logo
FA 02/2020 Informacje i komentarze

Jarosław Guzy

Byliśmy studencką „Solidarnością”

Z Jarosławem Guzym, pierwszym przewodniczącym Niezależnego Zrzeszenia Studentów, rozmawia Mariusz Karwowski

Fot. NZS

W jakich okolicznościach został Pan przewodniczącym NZS-u?

Pierwszy po rejestracji Zjazd NZS, na którym wybierano władze organizacji, odbywał się w moim rodzinnym Krakowie na początku kwietnia 1981 roku. Kończyłem wtedy na Uniwersytecie Jagiellońskim studia socjologiczne, a zaczynałem historyczne. Trzydniowe obrady toczyły się w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Byłem delegatem UJ na Zjazd, ale nie planowałem kandydowania na przewodniczącego. Koledzy, m.in. Jan Maria Rokita, pod koniec Zjazdu usilnie mnie jednak do tego namawiali i ostatecznie dałem się przekonać. Najpierw wybierano skład Krajowej Komisji Koordynacyjnej, w której uczelnie były reprezentowane na zasadzie proporcjonalności. Później, już wewnątrz Komisji, dokonano wyboru przewodniczącego. Były chyba trzy tury głosowań i ostatecznie niedużą większością stanąłem na czele NZS. Nie byłem zbyt aktywny podczas Zjazdu, bo w czasie obrad chorowałem. Ale, jak widać, lepiej było milczeć niż męczyć delegatów wystąpieniami. Wpływ mogło mieć to, że dołączyłem wcześniej do Ogólnopolskiego Komitetu Założycielskiego NZS i zdobyłem pewien autorytet prowadząc negocjacje w sprawie realizacji wystrajkowanych porozumień łódzkich. A może przeważyło niepisane prawo gospodarza? Trzeba pamiętać, że Kraków był wówczas bardzo silnym ośrodkiem NZS-u. W każdym razie nasze wybory nie były tak spontaniczne i dramatyczne, jak na robotniczych strajkach.

Ośmielili was trochę, podpisując porozumienia sierpniowe?

Nie trzeba było nas ośmielać. Całe społeczeństwo było gotowe na bunt. Środowisko akademickie już przed Sierpniem wykazywało silną aktywność opozycyjną. Działał Studencki Komitet Solidarności, który powstał w Krakowie po zamordowaniu przez SB Staszka Pyjasa, potem kolejne, w innych miastach. Byłem związany z tym środowiskiem, m.in. kolportowałem bibułę. Jednym z postulatów SKS było powołanie niezależnej organizacji studenckiej. Idea więc była, a zwycięstwo robotników w stoczniach, kopalniach i innych zakładach pracy tylko stworzyło warunki do legalnej działalności. Nie było przypadkiem, że już na strajku w Stoczni Gdańskiej studenci podpisali się pod deklaracją powstania pierwszego NZS-u. Potem, jak grzyby po deszczu, w poszczególnych ośrodkach zaczęły wyrastać NZS-y (o powstaniu NZS na KUL czytaj na str. 13 – red). Nie trzeba było specjalnie nikogo zachęcać. Hasło „solidarność” dotyczyło przecież nie tylko związków zawodowych, ale całego ruchu, którego część stanowił NZS. Nasza organizacja była po prostu studencką „Solidarnością”. Pamiętam, jak spotykając się ze studentami w Krakowie, Marian Jurczyk, przywódca strajku w Szczecinie, powiedział: „To wszystko jest robione bardziej dla was niż dla nas, robotników. To wy wykształcicie się i skorzystacie z nowych możliwości, które dają przemiany”. I w dużym stopniu miał rację.

Który z wysuwanych postulatów uważał Pan za najważniejszy?

