logo
FA 12/2021 30 lat FNP

Rozmowa z prof. Maciejem Żyliczem, biologiem i fizykiem, prezesem Fundacji na rzecz Nauki Polskiej

Dzięki uczonym Fundacja staje się lepsza

Dzięki uczonym Fundacja staje się lepsza 1

Prof. Maciej Żylicz (ur. w 1953 r.) studiował fizykę i biologię na Uniwersytecie Gdańskim. Habilitację i tytuł profesora uzyskał z zakresu biologii molekularnej i biochemii. W latach 1980-1999 nauczyciel akademicki UG (w latach 1990-1993 prorektor ds. nauki UG), a w latach 1999-2005 – UW. W latach 1999-2016 pracownik naukowy Międzynarodowego Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie. Od 2005 r. jest prezesem Zarządu Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Jego prace naukowe z zakresu białek szoku termicznego są szeroko cytowane (24 prace cytowane powyżej 100 razy). Wyizolował i opisał pod względem biochemicznym pierwsze białka szoku termicznego, wykazał ich udział w replikacji DNA oraz wraz z współpracownikami opisał ich rolę opiekuńczą w dysocjacji agregatów białkowych, zwijaniu się i degradacji białek. Odkrył ich udział w transformacji nowotworowej. Jego ostatnie badania mogą mieć implikacje kliniczne. Członek wielu krajowych i zagranicznych akademii nauk, w tym PAN i PAU, laureat licznych nagród naukowych (w tym Nagrody FNP w 1999 r.). Doktor honoris causa UWr., UG i UJ. Fot, FNP

Jesteśmy małą organizacją, która może na niewielką skalę przetestować pewne pomysły, a potem mogą je kontynuować instytucje większe i dysponujące znacznie poważniejszymi niż my środkami.

Fundacja, która dziś ma trzydzieści lat i wydaje się kwitnąć, na początku działalności zaliczyła jednak wpadkę inwestycyjną.

Przede wszystkim, na samym początku, zarówno cele, jak i status instytucjonalny Fundacji nie były jasno sprecyzowane. To był właściwie nieformalny departament w Ministerstwie Nauki, nawet kierowali nią jego przedstawiciele. W tamtym czasie działano trochę po omacku: realizowano programy, które nie miały wiele wspólnego ze wspieraniem nauki, np. finansowano zakup karetek dla szpitali dziecięcych, rzeczywiście popełniono też błędy w zarządzaniu działalnością inwestycyjną. W pierwszym roku działalności Fundacji uruchomiono Program Pożyczki, który nawiązywał do koncepcji „banku nauki”. Pożyczki miały wspierać jednostki naukowe w procesie komercjalizacji. Program był oparty na nierealistycznych i nierynkowych założeniach. Pamiętajmy, że mówimy o wczesnych latach 90., kiedy wszyscy uczyliśmy się nowej rzeczywistości. Rynek finansowy w Polsce dopiero się rodził, a urzędnicy nie mieli żadnego praktycznego przygotowania do inwestowania. Mówiąc krótko, trzeba było szybko – i notabene zgodnie z rekomendacjami NIK-u – uniezależnić Fundację od ministerstwa. Zaczął to robić profesor Maciej W. Grabski, prezes FNP w latach 1992-2005, a ja dokończyłem. Kiedy Fundacją zaczął kierować prof. Grabski, rozpoczął się proces definiowania misji Fundacji, tworzenia standardów jej działania, którym jesteśmy wierni do dziś.

Co się stało z kapitałem założycielskim Fundacji pochodzącym z likwidowanego Centralnego Funduszu Rozwoju Nauki i Techniki? Jak wygląda dziś finansowanie nauki przez FNP?

Decyzją Sejmu w 1991 r. FNP dostała 95 mln zł (to wartość po denominacji z 1995 r.; faktycznie FNP otrzymała 950 mld zł – red.) jako fundusz założycielski. Ponad 10 lat później, w latach 2003-2004, z budżetu państwa przekazano jej jeszcze ok. 51 mln zł z prywatyzacji spółek skarbu państwa. Środki te Fundacja lokowała na rynkach finansowych, pomnażając je i z zysków finansując działalność statutową. To dość popularny sposób funkcjonowania fundacji na świecie, w Polsce – prawie nieobecny. Jak to zadziałało, najlepiej pokazują liczby: w ciągu 30 lat FNP przekazała ze środków własnych na wspieranie nauki w Polsce ponad 521 mln zł. Dzisiaj wartość naszego majątku przekracza 300 mln zł. Pomnożyliśmy zatem kapitał założycielski wielokrotnie, dzięki czemu nasi laureaci łącznie otrzymali już wielokrotnie więcej niż Fundacja na swoim starcie. W ostatnich latach osiąganie zysków poprzez bezpieczne inwestycje na rynkach finansowych stało się jednak bardzo trudne.

