logo
FA 02/2020 Bibliotekarz zredukowany

Jacek Wojciechowski.

Bibliotekarstwo w odwrocie

Nie ma co opowiadać bajek: to jest kasacja zawodowego kształcenia bibliotekarzy na wszystkich poziomach i we wszystkich formach. W perspektywie zatem kiełkuje też zanik porządnego bibliotekarstwa akademickiego oraz każdego innego. Diabli wiedzą, dlaczego akurat i wyłącznie w Polsce.

Rys. Sławomir Makal

Komunikowanie edukacyjne oraz naukowe niemal od samego początku było wielojęzykowe, czyli po dzisiejszemu multisemiotyczne. Na dłużej niż długo utrwaliła się zwłaszcza dominująca transmisja treści w trybie werbalnym, więc lekcji oraz wykładów, a także w formie pisemnej: podręczników i monografii. Inne warianty przekazu miały charakter wspomagający. Ale do czasu. Oto bowiem szturm przypuściła digitalna komunikacja sieciowa i powstało nieliche zamieszanie.

Zamieszanie

Okazało się otóż nagle, że istnieje jeszcze jeden skuteczny sposób rozległego rozpowszechniania treści (nie tylko) naukowych, właśnie przez elektroniczną sieć. To rozwiązanie, użytkowo rzeczywiście świetne, zostało jednak od zarania obarczone bezzasadną sugestią, że jest w komunikacji absolutnie uniwersalne, zatem może być jedyne. No i taka właśnie apologia wyłączności zaczyna teraz (nie wszędzie, ale u nas owszem) brać górę oraz podpowiada rozwiązania praktyczne.

Zarówno bowiem zmasowane, obiegowe opinie naukowe, jak też ogólnonaukowe procedury praktyczne, zaczęły podporządkowywać się hipotezie, że digitalna formuła transmisji treści jest już w tej chwili dla nauki najlepsza (chociaż brak potwierdzenia psychologicznego), w przyszłości zaś może albo nawet musi być wyłączna. Przechył postępowania w takiej intencji oraz w tym kierunku jest dostrzegalny, chociaż w różnych krajach niekoniecznie tak samo. Czasami wyraźnie, a niekiedy mniej. U nas akurat nadwyraźnie, nie wiadomo jednak, czy to aby dobrze. Nie jesteśmy bowiem liderem światowej nauki, toteż nieostrożność może być ryzykowna.

Namnożonych wątpliwości dałoby się zapewne w znacznym stopniu uniknąć i uciec od zamieszania, przyjmując, że żadna komunikacja – więc naukowa też nie – jednorodna semiotycznie wcale być nie musi, a nawet nie może. W rozmaitych wariantach, a co najmniej w werbalnym, pisemnym i w digitalnym, powinna funkcjonować równolegle, obok, we wzajemnym uzupełnieniu. Bez żadnej dla siebie szkody, a wręcz odwrotnie: z wielkim pożytkiem. Z takiej mianowicie przyczyny, że procesy nadania, transmisji oraz odbioru treści nie są w żadnym z tych systemów komunikowania identyczne ani tożsame, a nieraz bywają nawet mało zbieżne. Nie każdy więc sposób rejestracji oraz dostarczania powiadomień sprawdza się podobnie w dokumentowaniu, a tym bardziej w przejmowaniu treści, zwłaszcza naukowych.

Dlatego bogactwo form transmisji powiadomień znajduje uzasadnienie na różnych poziomach złożoności. Więcej: to jedno z najważniejszych osiągnięć współczesnej komunikacji. Także naukowej. Ale pod rygorem funkcjonowania w pełnej skali istniejących wariantów. Zatem mnożące się coraz liczniej praktyki redukowania tych wariantów i jednostronnych preferencji semiotycznych wyglądają na szkodliwe.

Kierunek: redukcja

W tej chwili wygląda to tak, jakby komunikacyjna różnorodność – mimo że niewyuzdana przecież – niejednemu wydała się jednak nadmierna i zbytnio uciążliwa, kłopotliwa oraz czasochłonna. Słuchać, klikać i ponadto jeszcze czytać? Bez przesady.

W rezultacie, z przyczyn niedookreślonych i zapewne trzeciorzędnych, spontaniczna(?) euforia przypisała wszystkie transmisyjne możliwości i zalety wyłącznie komunikacji digitalnej. Sugerując tym samym ograniczenie, albo nawet zanik, użyteczności pozostałych form naukowego komunikowania.

