logo
FA 01/2020 ŻYCIE AKADEMICKIE

Anna Jaskowiak

W małym mieście w Pensylwanii, czyli studia daleko od domu

Kiedy mieszka się za granicą, wszystko co związane z Polską, staje się ważniejsze, jest owiane nutą nostalgii i zadumy.

Prawie dziesięć tysięcy metrów nad ziemią, przelatując ponad Atlantykiem podczas najdłuższej dotąd podróży samolotem, siedziałam przy oknie i zadawałam sobie pytanie: Co ty robisz?! Pierwszy raz w życiu leciałam na kontynent oddalony o ponad pięć tysięcy kilometrów od Europy i ojczystego kraju. Leciałam sama i całym ciałem czułam strach przed nieznanym. Wiele miesięcy wcześniej, podekscytowana na myśl o tym, że już niedługo będę studiować w Stanach, czułam się szczęśliwa. Dostałam list potwierdzający przyjęcie na uniwersytet, a potem, gdy otrzymałam Jim Thompson Sister City Scholarship, który finansował 80% mojej studenckiej przygody w Ameryce, mówiłam do siebie: Tak, to jest to! Jednak gdy z biletem w ręku pomyślałam o pakowaniu, przeszył mnie wewnętrzny paraliż, całe ciało mówiło: „Przestań!”, „zawróć!”, „zostań!”, „jak chcesz to zrobić?!”. Bez wątpienia robiłam najbardziej szaloną rzecz, na którą się w życiu zdobyłam. Nigdy wcześniej nie byłam sama poza domem dłużej niż dwa tygodnie. Tutaj czekał mnie cały semestr (trzy i pół miesiąca) życia w kraju, którego nie znałam, pomiędzy ludźmi, których nigdy wcześniej nie widziałam, a także inna kultura, do której trzeba przywyknąć. I byłam z tym wszystkim zupełnie sama z walizką ważącą 23 kilogramy.

Pierwszy dzień był dość przyjemny. Zostałam odebrana z lotniska przez pracownika szkoły, który na co dzień zajmował się studentami międzynarodowymi. W jego biurze poznałam innych ludzi zaangażowanych w podobne sprawy. Mogłam stamtąd zatelefonować do domu. Wyjaśniono mi zasady funkcjonowania na kampusie uniwersyteckim. Dostałam poduszkę. I tyle. Pierwszą noc w amerykańskim akademiku spędziłam na samym materacu, przykryta małym, trochę wilgotnym ręcznikiem. Spałam jak zabita z powodu tzw. jet lagu. Wiedziałam, że moje życie właśnie teraz się zaczyna.

Najpierw poznałam chłopaka z Nepalu

Myślę, że każdy ma swoje wyobrażenie o studiach w USA. Oglądamy amerykańskie filmy i myślimy, że w rzeczywistości jest tak, jak na ekranie. Byłam jedną z takich osób. Znam innych, którzy po prostu zawsze chcieli tam przyjechać, żeby zrealizować najskrytsze marzenie. To prawda, oczekiwałam wielkiej przygody, ale Stany nigdy nie były moim największym marzeniem, nie idealizowałam tego kraju, jak wiele innych osób. Traktowałam wszystko z pewnym dystansem.

Mercyhurst University w Erie, gdzie podjęłam studia, to niewielki uniwersytet w małym mieście w Pensylwanii. Byłam jedną spośród około czterech tysięcy studentów tej prywatnej katolickiej uczelni. Każdy mógł iść do uniwersyteckiej kaplicy na niedzielną mszę, ale nie było to obowiązkowe. W Mercyhurst studiowało wówczas około dwustu studentów zagranicznych. Myślę, że nie będzie przesadą, gdy powiem, że mogłam poznać przedstawicieli wszystkich wielkich religii świata. Jedną z największych zalet uniwersytetu była dla mnie właśnie społeczność międzynarodowa. Najpierw poznałam chłopaka z Nepalu. Miałam również paru znajomych z Polski; na moim pierwszym roku było ich tylko ośmioro. Mówi się, że ciągnie swój do swego i na pewno jest w tym wiele racji. Najbliższą koleżanką była Polka. Z czasem w kręgu towarzyskim pojawili się studenci z Rwandy, Etiopii, Hondurasu, Jamajki, Hiszpanii, Nepalu, Buthanu, a nawet Arabii Saudyjskiej i sąsiadujących z nią państw. Najwięcej międzynarodowych studentów pochodziło z Ameryki Południowej.