Czy pomnażanie kapitału jest nadal możliwe?

Owszem, ale musimy szukać równowagi pomiędzy potencjalnymi zyskami a akceptowalnym dla Fundacji poziomem ryzyka. Cykle inwestycyjne uległy w ostatniej dekadzie znacznemu skróceniu, a tzw. bezpieczne inwestycje od dłuższego już czasu nie pokonują inflacji. Dlatego w aktywny sposób poszukujemy nowych możliwości inwestycyjnych. W ostatnim czasie to m.in. inwestycje w start-upy, za pośrednictwem już istniejących funduszy venture capital, w tym szczególnie w spółki wykorzystujące innowacyjne wyniki badań naukowych. Podejmujemy większe ryzyko finansowe, ale w ten sposób realizujemy jednocześnie jeden ze statutowych celów Fundacji: wspieramy transfer nauki do gospodarki, a nawet szerzej – transfer wiedzy i technologii do społeczeństwa.

W pewnym momencie w działalności FNP pojawiły się środki europejskie.

Po wejściu Polski do Unii Europejskiej zaproponowano nam uczestnictwo w dystrybucji funduszy strukturalnych. Od 2008 roku realizowaliśmy Program Operacyjny Innowacyjna Gospodarka, a od 2015 – Program Operacyjny Inteligentny Rozwój. To spowodowało, że budżet Fundacji na wspomaganie nauki w Polsce wyraźnie wzrósł. W zeszłym roku na programy wsparcia nauki wydaliśmy ok. 260 mln zł, z czego niecałe 6 mln zł pochodziło ze środków własnych FNP, reszta ze środków europejskich. Operowanie pieniędzmi z programów ramowych wiąże się też dla nas z dodatkowymi kosztami. Wymaga od nas dodania pieniędzy do tzw. pomocy technicznej. Co roku, żeby ten system mógł działać, żebyśmy mogli przekazywać te setki milionów złotych na badania naukowe prowadzone w Polsce, musimy dopłacić 2-2,7 mln zł z własnych funduszy. Pamiętam sytuację, kiedy staraliśmy się o pieniądze unijne. Jeden z ministrów powiedział mi wtedy: nie dopuszczę do tego, żeby Fundacja zarabiała na środkach unijnych. Prawda jest taka, że nie tylko na nich nie zarabiamy, ale co roku dokładamy własne pieniądze, żeby móc realizować programy finansowane ze środków strukturalnych.

Czy są realne wpływy z odpisów jednego procenta podatku dochodowego od osób fizycznych?

Na początku, kiedy jako organizacja pożytku publicznego zaczęliśmy otrzymywać odpisy 1%, to były kwoty rzędu 30-50 tys. złotych rocznie. W tej chwili jest to około 70-80 tys. zł, czyli nie są to kwoty wysokie w porównaniu do naszych wydatków programowych. Ale dla nas mają one bardzo duże znaczenie, bo pokazują wsparcie społeczeństwa dla naszych działań. Pozyskujemy też darowizny od indywidualnych darczyńców i firm. W 2019 roku zebraliśmy w ten sposób przeszło milion złotych. Warto wspomnieć, że dopiero od niedawna bardziej aktywnie prowadzimy te zbiórki i wciąż dyskutujemy, jak to robić. Mamy świadomość, że zbierając środki na finansowanie stypendiów START dla najmłodszych naukowców, różnimy się od fundacji, które zbierają pieniądze na przykład na ciężko chore dzieci. Uważamy, że nie powinniśmy przekraczać pewnej psychologicznej bariery, bo tamte fundacje mają pierwszeństwo, jeśli chodzi o zbiórkę społeczną. Chcielibyśmy natomiast docierać do tych osób, przedsiębiorców czy instytucji, które chcą się angażować we wspieranie nauki w Polsce i uważają, że to też jest ważny społecznie cel.