Niepodważalnym świadectwem jest w nauce autorytarna hegemonia ewaluacyjna postHirschowych wskaźników indeksacyjnych (np. indeks h, indeks g), kreowanych prawie wyłącznie na podstawie cytowań internetowych. Taka punktoza jest wygodna dla okołonaukowej administracji, ale dla samej nauki – nie całkiem.

Wygląda to tak, że jeżeli przywołują cię z sieci i w sieci, to w nauce jakoś istniejesz, lepiej albo gorzej, o czym decyduje indeks. Lecz jeżeli nie – to już niekoniecznie. Drukowana monografia naukowa zatem to jest twoje ryzyko osobiste.

Na razie to wszystko wygląda na fazę wstępną mało wymyślnej i niesprawdzonej opinii, że digitaliami da się w końcu wypełnić bez reszty wszystkie powinności edukacyjne oraz naukowe. Ale z takiej właśnie presupozycji wyłania się z kolei przyszła koncepcja zredukowania komunikacji naukowej do jednosemiotycznego wariantu digitalnego. Nie do przyjęcia.

Ostatnimi laty piśmiennictwo naukowe zaczyna być u nas kierowane na tory niszowe – już nawet zdarzają się 25-egzemplarzowe nakłady książek naukowych – niewykluczone więc, że i trendy w pełni likwidacyjne też ujawnią się niebawem. Inny zaś, możliwy później krok, to redukcja werbalnych objaśnień i wykładów naukowych do roli instrukcji używania. Wprawdzie nikt jeszcze takich skrajności nie deklaruje wprost, ale nieśmiałe przebąkiwania już są.

Bywają też namacalne skutki, akurat u nas wyraźniejsze aniżeli za granicą. Kurczy się mianowicie obieg – a co z autorytetem? – naukowych monografii drukowanych. Mało komu chce się (o ile nie musi) ślęczeć przez kilka lat nad monograficznym wywodem naukowym, jeżeli w wyniku punktozy pozyska lepszą ocenę oraz opinię za kilka internetowych półproduktów. Jednocześnie zaś niekoniecznie liczna jest publiczność czytająca sążniste drukowane tomiska. Skoro wystarczy trochę poklikać…

Niestety nikła jest świadomość, że zgodnie z globalnym prawem autorskim żadna biblioteka i w ogóle nikt nie ma uprawnień do digitalizacji na własną rękę drukowanych publikacji bieżących i retrospektywnych – w uproszczeniu: do 70 lat od śmierci autora. A to przecież zasadniczo zmienia postać rzeczy.

Tak więc obecnie najkonkretniejszym, mimo że chyba nieoczekiwanym, a w dodatku wyjątkowo kiepskim, rezultatem takiej sytuacji jest – w Polsce jak nigdzie indziej – dramatyczny kryzys bibliotekarstwa akademickiego oraz agonia nauki o bibliotekarstwie (bibliologii, bibliotekoznawstwa). W konsekwencji zaś zagrożenie dotyczy całego naszego bibliotekarstwa. W innych krajach aż tak źle nie jest.

Bibliotekofobie

Biblioteki, przesadnie i w niezgodzie z rzeczywistością kojarzone głównie z samym tylko piśmiennictwem, niemal natychmiast rozeznały bogate możliwości komunikacji digitalnej i włączyły ją w obszar własnej oferty, przełamując przeszkody techniczne i bariery finansowe. Z tym jednak, że na zasadzie wielosemiotycznej równoległości wobec innych form przekazu (więc nie zamiast), a także kontynuując regułę nieodpłatności obsługi. I nastąpiło to zarówno w wymiarze ogólnym, powszechnym (biblioteki publiczne), jak też w sferze wsparcia edukacji (biblioteki szkolne i pedagogiczne) oraz nauki (biblioteki akademickie.

Dzisiejsze biblioteki to wielokomunikacyjne konsorcja i w dodatku na tyle ze sobą wzajemnie powiązane, że prawie każdemu mogą zapewnić dostęp (w skali globalnej) do niemal całej podaży naukowej, edukacyjnej, informacyjnej oraz literackiej, w każdej obecnie istniejącej formie. No i są jedyne, które wszystko oferują za darmo. Czy ktoś policzył, jakie indywidualnie należałoby ponosić koszty? A jednak to nie wystarczyło do przezwyciężenia swoistego odium ani powstrzymania marginalizacji bibliotekarstwa.

