logo
FA 01/2020 ŻYCIE AKADEMICKIE

Zbigniew Drozdowicz

Akademickie wolności

Nowe regulacje prawne nie sprawiają, iż rektorzy będą się rozliczać ze swoich poczynań jedynie przed ministrem i własnym sumieniem. Sprawiają one jednak, że zarówno przy podejmowaniu przez nich określonych decyzji, jak i rozliczaniu z ich efektów ograniczona została rola tradycyjnych gremiów uczelnianych.

Rys. Sławomir Makal

Akademickie wolności przypomina się zwykle wówczas, gdy są poważnie zagrożone. Na pytanie, czy obecnie mamy do czynienia z taką sytuacją, nie mógłbym udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Jeśli jednak ktoś utrzymywałby, że nie są one niczym zagrożone lub też, że zagrożenie jest jedynie potencjalne, to dawałby świadectwo braku rozeznania w realiach akademickiego życia. Moim zdaniem jest ono jak najbardziej realne.

Zagrożenia w przeszłości

Odpowiedź na pytanie, co należy do akademickich wolności, znaleźć można nawet w takich popularnych wydawnictwach jak Encyklopedia Britannica – w jej świetle zalicza się do nich „wolność nauczycieli i studentów do nauczania, studiowania i pogłębiania wiedzy i badań bez nieuzasadnionej ingerencji lub ograniczeń wynikających z prawa, przepisów instytucjonalnych lub nacisków społecznych”. W uzasadnieniu stwierdza się, że służy to zarówno społeczeństwu, jak i rozwojowi wiedzy. Sprawa zaczyna się komplikować w momencie, gdy przechodzimy od ogólnych określeń do konkretów związanych z realizowaniem wolności w konkretnym miejscu i czasie. Okazuje się bowiem, że występowały i występują między nimi spore różnice, a wpływ na to miały zarówno istotnie różniące się realia akademickiego życia, jak i jego społecznego otoczenia.

Jacques Le Goff w książce pt. Inteligencja w wiekach średnich, przypominając początki uniwersytetów europejskich, wskazuje m.in. na ich walkę z władzami kościelnymi („ludzie uniwersytetu to klerkowie, miejscowy biskup uważa ich za swoich podwładnych”) oraz z władzami świeckimi („toczy się ona przede wszystkim z władzą królewską, która usiłowała położyć rękę na korporacjach, które przynosiły bogactwo i zapewniało prestiż jej państwu”). Czasami przybierała ona tak dramatyczny charakter jak w 1229 roku w Paryżu; doszło wówczas „do starć między studentami a królewską policją. W bójce z pachołkami królewskimi pada wielu studentów”. Podobne wydarzenia miały miejsce w Oksfordzie za panowania Henryka III (zakończyły się kapitulacją króla). Ludzie tych i innych uniwersytetów walczyli nie tylko o swoje wolności w zakresie programów kształcenia i prowadzenia badań, ale także pobierania opłat za studia, wynagradzania profesorów, ustalenia czynszów, a nawet cen żywności (w tych ostatnich przypadkach „uniwersytety walczyły również z władzami municypalnymi”). Walczyły i niejedno wywalczyły, żeby tytułem przykładu przywołać pozbawienie w 1213 roku na uniwersytecie paryskim kanclerza (był on desygnowany przez miejscowego biskupa) prawa do udzielania licencji, tj. zezwolenia na nauczanie.

Uniwersytety, wychodząc z tych walk zwycięsko, stopniowo umacniały swoje wolności, rozumiane jak „uprawnienia do…”. Przynajmniej do pewnego czasu przynosiło to dobre efekty, a nawet sprawiło, że niektóre z nich stawały się swoistymi świątyniami wiedzy i dzieliły się nią ze wszystkimi, którzy pukali do ich bram. Stosunkowo wcześnie pojawiły się jednak również negatywne strony wywalczonych wolności. Le Goff pisze, że profesorowie uniwersytetów w wieku XIV i XV „z coraz większą chciwością żądali od studentów opłat za naukę”, co sprawiało, że „przestali napływać na uniwersytety ubodzy studenci”. Prawdziwy jednak upadek przeżywały one w XVIII stuleciu; nie tylko zresztą w Europie kontynentalnej, lecz także na Wyspach Brytyjskich. Okazało się bowiem wówczas, że najpoważniejszym zagrożeniem dla uniwersytetów nie są siły zewnętrzne, lecz wewnętrzne, w tym ta część profesury, która bogato wyposażona w wolności „w swoim sumieniu rozgrzeszała się z trudu czytania, myślenia i pisania” oraz wykładania i egzaminowania, a swój czas wypełniała plotkami i „pijaństwem na umór” (to opinia ówczesnego absolwenta Oksfordu Edwarda Gibbona). W drugiej połowie XIX stulecia w wielu krajach zachodnich uczelnie wprowadziły reformy, dzięki którym nie tylko kadra zmuszona była poważniej podchodzić do swoich obowiązków, ale zaczęto je w jakiejś mierze egzekwować także od studentów.