Działalność Fundacji się zmieniała. Gdy już opracowała własny system wspierania nauki, wpierw inwestowano w aparaturę, której wówczas bardzo w polskich laboratoriach brakowało. Potem, po negatywnych doświadczeniach, o których niegdyś opowiadał mi prof. Maciej Grabski, postanowiono wspierać przede wszystkim ludzi. Jak wygląda polityka wspierania nauki przez FNP w obliczu ograniczeń formalnych, jakie narzucają środki europejskie?

Rzeczywiście, przez pierwsze półtora roku istnienia Fundacji nie bardzo wiedziano, na czym powinna polegać jej działalność. Potem prof. Grabski, wraz ze swoimi współpracownikami, zwłaszcza z wiceprezesem prof. Marianem Grynbergiem i z ówczesną Radą Fundacji, stworzyli program wspierania nauki, który w kolejnych latach naturalnie ewoluował wskutek zmian w polskim systemie nauki, możliwości Fundacji, otoczenia prawnego. Nową możliwość niewątpliwie stworzyło wejście do Unii Europejskiej. Po zaspokojeniu wielkich potrzeb aparaturowych i infrastrukturalnych po czasach PRL, Fundacja przekierowała energię na inwestowanie w ludzi uprawiających naukę w Polsce i różne cele z tym związane: przyspieszanie uzyskiwania samodzielności naukowej przez młodych badaczy, umożliwienie im tworzenia własnych zespołów, ułatwianie powrotów do Polski zdolnym ludziom, którzy wyjechali za granicę, tworzenie atrakcyjnych i konkurencyjnych rynkowo miejsc pracy w nauce, umiędzynarodowienie nauki w Polsce.

Poza tym pewne idee i programy Fundacji przejmowały większe, finansowane z budżetu państwa instytucje: Komitet Badań Naukowych, a potem ministerstwo nauki (pod różnymi nazwami) czy Narodowe Centrum Nauki. W takich sytuacjach, aby nie dublować systemu wspierania nauki w Polsce, rezygnowaliśmy z wielu naszych programów. Zatem nasza oferta wspierania nauki cały czas się zmienia. Staramy się dopasować do sytuacji, a także szybko i w miarę naszych możliwości reagować na pojawiąjące się potrzeby naukowców. Priorytetem od dawna jest rzeczywiście, najogólniej mówiąc, inwestowanie w ludzi uprawiających w Polsce naukę, i ten kierunek działania był całkowicie zgodny z wytycznymi Unii Europejskiej.

Przypomnę hasło Fundacji: wspieramy najlepszych, by stali się jeszcze lepszymi.

Dziś już zatarło się, który z „ojców założycieli” Fundacji był autorem tego hasła, na pewno kluczowymi dla ukształtowania jej misji postaciami byli obaj prezesi: Maciej W. Grabski i Marian Grynberg, a także prof. Janusz Sławiński i prof. Henryk Samsonowicz, zasiadający w Radzie FNP. W każdym razie od trzydziestu lat kierujemy nasze programy do najlepszych, niezależnie od ich narodowości, byleby swoje pasje badawcze realizowali w Polsce. Uważam, że to hasło trafnie oddaje misję Fundacji i pozostaje wciąż aktualne.

Jaka jest rola Rady Fundacji, prócz tego, że jest ona jury najbardziej prestiżowego konkursu FNP?

Rzeczywiście pełni ona rolę jury Nagrody Fundacji, a także dyskutuje i zatwierdza listę laureatów programu START. Przede wszystkim jednak pełni rolę rady nadzorczej. Zatwierdza roczne sprawozdania zarządu. Wspólnie dyskutujemy nad strategiami i programami działania Fundacji, w tym nad każdym nowym projektowanym programem. Konsultujemy z radą kluczowe decyzje dotyczące działalności Fundacji, natomiast wszystkie elementy należące do nadzoru nad Fundacją leżą w kompetencjach rady. To ona wybiera prezesa Fundacji, a następnie głosuje nad zaproponowanymi przez niego wiceprezesami. Może też, w przypadku nieprzyjęcia sprawozdania zarządu za dany rok, odwołać z funkcji prezesa i nominować jego następcę.