Górę wzięło i trzyma bałamutne hasło, że sieć elektroniczna dostarczy wszystkim wszystko, czego potrzebują, a gdyby nie, to w odwodzie pozostaje jeszcze telewizja. O jakości takiej dostawy, o zakresie ani o wydatkach z tego tytułu dżentelmeni nie rozmawiają. Jak też: kto miałby to robić. Wychodzi jednak na to, że w rezultacie rozpoczął się jednokierunkowy proces sekowania bibliotek. U nas szczególnie intensywny i na skalę nigdzie indziej nienotowaną.

Polikwidowanych – z bezrefleksyjnej woli różnych burmistrzów i wójtów oraz ich przybocznych rad – bibliotek publicznych da się w Polsce w ostatnich latach policzyć ponad tysiąc.

Sieć nietypowych w europejskiej praktyce bibliotek pedagogicznych skurczyła się o połowę. Ile padło bibliotek akademickich, w bezpośrednim lub pośrednim następstwie ustawy 2.0, tego jeszcze nie wiadomo. A o losy około pięciu tysięcy bibliotek (dawniej) gimnazjalnych, nikt nawet nie zechciał spytać. Nie ma ich i już.

Jednak systemowa degrengolada naszego bibliotekarstwa zaczęła się na dobre od centralnej decyzji w sprawie otwierania niektórych zawodów, w tym najbardziej licznego: właśnie bibliotekarskiego (co najmniej 60 tys. osób). Definicja otwartości oznacza powszechne prawo uprawiania zawodu bez żadnych wymagań kwalifikacyjnych. W ten sposób profesja bibliotekarska została zrównana jakościowo z zajęciem babci klozetowej albo brzuchomówcy. Ze stosownym wyzerowaniem autorytetu i z pauperyzacją zarobków. W ślad za otwarciem zawodu nastąpiła urzędowa likwidacja form pomaturalnego kształcenia zawodowego bibliotekarzy, dotychczas w Polsce całkiem przyzwoitego. Te bibliofobijne rozwiązania spowodowały, że w tej profesji (teraz paraprofesji?) prawie nikt się już nie widzi. Chyba, że musi albo brakuje mu wyobraźni. Lecz na tym jeszcze nie koniec.

Ciąg dalszy: kiepski

Nie mogło to bowiem pozostać bez niekorzystnego wpływu na biblioteczną obsługę nauki oraz oczywiście na obsługujące ją bibliotekarstwo akademickie, w którym nie wszyscy zatrudnieni muszą mieć zawodowe kwalifikacje magisterskie. Wystarczy, że wielotysięczny biblioteczny personel obsługowy zna się odpowiednio na swoich powinnościach głównych i należycie wykonuje wszystko, co tak właśnie wykonywać powinien. Ale ktoś musi tego nauczyć. No więc teraz niespodzianka: wkrótce nikogo takiego nie będzie.

Oraz zabraknie też wyższej kategorii specjalistów z zakresu bibliotekarstwa. Nie będzie mianowicie w Polsce osób z magisterskim wykształceniem bibliotekoznawczym, ponieważ bibliologia (bibliotekoznawstwo), tak jak i nauka o informacji (informatologia), z czyjejś woli przestała być dyscypliną naukową. Wyłącznie w Polsce! Zbieżność tych różnych rozwiązań wyklucza sprawstwo przypadku.

Z dwunastu ośrodków magisterskiego kształcenia bibliotekoznawców w Polsce trzy już całkowicie wyzerowano. Kolejne cztery uległy katedralizacji: weszły w skład jednostek ogólniejszych, więc mało który kandydat na studia kierunkowe zdoła je zidentyfikować. Dalsze trzy pozostają na razie w stadium metamorfoz, ale skoro dyscyplina nie istnieje, to na co można liczyć? No i jeszcze dwa uchowały się jako instytuty, ale informacji naukowej. Tymczasem nauka o informacji ma się tak do bibliotekarstwa, jak sznurowadła do butów: bez nich nie pochodzisz, ale spróbuj maszerować w samych sznurówkach.

Nie ma co więc opowiadać bajek: to jest kasacja zawodowego kształcenia bibliotekarzy na wszystkich poziomach i we wszystkich formach. W perspektywie zatem kiełkuje też zanik porządnego bibliotekarstwa akademickiego oraz każdego innego. Diabli wiedzą, dlaczego akurat i wyłącznie w Polsce. No bo wszak nie może istnieć, poprawnie funkcjonować i rozwijać się zawód, specjalność, zespół umiejętności przy całkowitej eliminacji rodzimego, teoretycznego i naukowego zaplecza koncepcyjnego. Chyba, że na zasadzie cudu.