Hasłem organizującym nasze działanie była wolność. W sprawach akademickich działaliśmy na dwóch frontach. Z jednej strony walczyliśmy o sprawy bieżące, z drugiej – horyzont wyznaczał projekt nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, która miała m.in. zapewniać wpływ studentów i kadry naukowej na funkcjonowanie autonomicznej uczelni. Zmiany w tym projekcie, dokonane arbitralnie przez władze i ograniczające wolności akademickie, były zresztą zarzewiem strajków, które zaczęły się jesienią ’81 roku. Nałożyły się na to lokalne, prowokowane konflikty i w efekcie strajki: w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu, gdzie łamiąc reguły demokracji wybrano nomenklaturowego rektora, czy w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarnictwa, której studenci-podchorążowie chcieli wyzwolić się spod kurateli MSW, aparatu represji. To było już preludium stanu wojennego, w WOSP wobec pokojowego strajku po raz pierwszy użyto siły. Paradoksalnie jednak z ustawą się udało. W pożądanym przez nas kształcie, z minimalnymi zmianami, przeszła przez PRL-owski sejm i dawała dużą swobodę uczelniom do połowy lat 80. Nam chodziło o zasadniczą reformę systemu kształcenia, m.in. o możliwość wyboru lektoratu, a nie uczenie się narzuconego języka rosyjskiego. Chcieliśmy się pozbyć tego peerelowskiego bagażu, który był koszmarem nie tylko dla studentów, ale i naukowców. Próbowaliśmy więc, obok walki o przemiany w całym kraju, zmieniać uczelnie wspólnie z pracownikami naukowymi i wybieranymi już także przez nas rektorami.

Jak radziliście sobie organizacyjnie? Nie było przecież maili, komórek…

Podstawowym urządzeniem obok telefonu był teleks, którym, zwłaszcza w czasie strajku, spływały uchwały, informacje, decyzje… Nie było Twittera, Facebooka czy Instagrama, ale dało się i bez tego. Obieg informacji to były dla nas gazetki, ulotki, książki… I osobiste kontakty. Działaliśmy po prostu tak, jakby wyłączono Internet. A decydowaliśmy z reguły kolegialnie, bo to był czas kwitnącej demokracji, często bezpośredniej. Oczywiście ktoś tym musiał kierować, reprezentować na zewnątrz, np. w rozmowach z władzą, Kościołem czy „S”, i to była m.in. moja rola jako przewodniczącego. Czułem na sobie tę odpowiedzialność. Ale o ogólnopolskim strajku studenckim jesienią 1981 roku decydowały tzw. konferencje strajkowe, które polegały na tym, że przedstawiciele uczelni zjeżdżali się, najczęściej na Politechnikę Warszawską. To w tym gronie, łącznie z Krajową Komisją NZS, inicjatorem strajku, toczyły się dyskusje, wypracowywano decyzje. Przy czym nawet jeśli konferencja ogłaszała zakończenie strajku, komitety strajkowe uczelni same decydowały o wprowadzeniu jej w życie. Na Uniwersytecie Warszawskim nawet odbywały się referenda i to na wszystkich wydziałach.

Na takiej „zbuntowanej” konferencji zwolenników kontynuowania strajku, w Poznaniu, przeszedłem prawdziwy chrzest bojowy jako przewodniczący. Pojechałem tam przekonywać o konieczności zawieszenia protestu i uzgodnieniu dalszych działań z „Solidarnością”. Koledzy z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza chcieli kontynuować. Będąc w kontakcie z „S”, Episkopatem, zdawałem sobie sprawę że przed nami mur, którego sami już nie przebijemy. Oni nie przyjmowali tego do wiadomości. Kiedy więc udało mi się przekonać konferencję do zakończenia strajku, byli mocno poirytowani. Gdy wychodziłem rozwinięto przede mną czerwony dywan i obsypano złotówkami symbolizującymi Judasza, zdrajcę sprawy studenckiej. Dumnie, będąc przekonany do swoich argumentów, przeparadowałem po tym dywanie. W NZS różniliśmy się bardzo, ale ważne było to, co się z różnic wykluwało. NZS był szkołą demokracji. Osobiście przekonałem się, że prawdziwe demokratyczne przywództwo nie jest schlebianiem, ani uleganiem nastrojom. A procedur demokratycznych uczyliśmy się zewsząd, nawet z podręcznika wydanego jeszcze przed I wojną światową w… carskiej Rosji. Z niego dowiadywaliśmy się, czym jest votum separatum, a czym wniosek formalny, jak się go powinno zgłaszać… Przy wszystkich potknięciach, szanowaliśmy się nawzajem i przestrzegaliśmy reguł gry, które sami przyjęliśmy.