Ale to się nigdy nie zdarzyło.

Nie, ale taka możliwość „wisi” nad każdym prezesem. To na pewno gasi ewentualne zapędy zarządu do zbyt samowolnych działań. Jednak chodzi nie tylko o zabezpieczenie się, ale także o odpowiedzialność za decyzje. Ufamy, a wieloletnie doświadczenie to potwierdza, że Radę Fundacji tworzą mądrzy ludzie o różnorodnych kompetencjach, na których opinii można polegać.

Proszę przybliżyć zasady powoływania członków i konstytuowania się rady.

Rada wybiera nowych członków zgodnie z procedurą opisaną w statucie FNP i ze swego grona wybiera przewodniczącego. Członkiem rady można być najwyżej przez dwie czteroletnie kadencje. Wymogiem formalnym jest posiadanie tytułu naukowego profesora. Członkowie rady są dobierani tak, aby reprezentowali różne obszary wiedzy.

Zarząd FNP nie ma nic do rady?

Statut FNP wyraźnie rozdziela kompetencje tych dwóch organów. Rada nadzoruje działalność Fundacji, zarząd nią zarządza. Staramy się wzajemnie wspierać i blisko współpracujemy, natomiast na pewno zarząd nie wpływa na skład i decyzje rady.

W Zarządzie FNP mamy przedstawicieli dwóch różnych obszarów nauki: biologa i literaturoznawcę oraz fachowca od finansów.

Rzeczywiście, choć nasz „minister finansów”, Tomasz Perkowski, jest doktorem nauk rolniczych, a inwestowaniem zainteresował się dopiero podczas studiów MBA. Decyzje podejmujemy wspólnie, ale każdy z nas ma trochę inny zakres obowiązków. Ja zajmuję się działalnością programową Fundacji w szerokim zakresie, wiceprezes prof. Włodzimierz Bolecki, jest odpowiedzialny za obszar programowy skierowany do humanistyki i nauk społecznych.

Mimo zmienności programów Fundacji mamy dwa najstarsze, które są niemal jej równolatkami: Nagrody FNP oraz START, który pierwotnie nosił nazwę Stypendia dla młodych naukowców, a także Monografie FNP, który jest raptem dwa lata młodszy.

Mimo długiego trwania tych programów, trzeba zauważyć, że wszystkie one podlegały pewnym zmianom w czasie. Obecnie dyskutujemy z radą nad programem stypendialnym START, wiedząc, że np. w programie stypendialnym Ministerstwa Nauki młodzi ludzie mogą dostać dużo większe pieniądze niż od nas. Zastanawiamy się, co wobec tego powinniśmy zrobić, żeby nasze stypendia pozostały atrakcyjne i nadal cieszyły się prestiżem. Nasi stypendyści mogą w ramach programu wyjeżdżać za granicę na rekonesans naukowy, a dodatkowo chcemy wprowadzić mentoring połączony z wyjazdem zagranicznym. Modyfikujemy ofertę z myślą o stworzeniu zdolnym naukowcom na początku kariery jak najlepszych warunków do tego, by w roku pobierania stypendium mogli się rozwinąć naukowo. Zmieniamy te programy, choć ich cel się nie zmienia.

Podobnie korektom, nieznacznym co prawda, podlegają zasady przyznawania Nagród Fundacji. Stałym tematem dyskutowanym w radzie jest problem, na ile indywidualne dzieło wyróżnione nagrodą powinno być wykonane w Polsce. Na przykład fizycy teoretycy zwracają nam uwagę, że najważniejsze odkrycia mogą powstać choćby w pociągu, w czasie podróży z Wiednia do Krakowa. Niedawno Rada Fundacji zmieniła zapis regulaminu, wymagając spełnienia co najmniej jednego z warunków: dokonania osiągnięcia w Polsce, udokumentowania go publikacjami afiliowanymi przy polskiej jednostce naukowej lub warunku, by dotyczyło ono problematyki polskiej.