Zaskakujące, że dużo więcej łączyło mnie ze znajomymi z Afryki czy krajów latynoskich, niż z Amerykanami. Wszyscy byliśmy daleko od domu, w obcym kraju, mieliśmy te same problemy, np. jak dostać się do sklepu, skoro nie mamy samochodu, a autobus jeździ bardzo rzadko, albo gdzie zostawić rzeczy podczas wakacyjnej przerwy. Podobnie, a inaczej niż Amerykanie, spędzaliśmy czas wolny. Oni bawili się do pierwszej, a my do piątej rano. Amerykanie mieli wszystko „podstawione pod nos” przez rodziców, którzy np. pakowali i rozpakowywali ich rzeczy na początku i pod koniec roku, dawali im samochody itd. My musieliśmy o wszystko zadbać sami i pomagaliśmy sobie nawzajem. W wielu sytuacjach musieliśmy kombinować bardziej niż obywatele USA. Mieliśmy też mniej pieniędzy niż Amerykanie i funkcjonowaliśmy na innym poziomie materialnym. Wiele razy odwiedzałam pokoje kolegów, w których były tylko łóżko i walizka, bo międzynarodowi studenci albo mieli mało pieniędzy, albo po prostu oszczędzali na inne rzeczy. Amerykanie mieli całe mieszkania umeblowane i udekorowane rzeczami przywiezionymi przez rodziców.

Oczywiście uniwersytet zaopatrywał nas w łóżko, biurko czy lodówkę, które w zupełności zaspokajały podstawowe potrzeby. Studenci pierwszego roku mieszkali w akademikach, ale wyglądały one zupełnie inaczej niż w Polsce. Na pierwszym roku mieszkałam w dość małym pokoju z Amerykanką. Łazienkę dzieliłyśmy z dwiema dziewczynami z sąsiedztwa. Nie nawiązałam jednak z nią specjalnej więzi, głównie przez to, że nie miałyśmy ze sobą wiele wspólnego. Różnice kulturowe na pewno odegrały tu znaczącą rolę. Na drugim roku sytuacja się zmieniała. Starsi studenci – sophomores – mieszkali w budynkach położonych w odległej części kampusu, czyli na obrzeżach uczelni.

Rygory i zakazy

Kampus składał się z głównego budynku, gdzie znajdowała się kaplica i rezydowali prezydent, czyli rektor, a także inni przedstawiciele uczelni, oraz z biblioteki, trzech akademików i paru innych budynków, w każdym odbywały się zajęcia. W jednym było Performing Arts Center, czyli miejsce, gdzie wystawiano sztuki, występowali studenci z wydziału tanecznego i przyjmowano przyjezdnych artystów. Inny budynek miał księgarnie i kafejkę. Można tam było robić projekty czy się uczyć, a przy okazji napić się dobrej kawy. Na kampusie mieliśmy również siłownie i salę do koszykówki, boisko do footballu amerykańskiego czy lacrosse oraz lodowisko, które niestety było dostępne tylko dla drużyny hokejowej, za to można było tam przychodzić na mecze. Marcyhurst University jest położony poza centrum, do którego można dojechać samochodem w około siedem minut. Problemem był dojazd do sklepu spożywczego, centrum handlowego czy kina, które znajdowały się w zupełnie innej części miasta.

