logo
ŻYCIE NAUKOWE

Marek Wroński

Ekspresowy doktorat

Dyplom prywatnej Społecznej Akademii Nauk w Łodzi otrzymał w lipcu 2016 r. po skończeniu studiów licencjackich i magisterskich w tej uczelni. Niecały rok później, 28 czerwca 2017 r., na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Medycznego w Łodzi (dyscyplina: biologia medyczna) obronił dysertację doktorską.

Rys. Sławomir Makal

Pod koniec każdego miesiąca, kiedy pojawia się konieczność wyboru tematu do kolejnego odcinka „Z Archiwum Nieuczciwości Naukowej”, mam wielki problem, gdyż spraw wartych upublicznienia jest kilkadziesiąt, a miejsca na stronach „Forum Akademickiego” mało. Tym razem postanowiłem opisać sprawę doktoratu mgr. Roberta Haładaja, na którego dysertację zwrócił mi uwagę już rok temu jeden z profesorów z Warszawy, który napisał, że „wyniki są zbyt piękne, aby były prawdziwe”. Stwierdził też, że mimo wieloletniego doświadczenia klinicznego nigdy dotąd nie spotkał się z sytuacją, kiedy wszyscy spośród prawie dwustu kilkakrotnie badanych pacjentów skończyli eksperyment kliniczny zgodnie z protokołem i nikt z niego nie wypadł ani nie zrezygnował.

Przypomniał mi także, że kiedy w maju 2008 r. odkryłem w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym sfabrykowane badania na szczurach, pierwszą przesłanką nierzetelności był fakt, iż doktorantce w ciągu dziewięciu miesięcy badań nie zdechł ani jeden szczur z 66 osobników poddanych skomplikowanym zabiegom chirurgicznym transplantacji wysepek trzustkowych do wątroby.

Błyskawiczny doktorat

Robert Haładaj jest z wykształcenia magistrem fizjoterapii, dyplom prywatnej Społecznej Akademii Nauk w Łodzi otrzymał w lipcu 2016 r. po skończeniu studiów licencjackich i magisterskich w tej uczelni. Niecały rok później, 28 czerwca 2017 r., na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Medycznego w Łodzi (dyscyplina: biologia medyczna) obronił dysertację doktorską pt. Wykorzystywanie oceny napięć mięśnia prostownika grzbietu w celu określenia skuteczności terapii wielokrotnego impulsu u pacjentów z przewlekłymi bólami. Promotorem doktoratu był prof. dr hab. Mirosław Topol, kierownik Katedry i Zakładu Anatomii Prawidłowej i Klinicznej UM w Łodzi (specjalista ginekolog-położnik), zaś recenzentami: dr hab. Adam Kosiński z Zakładu Anatomii Klinicznej GUMed w Gdańsku (specjalista chorób wewnętrznych) oraz dr hab. Dariusz Witoński (specjalista chirurg-ortopeda) z Katedry Fizjoterapii Klinicznej Instytutu Zdrowia Publicznego Społecznej Akademii Nauk w Łodzi.

Jak wynika z autorskiego streszczenia, badania miały charakter kliniczny, a ich celem było wykazanie skuteczności miorelaksacyjnej oraz przeciwbólowej tzw. terapii wielokrotnego impulsu (Multiple Impulse Therapy – MIT) wykonywanej nieinwazyjnym urządzeniem PulsStar FRAS (Force Recording & Analysis System), produkowanym w USA i kosztującym około kilkanaście tysięcy dolarów, stosowanym w gabinetach chiropraktycznych. Oceniono też aktywność bioelektryczną powierzchniowej elektromiografii (sEMG) i jej korelację ze spoczynkowym napięciem mięśnia prostownika grzbietu części lędźwiowej kręgosłupa oraz zakres jego ruchomości i obniżenia stopnia niepełnosprawności chorych poddanych badaniom. Zbadano 180 chorych (67 kobiet, 113 mężczyzn) w wieku od 30 do 55 lat (śr. 45,89), cierpiących na udokumentowane medycznie przewlekłe bóle korzeniowe kręgosłupa lędźwiowego.

