logo
FA 02/2020 Felietony

Leszek Szaruga

Kim jestem?

Fot. Stefan Ciechan

Odpowiadając na tytułowe pytanie, zupełnie serio muszę stwierdzić, że nie wiem. Ale wiem zarazem, że dowiaduję się tego każdego dnia, i że dzisiaj jestem jednak kimś nieco innym niż wczoraj: trochę więcej wiem niż wiedziałem. Wiem też, że zapytany o swoją tożsamość, nie mam większych wątpliwości: jestem sobą. Można oczywiście takie pytania mnożyć – codziennie raczej ich sobie nie stawiam, ale „filozoficzny” numer FA skłania do refleksji, filozofia albowiem jest wciąż ponawianym pytaniem o ludzką tożsamość, o sposób naszego poznawania świata, o nasze miejsce w kosmosie i sądzę, że od tych pytań tak naprawdę nikt nie jest zupełnie wolny, choć nie każdy jest świadom tego, że je sobie stawia.

W roku bodaj 1992, w każdym razie już dość dawno temu, bo przed ponad ćwierćwieczem, opublikowałem na łamach krakowskiej „Dekady Literackiej” artykuł o nadchodzącym czasie wielkich wędrówek ludów, pytając, dlaczego politycy w Europie, do której, jak przewidywały prognozy, do połowy XXI stulecia ma przybyć 30-50 milionów migrantów przede wszystkim z Azji i Afryki, nie czynią nic, by się do tego przygotować. Tym bardziej rozbawił mnie szok, jaki kilka lat temu wywołała fala uciekinierów zdążających do brzegów Grecji, Hiszpanii czy Włoch. To można było przewidzieć. I można było się przygotować. Jeszcze bardziej bawi mnie – bo w końcu już mnie to nie dotyczy – niestanowiąca w tym względzie zagadki przyszłość: fala przybyszy będzie systematycznie rosła. Już rośnie. W Polsce też.

W latach sześćdziesiątych czarnoskóry człowiek na warszawskiej ulicy to była sensacja, egzotyka jakaś. Dziś to codzienność. Gdy wędruję ulicami Ursynowa – a zatem z dala od centrum – nieustannie słyszę obce języki. Fakt, na razie przeważają ukraiński i rosyjski, ale nie brak też słów, których lingwistycznego rodowodu nie jestem w stanie rozszyfrować. Nie brak też dziewczyn o włosach skrytych pod chustami, jak to mają w zwyczaju wyznawczynie islamu. Sporo spotykanych w tramwaju czy metrze osób ma bez wątpienia pochodzenie azjatyckie i afrykańskie. I z całą pewnością nie są to turyści. Pod tym względem Warszawa coraz mniej się różni od Londynu, Berlina czy Paryża. Nie jest w końcu przypadkiem, że w serialu Agnieszki Holland 1983 sporą rolę odgrywa zakorzeniona w naszej stolicy mniejszość wietnamska. I bardzo mnie bawią zapewnienia polityków, utrzymujących, że Polska żadnych uchodźców nie przyjmie. To sprawa definicji – tak czy inaczej mamy do czynienia z napływem przybyszy.

Ale zmieńmy perspektywę. Sami jesteśmy tu przybyszami, Słowianie wszak przybyli tu ze wschodu (badacze nie są jednomyślni), dobrnęli co najmniej do Łaby. Wędrówki ludów to przecież nie najnowsze zjawisko. Lecz to nie był żaden początek. Dotychczasowe badania potwierdzają, że „biały człowiek” dość dawno temu wywędrował z Afryki, zaś barwę skóry odziedziczył po wejściu w bliskie kontakty z neandertalczykami, którzy już tutaj na homo sapiens sapiens czekali. Badania wykazują, że wszyscy współcześni – wyjąwszy jednak rdzennych Afrykanów – mają ok 2% DNA neandertalczyków. Jesteśmy zatem, choć niezbyt chętnie się do tego przyznajemy, mieszańcami. Nauka zresztą – tu nawiązuję do początku felietonu – wciąż wiedzę o naszym pochodzeniu pomnaża, odkrywając nieustannie nowe ludzkie pokrewieństwa, choćby z denisowianami, o których nie wiemy zbyt wiele, lecz wiemy, że tu żyli i nie można wykluczyć, że mieszali się zarówno z homo sapiens jak z neandertalczykami.

cych naszej tożsamości jest sprawa pochodzenia, nasze rodowody, nieraz bardzo skomplikowane. A te, jak się okazuje, wcale nie są tak oczywiste. Przynajmniej dla tych, którzy odrzucają kreacjonizm w jego wersji najprostszej, przed którą przestrzegał jeszcze św. Augustyn, powiadając, by nie czytać Biblii dosłownie. Niezależnie jednak od tego, że o własnym pochodzeniu dowiaduję się wciąż czegoś nowego – a podejrzewam, że badania genetyczne są dopiero w powijakach, zaś ich powiązanie z archeologią, dziedziną interdyscyplinarną, dość świeżej daty – jakoś nie mam kłopotów z poczuciem własnej tożsamości i nie martwię się, jak wielu innych, że mogę ją utracić. Sobą pozostanę chyba do końca życia, przynajmniej tego świadomego. A piszę o tym dlatego, że w trakcie zajęć usłyszałem od jednego ze studentów, że tożsamość Polaków może być, za sprawą rosnących ruchów migracyjnych, poważnie zagrożona i że musimy się przed tym zagrożeniem aktywnie bronić. Wdając się z nim w dyskusję, podkreśliłem jedno: ktoś, kto się, jak on, tak bardzo o swą tożsamość obawia, raczej nie jest człowiekiem integralnym i musi być tej swojej tożsamości bardzo niepewny. Tacy ludzie siłą rzeczy czują lęk przed spotkaniem z innymi, co często objawia się napadami agresji i dążeniem do samoizolacji. Czują się u siebie niepewnie, przyjmując postawę obrońców zagrożonej twierdzy. Tak naprawdę natomiast nie bardzo wiedzą, kim są. A to uczucie dość chyba nieprzyjemne.

Wróć