Każdy miał co najmniej dwóch współlokatorów i mieszkał w dwupokojowym apartamencie z małą łazienką i aneksem kuchennym. W budynku było osiem apartamentów nadzorowanych przez RA (resident assistant) pilnującego mieszkańców. Jego głównym zadaniem było „ściszanie” imprez, jeśli były zbyt huczne, i pilnowanie, aby nieletni nie pili alkoholu (w Stanach Zjednoczonych można kupić i spożywać alkohol od 21 roku życia) oraz organizowanie raz w semestrze spotkania rezydentów. Można też było się do tej osoby zwrócić z problemami związanymi z mieszkaniem. RA mógł zostać każdy student, który nie miał na koncie poważnych przewinień. W zamian za pilnowanie porządku dostawał mieszkanie i wynagrodzenie. Mercyhurst było bardzo rygorystyczną uczelnią, jeśli chodzi o imprezowanie i picie alkoholu. Mieszkaliśmy na tzw. dry campusie, co znaczy, że picie alkoholu na jego terenie jest zabronione.

Kolejnym ważnym aspektem życia studenta zagranicznego był meal plan. Każdy z nas musiał mieszkać i odżywiać się na kampusie. Opłata za studia składała się z czesnego oraz kosztów zakwaterowania w akademiku i wyżywienia w stołówce studenckiej. Stypendium pokrywa tylko 80% rachunku. Resztę musieli dopłacić rodzice. Podstawowy meal plan zawarty w moim stypendium obejmował dwa posiłki dziennie – wybierałam lunch i kolację. Jedzenie nie było najlepszej jakości, ale na pewno możliwość żywienia się w stołówce studenckiej ułatwiała życie. Nie musiałam się zastanawiać, gdzie i za co zjeść. Chociaż mieszkanie poza kampusem było dużo tańsze, dzięki stypendium nie miałam wyboru miejsca zamieszkania. Za to jeśli coś się zepsuło w mieszkaniu, dzwoniliśmy do uniwersyteckich konserwatorów, którzy naprawiali usterkę. Każdy akademik miał dwie pralki i dwie suszarki w piwnicy, za które na szczęście nie trzeba było płacić dwudziestopięciocentówkami (mała, ale znacząca oszczędność).

Kupić czy pożyczyć?

Książki, głównie podręczniki akademickie, to kosztowna sprawa. Ich kupowanie było zmorą każdego semestru. Kiedy jechałam do Erie po raz pierwszy, uniwersytet zaproponował, że może mi kupić książki na pierwszy semestr. Uznałam, że ułatwi mi to życie i się zgodziłam. Po miesiącu z konta pobrano dość dużą sumę. Okazało się, że za książki zapłaciłam prawie sześćset dolarów, a były potrzebne tylko na trzy i pół miesiąca. Zrozumiałam, że trzeba zdobywać podręczniki w inny sposób. Wypożyczałam je na portalach internetowych (co wcale nie było dużo tańsze), pożyczałam od znajomych, nabywałam starsze wersje, kopiowałam je (chociaż było to zabronione i raczej żaden Amerykanin tego nie robił) albo po prostu szłam na żywioł i nie kupowałam (jeśli wiedziałam, że na konkretnym przedmiocie i tak ich nie używają). Ceny wahały się od 20 do 300 dolarów za książkę. Ważna była edycja, a profesorowie zawsze życzyli sobie, byśmy używali najnowszych i najbardziej kosztownych wersji. Przy odsprzedaży książek nie można było odzyskać nawet połowy ich wartości, szczególnie jeśli co roku wchodziła nowsza, uaktualniona wersja.