Zapatrzenie w Amerykę

Nie jest to wprawdzie to samo zapatrzenie w Amerykę, które miało miejsce w minionych stuleciach i które sprawiło, że ze Starego do Nowego Świata zaczęły napływać liczne grupy poszukujące lepszych warunków do życia, jednak pozostało z niego m.in. przekonanie, że stanowi ona oazę wolności i otwartych możliwości. Co więcej, traktowana jest niejednokrotnie jako wzorzec do naśladowania i upowszechniania w innych częściach świata. Dotyczy to również amerykańskich uczelni.

Rzecz jasna, zarówno w przeszłości, jak i obecnie, amerykańska rzeczywistość okazywała się i okazuje daleka od wyidealizowanego obrazu i rodzi nie tylko rozczarowanie, lecz także kontestację. Pojawia się ona m.in. na kartach książki Allana Blooma pt. Umysł zamknięty. W jej podtytule stwierdza się, że „amerykańskie szkolnictwo wyższe zawiodło demokrację i zubożyło dusze dzisiejszych studentów”, natomiast na wielu stronach wykazuje się, na czym to „zubożenie” polega (i przy okazji idealizuje szkolnictwo wyższe Francji czy Wielkiej Brytanii).

Również inni znawcy realiów amerykańskiego szkolnictwa wyższego wyrażają swoje wątpliwości co do doskonałości amerykańskich rozwiązań. Wskazuje na nich m.in. Zbyszko Melosik, autor książki Uniwersytet i społeczeństwo. „Dyskursy wolności, wiedzy i władzy”, o których się mówi w jej podtytule, dotyczą zarówno procedur awansu akademickiego, jak i relacji uczelni z otoczeniem społecznym (w szczególności komercjalizacji edukacji akademickiej oraz prowadzonych badań naukowych i ich wyników). Jednym z generalizujących wniosków pojawiających się na kartach tej książki jest stwierdzenie, że „uniwersytet staje się zaledwie jedną z wielu instytucji społecznych, a jego działania postrzegane są w kategoriach dostarczania usług i produktów”. Można zapytać: co w tym złego? Odpowiedź na to pytanie znajduje się również w tej książce.

W opinii Roberta Wintera „nauczyciel akademicki przestaje być mistrzem czy mędrcem” i staje się „prostym przekaźnikiem pożądanej wiedzy i kompetencji”, a osiągnięcia uczonych oceniane przestają być w kategoriach obiektywnej wiedzy i stają się „towarem” ocenianym w kategoriach rynkowych. Nawet w takich realiach można znaleźć jakieś wolności, tyle tylko że mają one już mało wspólnego z akademickimi wolnościami, natomiast wiele z gospodarką kapitalistyczną i z gospodarowaniem kapitałem zorientowanym na uzyskiwanie możliwie jak największego i najbardziej wymiernego zysku.

Nasuwa się pytanie: skoro z akademickimi wolnościami w Ameryce jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze, że amerykańcy uczeni notorycznie uzyskują prestiżowe nagrody i wyróżnienia za swoje osiągnięcia, a amerykańskie uczelnie od lat zajmują czołowe miejsca w różnego rodzaju rankingach? Odpowiedź nie jest trudna. Wystarczy się przyjrzeć nieco uważniej temu, jakie warunki pracy i płacy oferuje się tym uczonym, ile swobody pozostawia się im w podejmowaniu i realizowaniu problemów badawczych oraz jak wygląda swoboda na uczelniach, które zajmują czołowe miejsca. Rzecz jasna, w jednym i drugim przypadku jest to elita. Natomiast amerykańskie szkolnictwo wyższe (liczące kilka tysięcy uczelni) i zatrudnieni na nich wykładowcy w swojej zdecydowanej większości nie tylko nie prowadzą badań na światowym poziomie, ale nawet się od nich tego specjalnie nie oczekuje.

Można dyskutować, czy akademickie wolności są jedynie dla akademickiej elity, czy również dla tych, którzy w sztuce prowadzenia badań naukowych na wysokim poziomie są jedynie statystami. Swój głos w dyskusji ograniczę do stwierdzenia, że na akademickie wolności trzeba sobie zasłużyć wieloletnią i efektywną pracą i nie powinni na nie liczyć ci, którzy do wypełniania zawodowych obowiązków się nie przykładają.