Program Monografie FNP także bardzo się zmienił przez 25 lat, m.in. poszerzyliśmy skład Rady Wydawniczej pełniącej rolę jury w tym konkursie, wprowadziliśmy ofertę związaną z ułatwianiem autorom publikowania monografii za granicą: dodatkowy konkurs na tłumaczenia książek oraz na adjustację prac przetłumaczonych na języki obce. Mamy nadzieję, że to pomaga otwierać polską humanistykę na świat. Każda książka ukazuje się także w formie e-booka, a starsze tytuły są dostępne w ramach Open Access na stronie poświęconej serii Monografie FNP w formie PDF (więcej na temat programu Monografie FNP w rozmowie z prof. Włodzimierzem Boleckim na str. 30).

Prawie trzydzieści lat temu podzieliliście obszary przyznawania nagrody tak, jak wiele lat później podzieliła naukę Europejska Rada Badań Naukowych.

Od początku Nagroda FNP była przyznawana w czterech „domenach” naukowych. Ich zakres i nazewnictwo zmieniało się jednak w czasie. Dzisiejszy podział nie został wzięty „spod dużego palca”. Zrobiliśmy mapę współpracy w Polsce w ramach realizowanych przez FNP programów. Zobaczyliśmy, jak ze sobą współpracują różne przestrzenie nauki. I tak wyznaczyliśmy te obszary – one wynikają z obserwacji rzeczywistości, nie zostały wymyślone a priori. Podobne ćwiczenie wykonała pewnie potem ERC i wnioski musiały być podobne.

Uniwersytet Wrocławski chce z Fundacją konkurować wysokością Nagrody Naukowej im. Heisiga.

Nie konkurujemy z Uniwersytetem Wrocławskim. Przyznawane w czterech obszarach Nagrody FNP rozdajemy w tym roku po raz trzydziesty, a od 2007 r. wysokość nagrody dla jednego laureata wynosi 200 tysięcy złotych, tyle samo co przyznanej w tym roku po raz pierwszy przez Uniwersytet Wrocławski nagrody Heisiga. Gratuluję Uniwersytetowi Wrocławskiemu tej inicjatywy i mam nadzieję, że podobne działania wspierające wybitnych naukowców i finansowane z prywatnych środków będą podejmowane też w innych uczelniach w Polsce.

Chciałbym podkreślić inspirującą rolę Fundacji. Inspirowała ona szereg rozwiązań w zakresie finansowania nauki, testowała je u siebie, nie tylko w sensie ogólnym, czyli konkursowego podejścia i niezależnych ekspertów, ale nawet konkretnych programów, które z czasem pojawiły się w ofertach instytucji państwowych, jak ministerstwo, Narodowe Centrum Nauki czy NAWA.

Jednym z pierwszych programów, które jako nowy prezes FNP wprowadziłem w 2005 roku, był Focus. Nie mieliśmy wtedy dużego budżetu na realizację, ale chcieliśmy stworzyć młodym ludziom szansę na utworzenie pierwszych własnych zespołów naukowych. To był strzał w dziesiątkę. Później, korzystając już z funduszy europejskich, kontynuowaliśmy ten program jako First Team, a w przyszłej perspektywie finansowej młodzi badacze tworzący własne zespoły także będą mogli korzystać ze wsparcia Fundacji w ramach programu Team. W międzyczasie powstało Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które było zainteresowane podobną działalnością. Po zapoznaniu się z naszą dokumentacją dotyczącą Focusa NCBR stworzyło program Lider, który do dziś z powodzeniem działa. Jesteśmy małą organizacją, która może na niewielką skalę przetestować pewne pomysły, a potem mogą je kontynuować instytucje większe i dysponujące znacznie poważniejszymi niż my środkami. Zrezygnowaliśmy z programu Mistrz, gdy NCN wprowadziło bardzo podobny program Maestro. Takich przykładów jest więcej. Nie możemy konkurować z instytucjami budżetowymi. Naszym zadaniem jest pokazywanie nowych obszarów i projektów nowych działań. Nasze stypendia zagraniczne Kolumb, wprowadzone w 1995 r. i cieszące się wielkim powodzeniem, zainteresowały Ministerstwo Nauki, które stworzyło podobny program. Teraz NAWA kontynuuje te chlubne tradycje. Cieszymy się, że ktoś chce te programy kontynuować. Dla środowiska naukowego to jest najważniejsze.

Coraz częściej w nauce mówi się o ważnej roli nie tylko instytucji, ale konkretnych liderów i zespołów naukowych. Fundacja miała tu coś do powiedzenia właśnie jako prekursor takiego podejścia do finansowania badań.

