni geniusze pokroju Stephena Hawkinga czy Petera Higgsa, artyści pióra i kamery również przekraczają granice poznania, patrzą daleko poza horyzont wyobraźni, a z czasem, chcąc nie chcąc, zostają ubrani w szaty profetów.

Te dwa na pozór wykluczające się światy, między którymi Oramus (z wykształcenia energetyk jądrowy, z zawodu pisarz fantastyki) nadspodziewanie łatwo się porusza, łączy coś jeszcze. I nauka, i jej odbicie w kulturze podlegają nieustannej ewolucji. Tak jak choćby zajmowanie się planetami wokół gwiazd innych niż Słońce uchodziło ongiś za ekstrawagancję, a dziś jest codziennością astronomii, tak w literaturze „im bliżej XX wieku, tym bardziej entuzjazm dla księżycowych form życia słabnie”. Jedne teorie są obalane, inne, dotąd niedoceniane, zyskują miano dogmatu. Karuzela kręci się aż miło…

Książka, będąca zbiorem esejów, powstała w półwiecze lądowania na ziemskim satelicie, ale wydarzenie to, chyba najobszerniej potraktowane, nie wyczerpuje jej tematyki. Autor wraca do początków wszechświata, snuje rozważania o jego końcu, ze sceptycyzmem odnosi się do futurologii, wypowiada się o innych cywilizacjach, wreszcie oddaje głos Erichowi von Dänikenowi i prof. Pawłowi Moskalikowi. Uczynił naukę kanwą swoich rozważań, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że w paru miejscach świadomie spycha ją na dalszy plan. Ciekawie skądinąd przedstawiony kontekst polityczny dominuje w opisie radziecko-amerykańskiego współzawodnictwa w kosmosie. Eschatologiczne komentarze mocno wybrzmiewają przy dalszych losach naszej planety. Jeśli dodać do tego sugestywne opisy nadchodzących tendencji życia codziennego, to mamy gotowy przepis na pozycję, którą zamiast na półce „popularnonaukowa” można postawić tam, gdzie „nauka społecznie zaangażowana”.

Mariusz Karwowski

Marek ORAMUS, Wszechświat jako nadmiar, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2019.

Wróć