Poza tym jest jeszcze coś. Oto spośród 32 polskich naukowych czasopism bibliologicznych oraz informatologicznych, z przyznanymi przez resort nauki punktami uchowało się raptem siedem, z czego zresztą pięć to roczniki. Przypisano im minimalną wartość po 20 punktów; wszystkim, z wyjątkiem jednego. Ten wyjątek, to rocznik „Archiwa, Biblioteki i Muzea Kościelne”, który załapał się był na 40 punktów. Nikt chyba nie wątpi, że z przyczyn wyłącznie merytorycznych. Na wszelki wypadek nie zaszkodzi dopowiedzieć, że powołany do ewaluacji tych periodyków podzespół nie miał w tym zakresie nic do gadania. Złożone, nieliczne zresztą, wnioski kwalifikacyjne zostały całkowicie zignorowane.

W dalszym etapie odbiblioteczniania naszych uczelni następuje teraz likwidacja – niezbyt licznej, ale ważnej – elity tutejszego bibliotekarstwa akademickiego, mianowicie bibliotekarzy dyplomowanych. Na świecie jest taka, wysoko ceniona, kategoria specjalistów, którzy razem z bibliotekarzami dziedzinowymi (u nas takich nie ma), zapewniają pracownikom nauki oraz studentom optymalne warunki śledzenia całego dorobku naukowego w wymiarze globalnym, jak też archiwizacyjnego utrwalania dokonań na półkach i w chmurze (czy ktoś zrobi to sam?) oraz rozległego rozpowszechniania informacji naukowej. Rzeczywiście wszędzie tak jest, ale u nas zanosi się na odstępstwo. Nie upieram się, że to dobrze.

W tych dramatycznych okolicznościach daje ponadto o sobie znać – w złym sensie – istniejące od dawna rozwiązanie organizacyjne. Mianowicie wśród uczelnianych, merytorycznych decydentów funkcyjnych jedynie dyrektor biblioteki głównej nie obejmuje stanowiska w trybie elekcyjnym. Powołuje go i odwołuje szef uczelni według swojego uznania. Co to ma do rzeczy? Otóż, jeżeli osoba kierująca główną biblioteką uczelnianą zacznie zgłaszać ostrzeżenia oraz mnożyć opory i kontrargumenty, to… Niby nic, ale tak się jakoś porobiło, że o dramatycznych kolejach losu naszego bibliotekarstwa akademickiego publicznych wypowiedzi nie ma. Wszystko ma swoje przyczyny.

Z innej bajki

Pora jednak na antraktowy odskok od tej jeremiady, więc na krok ku innej bajce, w dodatku realnej oraz konkretnej. To coś więcej, aniżeli światełko w tunelu: już raczej silny reflektor. Ale z ograniczonym zasięgiem autonomicznym. Zatem całej sytuacji oczywiście nie zmienia.

Otóż od dłuższego czasu funkcjonuje i rozbudowuje się ogólnodostępna biblioteka digitalna Polona, licząca aktualnie ponad trzy miliony obiektów już w sieci, a każdego dnia dochodzą kolejne dwa tysiące. W ciągu ostatnich trzech lat doskanowano okrągły milion jednostek, za kwotę 82 milionów złotych, głównie z kasy Funduszy Europejskich oraz naszego resortu kultury – w ramach projektu o nazwie Patrimonium. To jest rzadkość nawet w skali europejskiej, a w kontekście smutnego portretu naszego bibliotekarstwa wydaje się wyczynem wręcz niewiarygodnym. A jednak to prawda i w dodatku prawda imponująca.

Realizacja jest dokonaniem dwóch książnic: Biblioteki Narodowej (resort kultury – dyrektor dr Tomasz Makowski) oraz Biblioteki Jagiellońskiej (resort nauki – dyrektor prof. Zdzisław Pietrzyk). Jak widać, z niekoniecznie kochających się dwóch metropolii oraz z odmiennych obszarów resortowych. Tak więc niekiedy, jeżeli jest taka wola, udaje się przełamać najrozmaitsze przeszkody, poczynić skuteczne zabiegi (takie pieniądze nie leżały i nie leżą na ulicy), przetrzymać gehennę przetargów i wdać się w przedsięwzięcia, które od samego początku wymagają wymyślenia od zera i koncepcyjnego opracowania. Ani bowiem u nas, ani gdzie indziej, nie ma odpowiednio przygotowanych biblio-informatyków (informatologia to zupełnie nie ta specjalność). Potrzebne więc było także kreatywne samouctwo – niektórzy z wykonawców to… muzykolodzy – ale nade wszystko niezbędny okazał się spontaniczny entuzjazm. No i gołym okiem widać, że był oraz jest.