W okresie słusznie minionym ważne były instytucje. W Fundacji uważamy, że to dzięki wspaniałym uczonym i ich zespołom instytucja staje się lepsza. Dlatego tworzymy programy wspomagania pracy wybitnych uczonych, na każdym etapie drogi naukowej. Wypracowaliśmy metody ich identyfikacji. W tego rodzaju programach, polegających m.in. na tworzeniu zespołów naukowych przez wybitnych liderów, oprócz badaczy z kraju, mogą brać udział naukowcy z zagranicy, o ile zechcą pracować w Polsce. To była ważna modyfikacja. Zobaczyliśmy siłę tych programów. Okazało się, że jeden człowiek może zmienić całą instytucję. Tak się stało np. w jednym z instytutów PAN, do którego trafił laureat naszego programu Homing. On zupełnie zmienił instytut, postawił go na nogi, przyczynił się do podniesienia jego kategorii naukowej.

Oczywiście tego rodzaju programy – ściągania ludzi z zagranicy do pracy w Polsce, z myślą o pozostaniu tu na stale – realizuje teraz NAWA. Czy rozmawiał pan z badaczami, którzy przyjechali do Polski dzięki takiemu programowi, ale realia działania w polskiej instytucji naukowej sprawiły, że wrócili lub poszukują drogi powrotu za granicę?

Polskie realia są trudne i wcale się nie dziwię tym, którzy się zniechęcili. Fundacja cyklicznie przeprowadza badania na temat barier w pracy naukowej, z trudnościami spotykamy się też przy codziennej realizacji naszych programów, realizowanych przecież w polskich jednostkach badawczych. Jednak, o czym wspominałem, są osoby, którym mimo tych trudności udało się zainstalować tu na stałe, dobrze się czują, współpracują z nami, korzystają z polskiego systemu grantowego. Staramy się poprzez nasze programy zmieniać kulturę jakości w polskiej nauce. Myślę, że mamy już, na razie nieliczne, świetne instytucje, nieodbiegające od światowych standardów, oraz większość, w których jest jeszcze dużo do zrobienia. Od powrotu ze Stanów Zjednoczonych, gdzie przepracowałem kilka lat, próbuję robić coś w tym kierunku, na razie z ograniczonym skutkiem. Natomiast nasze działania i działania NAWA bardzo dobrze się uzupełniają. NAWA zachęca do przyjazdu do Polski i przyznaje personalne wsparcie dla osób, które zdecydują się na taki krok. My, poprzez granty badawcze, pomagamy im rozwinąć działalność naukową.

Postawię tezę, że przez granty FNP można budować karierę naukową, począwszy od stypendium dla młodych naukowców, przez inne granty – stosownie do potrzeb konkretnego badacza – a skończywszy na Nagrodzie FNP.

Pracując na amerykańskich uniwersytetach, widziałem, jak absolwenci pomagają im, by stawały się jeszcze lepsze. Siłą Fundacji są jej beneficjenci. Gdy mam problem, którego nie potrafię rozwiązać, dzwonię do laureata Nagrody FNP i pytam go o zdanie. Jeżeli mamy problem z wyznaczeniem recenzenta, dzwonimy do naszych beneficjentów. I to działa. Przez te szesnaście lat kierowania Fundacją nikt mi nie odmówił tego rodzaju pomocy. Są badacze, którzy faktycznie przeszli przez wiele form wsparcia Fundacji, zaczynając od stypendium START, przez inne programy, aż po Nagrodę FNP, ale czasami także przez angażowanie się w ocenę wniosków grantowych czy pracę w Radzie FNP. Staramy się utrzymywać kontakty z beneficjentami naszych programów, a oni pokazują w swoich naukowych życiorysach znaczenie grantów Fundacji, przysyłają do nas swoich uczniów. Są profesorowie, którzy pamiętają, jak ważny w ich rozwoju naukowym był program START, dlatego teraz nam pomagają. Nie musimy pokazywać Fundacji, żeby promować jej działalność, ale musimy pokazywać naszych beneficjentów, pokazywać ich sukcesy. To są także nasze sukcesy.

Można mówić o środowisku czy społeczności naukowej FNP?