Był Pan przewodniczącym NZS do czasu jego delegalizacji w styczniu 1982 roku…

Jedno z drugim nie ma nic wspólnego… O tym, że przestałem być przewodniczącym decydował czas i zmiany, jakie zaszły w NZS w podziemiu, a nie władze stanu wojennego. Nas rzeczywiście zdelegalizowano jako pierwszych, z „Solidarnością” woleli poczekać do października. Bardzo ich uwieraliśmy, szybko postanowili więc rozstrzygnąć sprawę. Byliśmy dumni, że zaraz po nas rozwiązano Konferencję Rektorów Szkół Wyższych. Powstała w 1981 roku, kiedy rektorów wybierali już w demokratycznych wyborach studenci i pracownicy naukowi. Były to osoby z ogromnym autorytetem – naukowym i osobistym, a potraktowano ich tak, jak „studenckich radykałów” z NZS. Po delegalizacji nasza organizacja dalej działała. Na przykład największy pod względem liczby oskarżonych proces w stanie wojennym odbył się w Białymstoku, gdzie wśród dwudziestu kilku osób kontynuujących działalność dominowali członkowie NZS. Te podziemne działania, m.in. mojego zastępcy, Teosia Klincewicza, obserwowałem już jednak z perspektywy Białołęki, gdzie mnie internowano.

Jak dziś ocenia Pan kondycję 40-latka?

Z podziwem i zaskoczeniem odbieram, że NZS jeszcze istnieje. W końcu dla organizacji studenckiej, gdzie następuje permanentna wymiana członków, funkcjonowanie przez 40 lat już samo w sobie jest fenomenem. Oczywiście zmiany, jakie przez ten czas się wokół dokonały sprawiają, że młodzi ludzie mają dziś przed sobą zupełnie innego rodzaju zadania niż my. Inaczej się dziś studiuje i nie mówię tylko o masowości, ale też o komforcie, braku barier, czy to w programach nauczania, zwłaszcza na kierunkach humanistycznych, społecznych, czy w wyjazdach zagranicznych… Przywileje, które dostępne były kiedyś tylko dla robiących kariery w aparacie władzy, np. działaczy Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, mają wszyscy. Poznając z upływem lat moich następców, starałem się nie mieć wobec nich przesadnych wymagań ani oczekiwań. Sami odpowiadają za to, co robią, dla mnie istotne jest, by trzymali się wartości, które leżały u podstaw powołania NZS.

Kiedyś ideały, dziś interesy?

Nie, tak nie można powiedzieć. Wartości, o które nam chodziło, były fundamentem i pewnym drogowskazem, walka o nie dawała szansę na realizację uzasadnionych interesów. Dbaliśmy przecież także o sprawy czysto przyziemne: przydział akademików, stypendia, warunki studiowania, możliwość wyboru programu studiów, dostępność publikacji naukowych na poziomie światowym, jakość żywienia w stołówkach, wyjazdy za granicę… Jednym słowem, zależało nam na normalności, a to oznaczało wyzwolenie się z gorsetu komunistycznej władzy, pozbycie się marksistowskiej ideologii, oczyszczenie z niej i peerelowskiej patologii studiów oraz publicznego życia. Zabawnym przykładem realizacji hasła „wolność” był konkurs, który ogłosiliśmy w ‘81 roku. Dotyczył ilości odmów paszportowych wśród studentów. Pamiętam, że wygrał kolega z Politechniki Krakowskiej, który na koncie miał ich kilkanaście. W nagrodę obiecaliśmy interwencję u władz. W jej wyniku udało mu się w końcu wyjechać na Zachód, z którego… już do PRL nie wrócił. Jego prawo. Nie walczyliśmy więc tylko o jakieś abstrakcyjne idee. One przekładały się na konkrety, które można realizować już w wolnej Polsce.

Wróć