logo
FA 01/2020 ŻYCIE AKADEMICKIE

Marek Misiak

Wydawnictwo jest współtwórcą publikacji

Jeden z najpiękniejszych momentów w pracy redaktora: gdy z drukarni przychodzi gotowa książka i mogę po prostu wziąć w dłonie fizyczny przedmiot – rezultat pracy koleżanek i mojej.

W niewielkim wydawnictwie naukowym czas płynie na ogół intensywnie, ale w ustalonym rytmie. Obróbka redakcyjna artykułów do czasopism daje się ująć w przewidywalne ramy czasowe, gdyż praca nad pojedynczym artykułem na danym etapie przygotowania do publikacji zajmuje z reguły miej więcej tyle samo czasu, co nad innym tekstem do tego samego czasopisma. Można się nawet bawić w ustanawianie norm dla szeregowych redaktorów: znormalizowany redaktor w ciągu ośmiu godzin redaguje tyle i tyle artykułów w ramach przygotowania do składu, wykonuje tyle i tyle pierwszych korekt, a tyle drugich korekt itp. Na pierwszy rzut oka może to wyglądać zabawnie, ale osoby zarządzające pracą wydawnictwa muszą dysponować choćby takimi instrumentami umożliwiającymi ocenę i planowanie pracy.

Prawdziwe wyzwanie pojawia się wtedy, gdy wydawnictwo ma opublikować książkę, choćby był to skrypt czy publikacja okolicznościowa. Nie sposób przewidzieć, ile zajmie praca na dowolnie wskazanym etapie: redakcji przed składem, składu, wszelkich ustaleń z autorami, korekty autorskiej, kolejnych korekt redakcyjnych. Nie wiadomo, w jakiej postaci tekst publikacji i ewentualne ilustracje dotrą do wydawnictwa, czy wydawnictwo będzie w stanie spełnić oczekiwania autorów, jeśli chodzi o szatę graficzną (w tym typograficzną) książki, czy autorzy będą współpracować między sobą podczas korekty autorskiej (w przypadku publikacji zbiorowych), ile kwestii trzeba będzie ujednolicać w tekście w ramach redakcji i korekty, ilu poprawek będzie wymagał sam tekst… Taką listę można dowolnie wydłużać. Poniżej omówię tylko wybrane, najczęstsze problemy.

Co ważne: nie jest tak, że otrzymujemy do wydania rzeczy źle napisane, a z autorami nie sposób się dogadać. Wręcz przeciwnie – autorom zależy, żeby dojść do porozumienia z redaktorami, a też pracujemy z doświadczonymi naukowcami, którzy naprawdę umieją napisać zarówno książkę naukową, popularnonaukową, jak i skrypt. Problemy pojawiałyby się także wtedy, gdyby nasi zleceniodawcy byli skrzyżowaniem Ludwika Pasteura z Tomaszem Mannem. Po prostu wydanie książki, nawet skryptu, to złożone przedsięwzięcie. Dlatego wiele wydawnictw opracowuje i udostępnia wskazówki zarówno dla autorów artykułów, jak i samodzielnych prac.

Konwencja wydawnicza jest na ogół dokumentem wewnętrznym i zawiera bardzo szczegółowe wytyczne dla redaktorów i korektorów. Wskazówki dla autorów lub zasady przygotowania manuskryptu to często wyciąg z konwencji uzupełniony o kwestie, które dla fachowców są oczywiste, ale dla nie-edytorów wcale takie być nie muszą (np. wymóg przesyłania tekstu w postaci znormalizowanego maszynopisu). Jeśli planujemy przygotowanie książki naukowej/popularnonaukowej lub skryptu i wiemy już, jaki podmiot ją wyda, warto ustalić, czy dane wydawnictwo dysponuje wskazówkami dla autorów; powinny znajdować się na stronie internetowej wydawnictwa, ale nawet jeśli ich tam nie ma, może się okazać, że zostaną przysłane na życzenie. Łatwiej jest po prostu pisać ze świadomością istnienia konkretnych reguł niż później dostosowywać do nich gotowy już tekst.