Kontakt z profesorami na pewno różnił się od tego, jak wygląda to w Polsce. Praktycznie z każdym nauczycielem można było łatwo porozmawiać czy umówić się na office hours (konsultacje), aby omówić postęp w przedmiocie czy następny projekt. Zawsze byliśmy zapewniani, że jeśli mamy wątpliwości, wykładowcy służą nam pomocą. Co ciekawe, przychodzenie na spotkania i pytanie o różne sprawy było traktowane jako dodatkowe zaangażowanie studenta w przedmiot. Nie praktykowano odpytywania. Generalnie Amerykanie kładą duży nacisk na samodzielne zgłaszanie się do odpowiedzi. Często aktywność tego typu wchodziła w skład oceny końcowej lub dawała dodatkowe punkty. Również chodzenie na dodatkowe wykłady czy eventy, branie udziału w wydarzeniach były zaliczane jako extra credit, co dawało możliwość poprawienia ocen. Obecność na większości zajęć była obowiązkowa i zwykle wpływała na ocenę końcową. Każdy profesor miał swój system, a forma oceniania zależała również od przedmiotu i stopnia zaawansowania. Zwykle w ciągu semestru mieliśmy trzy testy pisemne, które były główną częścią ogólnej oceny, jednakże zadawano też różne projekty, niektóre trwające pół semestru i równie ważne, plus inne dodatkowe zadania, jak np. eseje. Oceny zależały od zdobytych procentów, różniły się one nieznacznie na różnych przedmiotach, ale trzeba było zdobyć chociaż 60%, żeby dostać najgorszą z nich, czyli D. W zależności od kierunku każdy musiał zaliczyć określone przedmioty o różnej trudności, były to tak zwane core classes, można było też wybierać dodatkowe zajęcia (electives), byle tylko nie przekroczyć sześciu przedmiotów na semestr.

Zaliczenia, egzaminy…

Semestr trwał trzy i pół miesiąca. Mniej więcej w połowie mieliśmy tzw. mid-terms w zależności od przedmiotu, czasami po prostu parę sprawdzianów w ciągu całego semestru. Oczywiście z większości przedmiotów mieliśmy egzaminy końcowe. Muszę przyznać, że przeważnie nie były one kumulowane, czyli był to po prostu kolejny sprawdzian, zwykle o większej wartości procentowej. Na ogół wiedzieliśmy dokładnie, z czego będzie dany sprawdzian i w jakich rozdziałach podręcznika można znaleźć potrzebne informacje. Sama ocena semestralna składała się z wszystkich ocen wystawionych w ciągu semestru. Oceny zaczynają się od A, a najniższą jest D. Ocena F, czyli fail, oznaczała niezdanie przedmiotu.

W zależności od kierunku każdy dostawał swojego advisora, czyli osobę, która doradzała wybór konkretnych przedmiotów na dany semestr i pomagała w różnych sprawach czy ewentualnych problemach. Student mógł wybrać do sześciu przedmiotów na semestr; za każdy dostawało się trzy kredyty; za niektóre naukowe nawet cztery, czyli do osiemnastu kredytów na semestr. Choć niektóre przedmioty można było wybierać dowolnie, każdy miał listę wymogów związanych ze swoim kierunkiem i musiał zdać poszczególne przedmioty co najmniej na C. Graduation, czyli zaliczenie całych studiów, było możliwe po zdobyciu 121 kredytów.

Chociaż normalnie na studia licencjackie przeznacza się cztery lata lub nawet więcej, ja skończyłam je w trzy i pół roku. Dzięki zdaniu międzynarodowej matury mogłam przetransferować przedmioty zdane w IB. IB to dwuletni program, w ciągu którego wybiera się sześć przedmiotów (w tym podstawowe: polski, matematyka i angielski), trzy na podstawowym poziomie i trzy na rozszerzonym, pod koniec liceum zdaje się egzaminy w języku angielskim (oprócz polskiego). Ten program na pewno ułatwia dostanie się na zagraniczne uczelnie i odnalezienie się na nich, szczególnie w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Dzięki zdaniu międzynarodowej matury mogłam przetransferować pięć przedmiotów, co sprawiło, że byłam o cały semestr do przodu i będąc na uczelni, nie musiałam wybierać takich przedmiotów jak biologia czy matematyka. Na pierwszym roku studiów miałam również mentorkę, z którą spotykałam się raz na semestr i mogłam porozmawiać także o prywatnych sprawach.

Każdy student mógł również dodatkowo zarobić. Było to jednak obwarowane pewnymi regułami. Pod hasłem work study kryła się możliwość dorobienia małej kwoty poprzez pracę w poszczególnych departamentach na uczelni w wymiarze pięciu godzin w tygodniu. W USA international student nie może być oficjalnie zatrudniony poza kampusem i może zarobić do 1200 dolarów na rok szkolny, z czego trzeba się rozliczyć z IRS-em, czyli urzędem skarbowym. To bardzo pomaga w życiu, ale taka kwota to zaledwie kropla w morzu potrzeb.

