logo
FA 02/2020 Felietony

Piotr Müldner-Nieckowski

Informacja ma się coraz lepiej, ponieważ coraz gorzej

Pisałem już o tym kilkakrotnie, przedstawiając problem w różnych wariantach, ale uważam, że trzeba do tego wracać. Profesor Andrzej Zybertowicz na portalu Wszystkoconajwazniejsze.pl pisze o tym tak: „Wszyscy znaleźliśmy się w warunkach poznawczej bezradności. Nie jesteśmy w stanie odróżnić informacji prawdziwych od fałszywych, ważnych od nieważnych, zjawisk przejściowych, jednostkowych od długotrwałych i strukturalnych”. Nie sposób się więc nie martwić, i dotyczy to dosłownie każdej dziedziny życia.

Czego się nie tkniemy, pojawia się bariera informacyjna (sztuczna lub naturalna), ale byłby to jeszcze drobiazg, bo ciągle istnieje nauka, żeby tę barierę niwelować. Została powołana, aby wyspę wiedzy i umiejętności (z białą plamą niewiedzy i bezradności pośrodku) powiększać. Nauka jednak włóczy się niestety tylko po brzegach tej wyspy, by nie powiedzieć – po jej plażach, a powierzchnia środka stale jest ta sama, jeśli nie większa, bo poznane plaże stają się coraz dłuższe. Mamy nieustającą nadzieję, że pewnego dnia zaczniemy się wdzierać do wnętrza tych obszarów, tymczasem narosło zagrożenie, że do likwidacji białych plam nigdy nie dojdzie, bo pojawiały się coraz lepsze mechanizmy, skutecznie temu przeciwdziałające.

I oto mamy je na widoku, są zauważalne jak nigdy dotąd. Wszystko dzięki mediom, a zwłaszcza ich wyrobnikom, czyli dziennikarzom, którzy realizują własne lub zlecone zadania wprowadzania takich zakłóceń, które uniemożliwiają nie tylko realne poznawanie świata, ale co gorsza także korzystanie z wiedzy, którą już mamy.

Że coś jest na rzeczy, stawało się jasne jeszcze w latach sześćdziesiątych XX w., a dokładnie w maju 1968, kiedy nasiliły się protesty studenckie we Francji. To właśnie wówczas po raz pierwszy dał znać o sobie – jeszcze tak nienazywany – postmodernizm, czyli ponowoczesność, które to miano jest mocno oszukańcze, mylące, bo byłoby sensowne używanie raczej prawdziwszej nazwy typu antynowoczesność, kontramodernizm lub podobnej, aby wyrażała zaprzeczenie wszystkiemu, czego dopracowała się cywilizacja pierwszych dwóch tysięcy lat po Chrystusie.

Pamiętam znamienne dla mnie zdarzenie z początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy po konferencji naukowej w Warszawie, bodaj w Pałacu Ujazdowskim, poświęconej psychologii Carla Gustawa Junga, odwoziłem do domu profesor Marię Janion, głęboko poruszoną kilkoma referatami, które gloryfikowały ów postmodernizm i wróżyły mu gigantyczne sukcesy na polu medycyny (a szczególnie psychiatrii), psychologii i nauk w pełnym tego słowa znaczeniu humanistycznych, wreszcie literatury i sztuki.

Oto tezy, które wtedy niezobowiązująco, ale pamięciotwórczo padły. Pani profesor ze smutkiem snuła w samochodzie rozważania na temat zdarzeń i przemian, które nas będą czekały. Chodziło między innymi o zanikanie treści romantycznych w kulturze, i to w sposób trudny do zauważenia, bo polegający na zmianie hierarchii wartości i czynów oraz priorytetów społecznych, a także, przy walnym udziale relatywizmu, wymianie wartości na puste a atrakcyjne hasła. Była też mowa o znacznie większym niż w leninizmie zaniku więzi międzyludzkich opartych dotychczas na kodeksach moralnych, ze zwróceniem się ku egocentryzmowi. Zapamiętałem też wróżbę, która mówiła, że pod dyktando polityki nastąpi przewrócenie metodologii historii i zastąpienie jej dowodów naukowych źródłami rzekomymi, opartymi na chciejstwie i fantazji dostosowanej do potrzeb władzy i ekonomii.

Wszystko to mamy dzisiaj jak na dłoni. Stało się. Ba, materia umysłowa zaczęła się mieszać jak w diabelskim kotle. Mówił o tym prof. Umberto Eco w Warszawie na konferencji na Uniwersytecie Warszawskim pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Na pytanie dr. Tadeusza Komendanta o nowoczesny system znaków komunikacji w perspektywie globalnej Eco odparł tak zaskakująco, że sala znieruchomiała ze zdumienia (wtedy, bo dziś już by tak nie zareagowała). Powiedział mniej więcej, że (cytuję z pamięci i notatek) „nie ma jawnego systemu informacji na świecie. Dawniejszy system jawny nie jest systemem, rozpadł się na miliony mikrosystemów, które wzajemnie się przenikają. Na przykład polityka rolna miesza się z reklamą, która nie zawsze reklamuje prawdziwe towary, ale zawsze prawdziwe tezy, aby ludzie je przyswoili. Inny przykład: odkrycia medyczne są hamowane przez fałszywą informację dopóty, dopóki nie wyczerpią się potrzeby produkcji i handlu tym, co wyprodukowano na podstawie dawnej wiedzy. System jawny był mrzonką już w pierwszej połowie XX wieku. Teraz system został ukryty i zna go kilka osób, firm i rządów. Reszta to jego produkty, które są celowo śmietnikiem. Rządzi tylko jedna zasada: ludzie nie mają prawa się w nim połapać. To jedyna zasada systemu semiotycznego obecnej cywilizacji, która jest widoczna, bo ukryć się jej nie da”.

Aby w pełni zrozumieć te słowa, trzeba doczytać opis s-kodu, zawarty m.in. w książce Eco pt. Teoria semiotyki (Wyd. UJ, 2009), ponieważ istotą owego antysystemu albo systemu ukrytego jest tworzenie nowych, nieznanych kodów strukturalnych informowania.

Kiedy się mówi, że ktoś wierzy w spiskową teorię dziejów, to mówi się to wyłącznie po to, aby zdyskredytować tego wierzącego, bo tylko w ten sposób można prawdziwie ukryć spisek. Natomiast ci, którzy śledzą elementy informowania i szukają spójności w istniejącej informacji (w każdym przekazie międzyludzkim), mają szansę odkrycia, o co w tym wszystkim chodzi. I coraz częściej odkrywają. Są za to bici po łapach. Najciekawsze w tym wszystkim są celowo ujawniane informacje niejawne, a także zespoły przyczyn, dla których się to robi.

Kto ma w ręku informację, ten ma władzę. Dlatego silne władze organizują silne czasopisma, telewizje i radiofonie nie tylko u siebie, ale i u sąsiadów.

e-mail: lpj@lpj.pl

Wróć