Jeśli dana książka jest pracą zbiorową, z zasadami sformułowanymi przez wydawnictwo powinien zaznajomić się autor, pod którego redakcją pozostaje cała przygotowywana publikacja. Rola takiej osoby jest bardzo istotna. Nie może się ona ograniczyć do pilnowania terminów nadesłania poszczególnych rozdziałów/ części książki przez współautorów i przesyłania ich do wydawnictwa, lecz powinna – przynajmniej do pewnego stopnia – czuwać nad jakością i jednolitością przesyłanych materiałów. Zdarzają się niestety także sytuacje zbiorowego autorstwa, gdy grupa nawet kilkunastu autorów nie wyłania spośród siebie nikogo, kto brałby odpowiedzialność za całość publikacji. Żadna ustawa tego nie nakazuje (to w redakcji gazety/czasopisma istnienie redaktora naczelnego jest prawnie wymuszone), ale znacznie ułatwia to pracę – wtedy to autor redagujący całość wyjaśnia sporne kwestie. Konieczność czynienia przez redakcję ustaleń z każdym autorem z osobna znacząco wydłuża prace.

Skróty sprawiają kłopot
Zagadnieniem o niskim na ogół stopniu złożoności, ale zajmującym redaktorom sporo czasu, są zastosowane w danej pracy skróty (zarówno skróty właściwe, jak i skrótowce). Nawet w książkach przygotowanych przez autorów bardzo starannie lub w tekstach mających tylko jednego autora do konsekwencji w tym obszarze często bardzo daleko, a przy pracach zbiorowych jest praktycznie pewne, że trzeba będzie nad tym spędzić sporo czasu. Przede wszystkim redaktor musi skontrolować, czy ten sam termin lub nazwa są jednolicie skracane w obrębie całej publikacji (a zdarza się, że dwa różne skróty pojawiają się w jednym rozdziale). Jeśli konsekwencji brak, są dwie drogi postępowania. Gdy w literaturze z danej dziedziny wiedzy jeden skrót jest spotykany zdecydowanie częściej niż pozostałe, redaktorzy z reguły wprowadzają go w całej pracy. Jeśli nie sposób podjąć takiej decyzji – autorzy muszą zdecydować, którą możliwość wybierają. Po skróceniu wyrażenia w obrębie całego rozdziału (całej pracy) autorzy powinni posługiwać się już tylko skrótem.

Jeżeli praca zawiera znaczną liczbę skrótów, zaleca się umieszczenie na początku publikacji alfabetycznego wykazu skrótów. I tu jednak czyha pułapka – taki wykaz można sporządzić na kilka sposobów. Zasady przygotowywania manuskryptów zawierają często wzór wykazu skrótów (podobnie jak wzory indeksów osobowych i rzeczowych). Jeśli decydujemy się na wykaz skrótów, w całej publikacji nie rozwijamy skróconych nazw, posługując się skrótami z wykazu. Szczególnie istotne są skróty statystyczne. W niektórych wydawnictwach preferowany jest konkretny zestaw skrótów z tego obszaru, gdyż używanie innych może utrudniać lekturę nawet osobie dobrze obeznanej z daną dziedziną wiedzy, a ponadto – wprowadzać czytelnika w błąd. Zdarzają się wreszcie skróty i skrótowce znane nawet laikom (np. WHO czy BMI). Redaktor musi ustalić z autorami, czy w ogóle należy je rozwijać.

Odpowiedzialność za poprawność cytowania
Problematycznym obszarem jest także bibliografia, zarówno jedna na końcu książki, jak i osobna do każdego rozdziału. Zdarzają się sytuacje, gdy w pracy zbiorowej w jednym rozdziale mamy przypisy bibliograficzne tradycyjne, a w drugim – harwardzkie. Nasuwa się wniosek, że autorzy ustalili ze sobą kwestie merytoryczne (np. dokładny zakres tematyczny każdego rozdziału), ale już nie formalne. Tego rodzaju niekonsekwencja zdarza się też, gdy praca ma tylko jednego lub dwóch autorów, ale niektóre rozdziały to zmienione wersje już opublikowanych artykułów. Warto przypomnieć, że to autorzy ponoszą odpowiedzialność za poprawność sposobu cytowania literatury. Redaktor może nie być po prostu w stanie wstecznie odtworzyć, z czego korzystali autorzy. Cytowanie prac należy ograniczyć tylko do pozycji najnowszych i bezpośrednio powiązanych z przedstawionym tematem. W pracach zbiorowych i innych publikacjach o dużej objętości należy sporządzić piśmiennictwo do każdego rozdziału z osobna, umieszczając listę cytowanych pozycji na końcu rozdziału. W krótszych książkach i skryptach zalecane jest sporządzenie piśmiennictwa do całej publikacji łącznie i umieszczenie go na końcu książki.