Autor stwierdził, że badania prowadził w Specjalistycznym Szpitalu Rehabilitacji Leczniczej FIORT-CLINIC (placówka niepubliczna) oraz w Samodzielnym Szpitalu Wojewódzkim w Piotrkowie Trybunalskim w okresie od 7 maja 2016 r. do 2 marca 2017 roku. O włączeniu pacjenta do badania decydowało potwierdzone rozpoznanie oraz pisemna zgoda pacjenta na uczestnictwo w badaniu i samej terapii (która powinna być włączona do historii choroby – MW).

Metodyka badań

Osoby biorące udział w badaniach zostały losowo (?) podzielone na trzy grupy po 60 osób, z których jedna była grupą badaną, a dwie pozostałe grupami porównawczymi. W grupie badanej pacjenci zostali poddani leczeniu MIT. Każdemu wykonano trzy do pięciu zabiegów za pomocą interaktywnej głowicy urządzenia PulStarFRAS. Pacjenci drugiej grupy zostali poddani 20-minutowemu masażowi klasycznemu przeprowadzanemu dziesięciokrotnie w ciągu 14 dni. Natomiast pacjentom trzeciej grupy przez 14 dni podawano tylko silny przeciwzapalny niesteroidowy lek Ketonal Forte (dwa razy dziennie po 100 mg). Wszystkie trzy grupy zostały poddane ocenie diagnostycznej za pomocą urządzenia PulStarFRAS oraz miotonometru Szirmai, jak również sEMG. Ponadto każdy pacjent oceniał nasilenie bólu przed i po zabiegach za pomocą skali oceny bólu VAS i wskaźnika oceny bólu wg Laitinena oraz kwestionariusza bólu krzyża Rolanda-Morrisa, jak również przechodził test ruchomości lędźwiowej Schobera.

Badania jakoby wykazały, że terapia wielokrotnego impulsu (MIT) statystycznie istotnie zmniejsza spoczynkowe napięcie mięśnia prostownika grzbietu u pacjentów z przewlekłymi bólami korzeniowymi kręgosłupa lędźwiowego i jest terapią o dużej skuteczności przeciwbólowej. Co więcej, MIT znacząco obniża aktywność bioelektryczną części lędźwiowej mięśnia prostownika grzbietu u pacjentów z przewlekłymi bólami korzeniowymi kręgosłupa lędźwiowego, co zostało dowiedzione elektromiografią powierzchniową sEMG. Terapia ta, w porównaniu z masażem klasycznym i farmakoterapią, jest najskuteczniejszą i najdłużej utrzymującą efekty terapeutyczne, a jednocześnie nieinwazyjną metodą leczenia przewlekłych bólów korzeniowych kręgosłupa lędźwiowego.

Zapytanie i odpowiedź

Obie recenzje doktorskie były pozytywne, ale powierzchowne. Recenzenci nie zauważyli, że zgoda Komisji Bioetyki Uniwersytetu Medycznego w Łodzi na „eksperyment medyczny” została wydana pod koniec września 2016 r., natomiast doktorant stwierdził, że badania wykonywał od 7 maja 2016 r. i ukończył je 2 marca 2017 r. – w pięć miesięcy od uzyskania zgody. Należy pamiętać, że rozpoczęcie badań klinicznych przed uzyskaniem zgody Komisji Bioetycznej jest nielegalne i automatycznie przekreśla te badania i unieważnia pracę.

Ocenę wyników leczenia wykonywano trzykrotnie (przed leczeniem, bezpośrednio po dwutygodniowym leczeniu oraz po 4 tygodniach od zakończenia leczenia). Ogółem przebadano 180 pacjentów, z których żaden nie zrezygnował, co jest mało prawdopodobne.