Krajowe realia

Dzisiejsze realia akademickie w Polsce pod niejednym względem różnią się od tych sprzed kilkadziesięciu lat temu. Sporo jednak z nich pozostało w myśleniu różnych grup społecznych z okresu, kiedy lud pracujący miast i wsi budował „świetlaną” przyszłość, a ci, którzy go nie wspierali lub – co gorsza – utrudniali mu realizację tego zadania, zaliczani byli do wrogów. W tym gronie znalazła się m.in. część społeczności akademickiej, która miała odwagę dopominać się o swoje wolności. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych minionego stulecia była to grupa uniwersyteckich profesorów. Natomiast w 1968 roku była to już znacznie liczniejsza grupa studentów, którzy zapisali w najnowszej historii Polski kartę pt. „wydarzenia marcowe”.

Wielką batalię o autentyczne wolności (nie tylko zresztą akademickie) zapoczątkowały jednak dopiero wydarzenia sierpniowe 1980 roku na wybrzeżu. Na uczelniach nie przebiegały one aż tak dramatycznie, jak w przypadku wystąpień robotniczych, jednak ich następstwa odczuli boleśnie nie tylko tzw. docenci marcowi (osoby zawdzięczające swoją pozycję akademicką nie tyle osiągnięciom naukowym, ile ideowym), ale także Bogu ducha winna część kadry, którą skusiły uczelniane posady rektorów, dziekanów i kierowników innych jednostek organizacyjnych. Doszło bowiem wówczas do generalnej wymiany władz, a przy wyborze nowych kierowano się zasadą: im jakaś część społeczności akademickiej jest liczniejsza, tym ma większy wpływ na realia akademickie. Taką grupę stanowili nie tylko studenci, ale także pracownicy uczelni, którzy zorganizowali się w nowe związki zawodowe i ich głos w niejednym przypadku miał istotny wpływ na to, kogo powoływano na uczelniane urzędy. Miało to wprawdzie sporo wspólnego z demokracją, jednak nie za wiele z akademickimi wolnościami, które przez wieki broniły uczelni przed zależnością nie tylko od polityków i Kościoła, ale także od korporacji zawodowych, które kierowały się przede wszystkim swoim materialnym interesem.

Rzecz nie w tym, że mam zasadnicze zastrzeżenia do zasad demokratycznego życia społecznego, lecz w tym, że na pierwszym miejscu stawia się w nich zasadę równości, a społeczność akademicka nie była i nie jest wspólnotą osób równych, zarówno w zakresie kompetencji i umiejętności jej członków, jak też osiągnięć naukowych i dydaktycznych.

Dzisiaj po szalejącej na początku lat osiemdziesiątych minionego stulecia uczelnianej demokracji pozostały wspomnienia, ale i uprawnienia, jak np. obecność przedstawicieli związków zawodowych w uczelnianych gremiach przedstawicielskich i doradczych oraz ich występowanie z głosem doradczym lub opiniującym przy omawianiu spraw pracowniczych czy przyjmowaniu nowych rozwiązań organizacyjnych. Nie inaczej jest z przedstawicielami studentów w tych gremiach. Wprawdzie obecnie stanowią oni 20% składu, jednak w niejednym przypadku ich głos jest rozstrzygający „za” lub „przeciw”; rzecz jasna, byłoby dobrze, aby był to głos rozsądku.

Stosunkowo liczne obawy wyrażane są obecnie również w związku z zapisami Ustawy 2.0, które oznaczają wyraźne wzmocnienie uprawnień rektora. Nie można powiedzieć, że wraca „stare”, bowiem w okresie przewagi ideologii nad zdrowym rozsądkiem rektor miał wprawdzie sporą władzę nad podległą mu społecznością uczelnianą, ale zależny był nie tylko od ministra, który powoływał go na urząd (i mógł go jednym pociągnięciem pióra odwołać), ale także od partii, która była przekonana, że wie najlepiej, jak urząd powinien być sprawowany. Nowe regulacje prawne nie sprawiają, iż rektorzy będą się rozliczać ze swoich poczynań jedynie przed ministrem i własnym sumieniem. Sprawiają one jednak, że zarówno przy podejmowaniu przez nich określonych decyzji, jak i rozliczaniu z ich efektów ograniczona została rola tradycyjnych gremiów uczelnianych (takich np. jak rady wydziałów). Wprawdzie pojawił się na uczelniach nowy organ opiniodawczy, tj. rada uczelni, ale ma ona dosyć mocno ograniczone uprawnienia. Podobnie zresztą jest z powoływanymi na uczelniach (niekiedy dosyć licznie) innego rodzaju radami. Nie chciałbym już dzisiaj twierdzić, że będą one miały jedynie dekoracyjny charakter. Takie niebezpieczeństwo będzie jednak istniało dopóty, dopóki ich opinie nie nabiorą mocy wiążącej dla rektora.

Tak czy inaczej już w pierwszym roku obowiązywania Ustawy 2.0 szerokie uprawnienia rektora wywołują „iskrzenie” w środowisku uczelnianym. Trudno się zresztą temu dziwić, bowiem mało kto skłonny jest oddać bez walki swoje wolności.

Wróć