Na pewno coś takiego jest. Poza tymi nieformalnymi relacjami wiele lat temu powstał też Klub Stypendystów FNP, na początku składający się ze stypendystów programu Kolumb, którzy po powrocie ze staży podoktorskich za granicą mogli utrzymywać ze sobą kontakt i wspierać się wzajemnie, a z czasem poszerzony o laureatów innych programów Fundacji. Bardzo wspieramy tą działalność.

Mówi się o kryzysie recenzowania, a pan wspominał o tym już kilka lat temu. Jak sobie radzicie z tym problemem w FNP?

Środowisko polskie, wbrew pozorom, jest bardzo małe, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę poszczególne dyscypliny, gdzie wszyscy się znają, istnieją sieci wzajemnych powiazań naukowych i towarzyskich. Idea powoływania recenzentów zagranicznych powstała nie dlatego, że Polacy nie potrafią pisać rzetelnych recenzji, że im nie wierzymy, ale dlatego, że nie chcemy ich stawiać w sytuacji konfliktu interesów. Ufamy laureatom naszych programów, ale nie możemy ich narażać na tego rodzaju sytuację. Dopóki nie byliśmy instytucją wdrażającą programy unijne, prawie wszyscy współpracujący z nami recenzenci byli spoza kraju. Później, ze względu na obowiązujące procedury realizacji programów finansowanych z funduszy UE i konieczność używania języka polskiego (co w przypadku nauki jest absurdalnym wymogiem), zaczęliśmy w szerszym zakresie korzystać z opinii naukowców polskiego pochodzenia, pracujących poza krajem.

Zasadą jest ocena ekspercka. Jak to się udaje robić i czy można taką praktykę wdrożyć w całej polskiej nauce?

W tej chwili baza współpracujących z nami ekspertów liczy ok. 6800 osób, głównie z zagranicy. NCN stosuje podobną praktykę. Zatem, jak się okazuje, można w sporym obszarze polskiego systemu finansowania badań naukowych wdrożyć metodę oceny eksperckiej. Najtrudniej jest wejść w nasz system. Zagraniczni badacze często wcześniej nie słyszeli o Fundacji. Jednak, gdy już rozpoczną współpracę z nami, potem zazwyczaj ją kontynuują. Oczywiście, zdarzają się błędy w ocenie ekspertów. To normalne. Gdy otrzymujemy skrajnie rozbieżne oceny tego samego wniosku, przekazujemy go innemu panelowi i patrzymy na rezultat pracy drugiej grupy ekspertów. Kiedy audytor zewnętrzny powiedział nam, że musimy uśredniać wyniki takich rozbieżnych ekspertyz, nie zgodziliśmy się z tym wnioskiem. To nie na tym polega. Gdy ktoś porównuje duże liczby z małymi i nie bierze pod uwagę odchylenia standardowego, popełnia ogromny błąd. Zwróciłem na to uwagę audytorom, a oni zapytali: „a co to jest odchylenie standardowe?”. W przypadku skrajnych ocen musimy stwierdzić, skąd się biorą rozbieżności i znaleźć tę właściwą ocenę. Uśrednianie w przypadku oceny eksperckiej jest błędem i może wypaczyć końcowy wynik. System peer review polega na tym, że eksperci czytają wnioski. W Wellcome Trust czy Howard Hughes Medical Institute każdy wniosek jest czytany przez kilkunastu ekspertów. Staramy się wzorować na tych instytucjach. W przypadku oceny wniosków przesyłanych do konkursów FNP pierwszy panel składa się z 5-6 ekspertów. Potem jest trzech ekspertów zewnętrznych i następny panel wielodziedzinowy. Zatem decyzje podejmujemy na podstawie opinii ponad dziesięciu uczonych.

Czy zdarzyło się, że po upływie czasu uznał pan niektóre decyzje grantowe za błędne?

Dzięki uczonym Fundacja staje się lepsza 2

Stoją od lewej: dr Tomasz Perkowski, prof. Maciej Żylicz, prof. Włodzimierz Bolecki. Fot. FNP

Po zakończeniu realizacji programów przeprowadzamy ich zewnętrzną ewaluację, do której zapraszamy badaczy z dużym autorytetem. Ocenie poddana zostaje realizacja programu i poszczególnych grantów z konkretnych konkursów. Pierwsze pytanie, które zadajemy ekspertom, brzmi: czy znając końcowe wyniki, przyznalibyście ponownie ten grant. W przypadku POIG na kilkaset grantów zdarzył się jeden znak zapytania.