Na moje pisemne zapytanie, wysłane do obu ośrodków, gdzie jakoby doktorant wykonał badania, odpowiedzi były następujące: „5 września 2019 r. Dyrekcja Samodzielnego Szpitala Wojewódzkiego im. M. Kopernika w Piotrkowie Trybunalskim informuje, że w dniu 16 listopada 2015 r. p. Robert Haładaj zwrócił się do dyrekcji szpitala z prośbą o wyrażenie zgody na uczestnictwo w badaniu i diagnostyce czynności elektrycznej mięśni i nerwów obwodowych oraz o udostępnienie wyników testów przebadanych pacjentów. Z Pańskiego pisma wynika, że w pracy doktorskiej wykorzystano wyniki badań przeprowadzonych w okresie od 7 maja 2016 r. do 7 marca 2017 r. Uprzejmie informujemy, iż we wskazanym przedziale czasowym […] nie wykonywano badań EMG. Z-ca Dyrektora ds. Lecznictwa, dr n. med. Aneta Baranowska”.

Z kolei prezes Zarządu Fiort Clinic, dr n. med. Mariusz Pingot, w liście z 18 września 2019 r. napisał: „W odpowiedzi na pismo dotyczące badań wykorzystanych w dysertacji doktorskiej p. Roberta Haładaja, pragnę poinformować, iż badania, o których mowa, nie miały miejsca w naszej klinice i nie były prowadzone z udziałem leczonych u nas pacjentów. W dokumentacji medycznej u żadnego z leczonych w naszym Zakładzie pacjentów nie odnotowano takiego faktu. Nie mogę zatem podać terminów prowadzonych badań, ilości badanych pacjentów, podziału i przydziału do grup badanych oraz listy indywidualnej zgody pacjenta”.

Oba listy jasno sugerują, że wyniki badań medycznych przedstawione w dysertacji doktorskiej p. Roberta Haładaja nie mogły zostać uzyskane tam, gdzie wskazał doktorant i prawdopodobnie zostały sfabrykowane.

Z tego powodu zwracam się do przewodniczącego Rady Doskonałości Naukowej, prof. dr. hab. Grzegorza Węgrzyna, o wznowienie tego przewodu doktorskiego i wszczęcie postepowania prowadzącego do unieważnienie stopnia. Jednocześnie apeluję do rektora Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, prof. dr. hab. n. med. Radzisława Kordka, wybitnego patomorfologa, o powołanie rektorskiej komisji, która drobiazgowo sprawdzi rzetelność zgromadzenia danych i wykonania badań, łącznie ze sprawdzeniem dokumentacji szpitalnej, na których dr n. med. Robert Haładaj, obecnie adiunkt w Zakładzie Anatomii Prawidłowej i Klinicznej (kierownik: prof. dr hab. Michał Polguj), oparł swój doktorat. Nie można odwracać głowy od takich spraw i powinno się je „ku przestrodze” upubliczniać. Takie przypadki pokazują też, jak ważne są stałe i obowiązkowe wykłady z rzetelności naukowej dla doktorantów oraz wszystkich nauczycieli akademickich.

Chciałbym dodać, że ponad dwadzieścia lat temu grupa siedmiu adiunktów zarzuciła dr. Andrzejowi Wilczyńskiemu z I Katedry i Kliniki Ginekologii i Położnictwa Akademii Medycznej we Wrocławiu fałszerstwo i fabrykację badań w jego monografii habilitacyjnej Prognozowanie masy urodzeniowej noworodka w ciąży powikłanej cukrzycą. Ówczesna komisja rektorska, powołana w tej sprawie przez prof. Jerzego Czernika, pojechała do domów kilku pacjentek (wylosowanych z grupy dwunastu kobiet, które wcześniej ustnie potwierdziły brak badań), aby zapytać je i uzyskać formalne oświadczenie, czy przechodziły konkretne badania. Okazało się, że deklarowanych badań u nich nie wykonano, co jednoznacznie potwierdziło fabrykację danych i spowodowało postępowanie dyscyplinarne. Na skutek opieszałości uczelni i „kalectwa” ówczesnych przepisów dyscyplinarnych postępowanie uległo przedawnieniu, co poskutkowało brakiem formalnej kary. Habilitant, spodziewając się negatywnych recenzji, wycofał wniosek habilitacyjny i po jakimś czasie odszedł z uczelni w atmosferze publicznego wstydu, gdyż sprawę opisały wrocławskie gazety oraz „Rzeczpospolita” i „Forum Akademickie” w obszernym artykule Granice absurdu (FA 11/1999).