Jeśli publikacja jest przygotowywana po angielsku, wytyczne wydawnictwa zawierają na ogół informację, jaka odmiana tego języka – brytyjska czy amerykańska – jest stosowana w danym wydawnictwie. Większość polskich wydawnictw naukowych preferuje American English. Niektórzy autorzy – zwłaszcza obeznani szczególnie dobrze z piśmiennictwem naukowym z Wielkiej Brytanii albo ci, którzy studiowali tam lub pracowali – mimo to stosują ortografię brytyjską. Ujednolicenie tego jest zadaniem redaktora, ale zdarzają się autorzy obstający przy swoich preferencjach. Jest to jednak na ogół zasada obowiązująca we wszystkich anglojęzycznych publikacjach danego wydawnictwa, która nie podlega negocjacjom, a pisanie np. w jednym rozdziale pracy zbiorowej tumour, a w drugim tumor jest niedopuszczalne.

Warto też dbać o to, by poszczególne rozdziały miały podobną konstrukcję (o ile tylko jest to możliwe). Jakiś czas temu koleżanka po fachu redagowała publikację, w której część rozdziałów została napisana bardziej narracyjnie, ciągłym tekstem, a inne zredagowano w krótkich żołnierskich słowach w podpunktach. Nie obniżało to komunikatywności tekstu, ale – ujmując rzecz obrazowo – książka naukowa lub skrypt to nie zbiór opowiadań kilku pisarzy i takie eksponowanie autorskiej indywidualności niekoniecznie jest wskazane. Jeśli czytelnik będzie się zapoznawał z książką w całości, takie – cytując Dilberta – zmiany paradygmatu bez użycia sprzęgła mogą utrudniać lekturę. Praca zbiorowa jest jednak bardziej całością; to zbiór artykułów stanowi raczej sumę poszczególnych części. Takie stylistyczno-estetyczne kwestie mogą się wydawać dość akademickie, ale warto pamiętać, że wydawnictwo jest współtwórcą publikacji – przynajmniej jej edytorskiej postaci – a nie jedynie podwykonawcą.

Z tym ostatnim wiąże się jeden z najpiękniejszych momentów w pracy redaktora: gdy z drukarni przychodzi gotowa książka. W dobie e-booków taką satysfakcję mamy coraz rzadziej, ale wciąż są momenty taktylności, gdy mogę po prostu wziąć w dłonie fizyczny przedmiot – rezultat pracy koleżanek i mojej. Ma to w sobie coś przekraczającego codzienność: ta książka po mnie zostanie, to mój ślad na tym świecie. Wprawdzie chwilę później następuje deziluzja i brutalne przebudzenie, gdy zaczynam kartkować książkę, w której już nic nie mogę zmienić, i znajduję kolejne błędy i niedopatrzenia, ale pierwszy moment „jest… już jest…” to coś nieosiągalnego w wielu innych profesjach. Właśnie: jest. Istnieje. Nie rozpłynie się w cyberprzestrzeni (choć równoległe wydanie e-booka to dobry pomysł). A kilka miesięcy później widzę, jak stojący w kolejce do uczelnianego bistro studenci uczą się ze skryptu, w którego redagowaniu uczestniczyłem. Stopki żaden z nich nie przeczyta, ale to nieważne. Ważne, że to, co robię, komuś służy.

Za pomoc w przygotowaniu tekstu dziękuję red. Aleksandrze Król.

Wróć