Szok kulturowy i własne korzenie

Po ukończeniu studiów każdy międzynarodowy student ma możliwość aplikowania o OPT, czyli przedłużenie wizy studenckiej F1. Pozwala ono na pracę przez rok i zdobycie doświadczenia w swoim zawodzie. Założenie jest dobre, jednak praktyka jest zupełnie inna. Na OPT trzeba aplikować zanim skończy się studia. Na odpowiedź czeka się około trzy miesiące, w ciągu których nie można podjąć żadnej pracy, a utrzymanie jest kosztowne. Jeśli nie znajdzie się zatrudnienia w ciągu trzech miesięcy od otrzymania tego dokumentu, trzeba wracać do domu. Skorzystałam jednak z tej opcji, zdecydowałam się pojechać do Nowego Jorku i znaleźć pracę w przemyśle muzycznym. Kończąc kierunek Arts Management oraz Marketing, chciałam się zatrudnić w firmie, która dałaby mi potrzebne doświadczenie. Okazało się to niemożliwe, bo Nowy Jork to bardzo konkurencyjne miejsce i nawet staż, który odbyłam w jednym z lokalnych centrów kulturalnych (MIAC – Mercyhurst Institute for Arts and Culture), nie pomógł mi dostać pracy w żadnej firmie z branży rozrywkowej. Udało mi się za to znaleźć pracę w biurze, ale nie była to praca moich marzeń.

Myślę, że ważnym elementem wyjazdu na studia za granicą jest szok kulturowy. Nie mówi się o tym dużo, a wiele osób sądzi, że są odporne na tęsknotę za swoim środowiskiem czy zderzenie z zupełnie innym światem. Ja też sądziłam, że szok kulturowy mnie ominie. Po dwóch miesiącach nadal miałam się dobrze i nie odczuwałam szczególnego dyskomfortu. Jednak po paru następnych, szczególnie na drugim semestrze, poczułam się bardzo samotna i tęskniłam za krajem. Kiedy mieszka się za granicą, wszystko co związane z Polską, staje się ważniejsze, jest owiane nutą nostalgii i zadumy. Flaga Polski staje się ważnym symbolem. Jakiekolwiek jedzenie, chociaż trochę zbliżone do polskiego, staje się cudem.

Myślę, że dlatego społeczność międzynarodowa była tak bardzo ważna dla mnie i dla innych. Każdy z nas w jakiś sposób tęsknił za domem, rodziną czy przyjaciółmi i swoim zwykłym życiem. Nawet zwykłe wspomnienia były jak skarb i przeżywało się je wciąż na nowo. Zapraszaliśmy się na kolacje – każdy z nas gotował tradycyjne potrawy ze swojego kraju. Spróbowałam kuchni indyjskiej, bangladeskiej, arabskiej, rwandyjskiej czy etiopskiej. Każdy chciał się pochwalić swoim dziedzictwem. I to właśnie robiliśmy. Uczyliśmy się podstawowych słów w różnych językach, poznawaliśmy zwyczaje, a niektóre nawet przejmowaliśmy. Tańczyliśmy do różnorodnej muzyki. Do dziś nie umiem już sobie wyobrazić spotkania towarzyskiego bez jamajskich czy latynoskich brzmień.

Poznanie właśnie tych ludzi zmieniło moje życie. Zrozumiałam, co to znaczy być obywatelem świata. Tu nie chodzi o ignorowanie korzeni, ale właśnie o pokazywanie światu swojej kultury i tradycji oraz przyjmowanie innych zwyczajów. Tak żeby zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo różnorodny, piękny i bogaty jest ten świat oraz móc z niego czerpać pełnymi garściami. Przebywanie z ludźmi z innych krajów na pewno wyzwala w człowieku umiejętność spojrzenia na swoje życie z dystansem oraz z zupełnie innej perspektywy. Myślę, że to jest największa korzyść studiowania za granicą.

Wróć