Czy doktorant ma być etyczny?

Kolejna historia, którą przedstawiam poniżej, jest dla mnie bulwersująca. Dotyczy ona nadania stopnia doktora nauk prawnych przez Wydział Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego doktorantce (studia doktoranckie w okresie 2012-2015) i później asystentce Katedry Postępowania Karnego (kierownik: prof. Jerzy Skorupka), która została aresztowana w czasie wykonywania obowiązków adwokackich za próbę przekupstwa prokuratora.

Anna Drozd to młoda, zdolna oraz prężna prawniczka, która maturę uzyskała 2005 r. w I Liceum „Carolinum” w Nysie i następnie w 2010 r. skończyła pięcioletnie studia magisterskie na Wydziale Prawa UWr. W latach 2011-2014 r. odbyła aplikację adwokacką, zakończoną egzaminem zdanym w marcu 2014 r. W międzyczasie rozpoczęła też studia doktoranckie, zaś przewód doktorski pod promotorstwem prof. Jerzego Skorupki, sędziego Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, otworzono pod koniec czerwca 2013 r. Doktorantka była też stypendystką w projekcie „Rozwój potencjału i oferty edukacyjnej Uniwersytetu Wrocławskiego szansą zwiększenia konkurencyjności Uczelni” w okresie 02.2014–02.2015 r.

Po skończeniu studiów doktoranckich (ale bez napisania pracy doktorskiej) od 1 października 2015 została na okres dwóch lat zatrudniona w Katedrze Postępowania Karnego (kierowanej przez promotora – MW), zapewne w celu umożliwienia jej ukończenia i obrony doktoratu.

Jak wynika z licznych relacji prasowych, 22 maja 2017 r. mecenas Anna Drozd została zatrzymana przez agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego we Wrocławiu i przewieziona do Rzeszowa. Następnego dnia w Podkarpackim Wydziale Zamiejscowym Departamentu do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej postawiono jej zarzuty. Zdaniem prokuratury, dwukrotnie złożyła w połowie 2016 r. obietnicę udzielenia asystentce prokuratorskiej z Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu korzyści majątkowej w wysokości 200 tys. złotych lub pokrycia kosztów zakupu mieszkania. W zamian za te korzyści asystentka (która była jej koleżanką ze studiów – MW) miała udzielić podejrzanej informacji w zakresie prowadzonego postępowania przygotowawczego wobec znanego przedsiębiorcy, założyciela imperium medycznego Polski Holding Medyczny – Polskie Centrum Zdrowia (PCZ). Dr Romuald Ś. (stomatolog) został na początku grudnia 2016 r. czasowo aresztowany na okres prawie roku. Aresztowano też kilku jego bliskich współpracowników. Od października 2018 r. przed wrocławskim sądem biegnie jego proces o doprowadzenie inwestorów (nabywców obligacji i Bank Millenium) do niekorzystnego rozporządzenia mieniem i doprowadzenia do strat w wysokości ok. 79 mln złotych z holdingu, który kontrolował. Do winy się nie przyznaje i uważa, że to były konieczne decyzje biznesowe, mające na celu wzmocnienie spółek-córek. Jako holding zrzeszający spółki prowadzące działalność operacyjną PCZ zadebiutowało na giełdzie NewConnect w 2011 r. Kurs akcji spółki wzrósł szybko i wysoko, w szczycie dając wycenę sięgającą niemal 2 mld zł. Pod koniec czerwca 2015 r. holding nagle złożył wniosek o upadłość, co sąd zaakceptował z końcem lipca 2015 r.