Przedsięwzięcie obejmuje skanowanie i digitalizację oraz powszechną dystrybucję (przez sieć) wybranych materiałów bibliotecznych: drukowanych książek, czasopism, starodruków, rękopisów oraz innych dokumentów. Ale uwaga: tylko dopuszczonych do domeny publicznej! Zatem niedawnych, nowych i najnowszych już nie. Kto myśli, że tak można postępować ze wszystkim, ten nie ma pojęcia, o czym mówi. Materiały wprowadzone do Polony są niezwykle ważne dla niektórych procesów naukowych oraz dla części przedsięwzięć ogólnopoznawczych. Lecz przedmiotowo i zakresowo ograniczonych oraz głównie retrospektywnych.

Zatem jest to jasny, ale tylko fragment naszej bibliotecznej rzeczywistości. Jak grządka trawy na lodowcu albo bajoro na pustyni. Nie zmienia natomiast smutnej sytuacji całego bibliotekarstwa w Polsce, w tym zwłaszcza bibliotekarstwa akademickiego.

Czas regresu

To zdumiewające, jak łatwo można – bez żadnego powodu i sensu – zdemolować coś, co przynosi pożytek oraz funkcjonuje dobrze, a przynajmniej poprawnie. W dodatku psujów nikt nie powstrzymuje, nie staje przeciw nim w obronie, nawet w swoim własnym interesie. Wszystko odbywa się w ciszy. Oczywiście plamę dali oraz nadal dają sami bibliotekarze. Wszak bezgłośna, milcząca zgoda kilkudziesięciu tysięcy osób na kasację własnej profesji to jest szokujący mariaż samobójstwa z obstrukcją. Istnieje przecież kilka stowarzyszeń bibliotekarskich, lecz żadne w tej sprawie nie kiwnęło palcem. Najwyraźniej wszystkim amputowano kciuki. Dopiero niedawno kilka osób podjęło próbę powołania zrzeszenia bibliotekarzy akademickich, żeby powstrzymać postępujący regres. Teraz? Za późno co najmniej o trzy lata. Zanim coś takiego uzyska możliwość – przecież tylko wypowiadania się, nie będzie już za czym optować.

Jednak bibliotekarstwo nie istnieje samo dla siebie ani też jedynie po to, żeby bibliotekarze mieli zajęcie. W Polsce, tak jak wszędzie, wielomilionowa publiczność korzysta z bibliotek nie z tego powodu, że tak mamusie kazały, ale dlatego, że chce i ma taką potrzebę. Jej reakcji na psucie na razie nie ma, głównie z braku stosownego rozeznania. Ale w końcu sprawa się wyda.

Konkretnie zaś: bibliotekarstwo akademickie jest potrzebne (albo nie?) pracownikom nauki oraz studentom. Bez bibliotek trudno wyobrazić sobie efektywność naukowych przedsięwzięć oraz uniwersyteckiego kształcenia. Zagrożenia więc wyglądają wysoce niepokojąco. Mimo zaawansowanej biurokratyzacji naszego życia akademickiego pracownicy nauki wciąż mają na uczelniach niemałe wpływy, uprawnień decydenckich nie wykluczając. Z ich ewentualną pomocą nasze bibliotekarstwo akademickie zdołałoby jeszcze przezwyciężyć skutki fatalnych rozwiązań i decyzji oraz przetrwać czas regresu. Z szansami w przyszłości na regenerację.

Ale warunkiem jest aktywne i jednoznaczne wsparcie ze strony społeczności akademickiej. Trudne do pozyskania w wymiarze wspólnoty, bo w epoce powszechnej smartfonizacji coś takiego jak opinia publiczna ulega zamazaniu. Lecz przecież w rzeczywistości nie znika. Trzeba ją jednak zaktywizować. Natomiast przy biernej obojętności oraz przeświadczeniu, że elektroniczna sieć wszystko zagwarantuje sama, nie ma na co liczyć. Regres połknie to, co połknąć zdoła.

Prof. dr hab. em. Jacek Wojciechowski, Kraków

Wróć