logo
FA 01/2020 Felietony

Piotr Müldner-Nieckowski

Wysokość wieży telewizyjnej

Fot. Stefan Ciechan

Telewizja w Szczecinie przeprowadziła ciekawy test. Było to co prawda jeszcze w czasach czarno-białych (lata 60. XX w.), ale nie tak znowu technologicznie słabych, żeby nie zdążono wybudować supernowej wieży nadawczej. Otóż w ramach badania recepcji programu informacyjnego lokalnej telewizji przez wiele dni w dzienniku podawano wysokość tej budowli i zachęcano do poznawania jej funkcji. Następnie po bodaj dziesięciu dniach (czyli trzydziestu emisjach tych wieści) zbadano, co ludzie z tego zapamiętali. A ludzie w ankietach podali, że wiadomość co prawda słyszeli, a „w zakresie wymiarów budowli” wszyscy bardzo się różnili. Poprawną wysokość podało ledwie kilka procent ankietowanych. Innymi słowy niemal nikt nie zapamiętał tego, co zdaniem badaczy powinien był przyswoić, zatem informowanie telewizyjne okazało się haniebnie nieskuteczne. Zadziałał efekt widza, czyli obojętnego przechodnia albo przypadkowego świadka.

Śmiem twierdzić, że wśród dzisiejszych słuchaczy wykładów znajduje się wielu takich niewiarygodnych świadków, zainteresowanych tylko obecnością na zajęciach, jeżeli ta jest warunkiem zaliczenia przedmiotu. I uważam, że można to zmienić.

Szczególnym dowodem na prawdziwość tej tezy mogą być wyniki egzaminów (kolokwiów) ustnych. Nieuk łatwo się nie prześliźnie. Ponieważ takie egzaminy zdarzają się na uczelniach coraz rzadziej, trzeba pomyśleć, jak poprawnie organizować testy. Mogłyby być skuteczne takie, które uniemożliwiają wzajemne informowanie się zdających i zawierają pytania angażujące w rozumienie kwestii (nie wystarczy prosty test wyboru jednej odpowiedzi), a także mają zmienną kolejność pytań. Zmuszałoby to egzaminatora do rezygnacji ze sprawdzania za pomocą szablonu z poprawnymi odpowiedziami, co drastycznie wydłużałoby czas pracy nad egzaminami. Sprawa byłaby tym bardziej dotkliwa, że płace na uczelniach stały się już mniej konkurencyjne niż wynagrodzenia hydraulików. Jestem niedzisiejszy i niezbyt rozgarnięty ekonomicznie, ale moje testy zawsze miały mieszaną kolejność pytań i egzamin w pierwszym terminie przeważnie ujawniał 80-procentowe nieuctwo. W drugim wszyscy zdawali, bo nie mieli innego wyjścia, musieli się przygotować.

Najbardziej wiarygodny wciąż pozostaje egzamin ustny. Jeśli wykładowca na to się decyduje i studenci wiedzą o tym od początku zajęć, to słuchają wykładów, przykładają się do ćwiczeń i czytają literaturę. Działa to niczym odruch Pawłowa, na tej samej zasadzie, co natychmiastowe wychodzenie z zajęć, kiedy wykładowca powie, że „są godziny rektorskie”. Nawet jeśli studenci za naukę zapłacili, przyjechali z daleka i są w słusznym wieku, to opuszczają salę momentalnie.

Z podobnym typem reakcji studenckiej mamy do czynienia także wtedy, kiedy wykład się przeciąga. Na mojej uczelni (i na wielu innych) przed wielu laty wprowadzono „oszczędzający” tryb trwania zajęć, polegający na tym, że kumuluje się godziny lekcyjne tak, aby zamiast dwa razy po 45 minut z przerwą w środku, trwały półtorej godziny w jednym ciągu. Już pomijam to, że profesorowie tracą wtedy na wadze półtora kilograma masy ciała (odwadniająca metoda odchudzania nauczycieli akademickich przez wypacanie). Jak uczy higiena, gdyby utrzymano kwadransowe przerwy po każdych trzech kwadransach mówienia, wymiary czasowe spełniłyby swoje zadanie, z wyjątkiem ostatnich trzech kwadransów, bo z nich skuteczne zawsze są tylko dwa. Ostatni do celów wykładowych się nie nadaje. Wobec tego najlepiej przeznaczyć go na czynności administracyjne, pytania i (krótkie) odpowiedzi, podnoszenie rolet na oknach i ekranu, zwijanie sprzętu, a w każdym razie na coś zupełnie innego w charakterze niż sam wykład.

Moment, w którym wykład należy bezwzględnie przerwać na korzyść czynności dodatkowych, doświadczony nauczyciel wyczuwa na podstawie zachowania słuchaczy. Jeśli odkładają długopisy, składają notatki, zaczynają zbierać rzeczy, pić niedopite płyny, wodzić wzrokiem po ścianach i suficie, rozmawiać, to znaczy, że już nic z naszej mowy do nich nie dotrze. Nawet jeśli nie powiedzieliśmy jeszcze paru niezwykle istotnych rzeczy, to ich ujawnianie w ostatnich minutach czasu wykładowego nie ma sensu. Nie zostaną przyswojone pod żadnym pozorem.

Najlepiej przejść do sprawdzania listy obecności. RODO tego nie zakazuje (notabene nie zabrania też wyczytywania nazwisk na uczelnianych uroczystościach; pozwala wywieszać wykazy z danymi studentów, a także ich prace, np. plastyczne, na ogólnodostępnej tablicy na terenie szkoły, ale – dodajmy – nie w Internecie). Potwierdzanie obecności bardzo ich ożywi (na kilka minut), ale to nie znaczy, że przekazanie wiedzy, której nie zdążyliśmy wtłoczyć z naszej głowy do sali wykładowej, byłoby skuteczne i warto by je wznowić. Otóż nie byłoby skuteczne. Koniec zajęć, to koniec zajęć. Wyjątków nie ma. Student może być niechętny, student może zamknąć uszy i oczy, student może wyjąć swoją ulubioną lekturę albo na tablecie przejść do Internetu, ale student idiotą nie jest. Na żadne nasze sztuczki nie da się nabrać. On wysokość swojej prywatnej wieży telewizyjnej zna na swój sposób i tego zmienić się nie da.

e-mail: lpj@lpj.pl

Wróć