Po zatrzymaniu Anna Drozd nie przyznała się do winy i złożyła wyjaśnienia. Jednocześnie Sąd Rejonowy w Rzeszowie zgodził się na jej aresztowanie na dwa miesiące. Ten okres był później kilkakrotnie przedłużany.

Po otrzymaniu informacji o krokach organów ścigania Uniwersytet Wrocławski najpierw zawiesił asystentkę Annę Drozd w prawach nauczyciela akademickiego, a później – ze względu na upływ trzech miesięcy nieobecności w pracy z powodu tymczasowego aresztowania – jej umowa o pracę wygasła z mocy prawa (art. 66 par. 1 kp w związku z art. 128 ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym). Można powiedzieć, że nastąpiło to sześć tygodni przed terminem, bowiem zatrudniono ją na czas określony, który upływał 30 września 2017 r.

Akt oskarżenia

Prokuratura skierowała akt oskarżenia do sądu 2 sierpnia 2017 r. Prawdopodobnie ze względu na konieczność wykluczenia ewentualnych powiązań (wg. tygodnika „Do Rzeczy” partner oskarżonej był sędzią Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu) proces przeniesiono do Sądu Rejonowego w Lesznie. Postępowanie sądowe na wniosek CBA utajniono. Z tego, co przebiło się na łamy prasy, wynikało, że adwokatka się broniła, mówiąc, że żartowała z propozycją mieszkania lub pieniędzy. Cała rozmowa została jednak nagrana przez CBA.

Proces w pierwszej instancji zakończył się wyrokiem wydanym 10 października 2018 r. Oskarżona została uznana za winną popełnienia przestępstwa z art. 13 par. 1 kk w związku z art. 229 par. 3 kk i skazana na karę jednego roku pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania na okres próby jednego roku. Sąd wymierzył oskarżonej grzywnę w wysokości 17.500 zł, a także orzekł środek karny w postaci zakazu wykonywania zawodu adwokata na okres roku. Uzasadnienie wyroku było niejawne i odwołała się od niego prokuratura, uznając go za zbyt łagodny jak dla prawnika, który choćby z racji wykształcenia wie, co wolno, a czego nie wolno.

Obrona doktoratu

Praca doktorska została złożona w dziekanacie zapewne na przełomie maja i czerwca, gdyż Rada Wydziału Prawa, Administracji i Ekonomii UWr powołała 18 czerwca 2018 r. recenzentów, którymi zostali: dr hab. Radosław Koper, prof. UŚ w Katowicach oraz prof. dr hab. Ryszard A. Stefański z Uczelni Łazarskiego w Warszawie. Obie recenzje 553-stronicowej dysertacji pt. Normatywne determinanty udziału pokrzywdzonego w polskim postępowaniu sądowym (zagadnienia karnoprocesowe) były pozytywne, a prof. Koper wnosił nawet o wyróżnienie. Obrona doktoratu odbyła się 25 października 2018 r., zaś Rada Wydziału Prawa, Administracji i Ekonomii UWr nadała Annie Drozd stopień naukowy 19 listopada 2018 r.

W siedem miesięcy po nadaniu stopnia doktora nauk prawnych, wyrokiem z 26 czerwca 2019 roku Sąd Okręgowy w Poznaniu, uznając trafność zarzutów podniesionych w apelacji prokuratury, zmienił zaskarżony wyrok sądu pierwszej instancji i skazał oskarżoną dr Annę Drozd na dwa lata bezwzględnego pozbawienia wolności. Sąd podzielił argumentację prokuratora i uznał, że oskarżona dopuściła się przestępstwa z art. 229 par. 3 kodeksu karnego, a nie, jak przyjął sąd pierwszej instancji, usiłowania tego czynu. Ponadto sąd orzekł środek karny w postaci zakazu wykonywania zawodu adwokata na okres pięciu lat oraz utrzymał orzeczoną grzywnę w wysokości 17.500 złotych. Wyrok jest prawomocny, ale prawdopodobnie zostanie złożona kasacja do Sądu Najwyższego.

Jeśli będzie nieskuteczna, to po odliczeniu okresu około ośmiomiesięcznego aresztowania, nadal pozostanie do odbycia kara kilkunastu miesięcy więzienia, co nie jest pobytem „na długich wczasach”. Zarówno poprzednie ustawy o szkolnictwie wyższym, jak i obecna, zabraniają zatrudniania nauczyciela akademickiego, jeśli był karany za przestępstwo umyślne. Natomiast wykreślono wymagania, aby wykładowca czy też kandydat na doktora lub profesora był osobą o nienagannej reputacji.

Sprawę tę opisuję, bowiem uważam, że uczelnia nie powinna prowadzić przewodu doktorskiego w sytuacji, gdy doktorant ma proces karny o przekupstwo/łapówkarstwo czy też o inne przestępstwo ścigane z oskarżenia publicznego.

Podobna sytuacja ma miejsce obecnie na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu (rektor: prof. Maciej Żukowski), gdzie otworzono nowy przewód doktorski osobie, której wcześniejsza dysertacja na AWF w Poznaniu nie została uznana z powodu wykrycia poważnego naruszenia praw autorskich i zarzutu sfabrykowania danych. Obecnie toczy się wobec niej proces karny, który z powodu plagiatu w nienadanym doktoracie wytoczyła poznańska prokuratura. Niedoszła doktorantka zatrudniona jest w prywatnej uczelni jako „adiunkt”, a sędziwa rektor, prof. Kamila Wilczyńska, nie wszczęła dotąd wymaganego prawem postępowania dyscyplinarnego. O szczegółach tej sprawy pisaliśmy rok temu (patrz: Nauka idzie w las, FA 2/2019 oraz Sprawa doktoratu M. Górskiej, FA 9/2019). Ciekawostką jest to, że AWF w Poznaniu nie otrzymała do dzisiaj kwoty kilkunastu tysięcy złotych tytułem pokrycia kosztów przeprowadzonego zaocznie przewodu doktorskiego Magdaleny G., którą ta pisemnie zobowiązała się pokryć.

Chciałbym też dodać, iż moim zdaniem rektor Uniwersytetu Wrocławskiego, prof. Adam Jezierski (chemik), nie dopełnił swoich obowiązków, nie polecając wszczęcia wyjaśniającego postępowania dyscyplinarnego wobec etatowego asystenta uczelni (jakim była Anna Drozd), któremu zarzucono popełnienie przestępstwa – czynu naruszającego godność nauczyciela akademickiego. W tym samym czasie rektor jednak zawiesił asystentkę w prawach nauczyciela akademickiego. Jednocześnie powinien zostać zawieszony przewód doktorski.

Sprawa aresztowania Anny Drozd odbiła się głośnym echem na uczelni, co jednak nie spowodowało „alarmu” wśród kierownictwa wydziału (dziekan: prof. dr hab. Karol Kiczka) i na tyle zaślepiło członków Rady Wydziału, że zezwolili na uruchomienie przewodu doktorskiego poprzez powołanie recenzentów. Nikomu z szacownych nauczycieli akademickich, prawników (wśród których są wybitni sędziowie i profesorowie), nie przeszkadzało to, że zapadł skazujący wyrok. Mimo to w dwa tygodnie później dopuszczono doktorantkę do obrony, a po dalszych trzech tygodniach nadano stopień doktora. O tempora, o mores!

Marekwro@gmail.com

Wróć