Ponad dziesięć lat temu pojawił się wielki program Międzynarodowych Agend Badawczych. Zaczął się z kłopotami – uruchomienie pierwszego MAB-u prof. Tomasza Dietla się opóźniało. Kilka lat temu pojawiły się wątpliwości dotyczące sposobu realizacji projektu prof. Agnieszki Chacińskiej. Jak pan ocenia ten program z perspektywy lat?

To od początku był program – wyzwanie. Program, który bardzo optymistycznie zakładał, że można szybko zbudować od zera centrum doskonałości na bazie ludzi, pomysłu i pieniędzy. Nie robiliśmy wcześniej czegoś takiego, a skala finansowa – bo nie tylko naukowa – przedsięwzięcia była duża. Umiemy tworzyć niewielkie zespoły naukowe, ale już budowanie większych centrów złożonych z wielu zespołów jest bardzo trudne i czasochłonne. Chcieliśmy, by te nowe centra doskonałości były całkowicie niezależne. To okazało się bardzo trudne, choć nie niemożliwe. Szybko przekonaliśmy się, że tworzenie zupełnie nowego bytu prawnego, od czego zaczął prof. Tomasz Dietl, było niezmiernie trudne. W międzyczasie zmieniło się prawo unijne i polskie, co pozwoliło, by organizacja badawcza mogła być także jednostką nieposiadającą osobowości prawnej. Prof. Dietl, który początkowo budował MAB jako fundację, zmienił formułę i przeniósł realizację programu do Instytutu Fizyki PAN, gdzie udało się uzyskać samodzielność instytucjonalną. MAB został wydzielony w strukturze organizacyjnej instytutu i miał zapewnioną autonomię w zakresie uprawiania nauki i rekrutacji współpracowników. Obecnie jest to jeden z MAB-ów najlepiej ocenianych przez zewnętrznych ekspertów. W tej chwili działa 14 MAB-ów, wśród nich są ośrodki wydzielone w strukturze uczelni, PAN, Narodowego Instytutu Badań Jądrowych, jest także po jednej fundacji i spółce z o.o. (jej właścicielem jest Sieć Badawcza Łukasiewicz). Mamy więc dużą różnorodność instytucjonalną tych centrów doskonałości. Zrobiliśmy coś, co inne kraje zrobiły kilkanaście lat wcześniej. Obecnie MAB-y są na bardzo wczesnym etapie rozwoju, niektóre z nich działają świetnie i spełniają wymogi centrów doskonałości naukowej, uprawiając badania na najwyższym poziomie (polecam lekturę wywiadów z dyrektorami tych jednostek, które ukazywały się w czerwcu i lipcu tego roku w kolejnych numerach „Polityki”). W przypadku niektórych z nich jest jeszcze za wcześnie, by przesądzić, czy doskonałość naukowa jest dla nich rzeczywiście priorytetem. Mam nadzieję, że tak. Nieliczne MAB-y mają pewne kłopoty administracyjne lub/i personalne, które staramy się rozwiązywać, bo przecież liderzy prowadzący te centra przeszli surową procedurę konkursową, zaproponowali interesujące plany badawcze. Główny problem polega na tym, że uczelnia czy instytut PAN potrafią w sensowny sposób wydać 3-4 miliony złotych w ramach 3-4-letniego grantu pozyskanego przez pracującego u nich badacza. Ale brakuje doświadczenia w sytuacjach, gdy ktoś dostaje 40 milionów na 5 lat. Pojawiają się problemy z przetargami czy mało elastycznymi procedurami obowiązującymi w uczelni bądź instytucie naukowym. System administrowania funduszami przeznaczonymi na naukę wewnątrz jednostek naukowych jest niesprawny. Ale nie uciekniemy od budowania instytucji badawczych o dużych budżetach i długim czasie trwania. Musimy się tego wspólnie nauczyć. Przyznam się, że od pewnego czasu 60% mojego czasu poświęcam MAB-om, dyskutując z naukowcami, kierownikami MAB-ów, władzami instytucji, w których działają, starając się na bieżąco rozwiązywać pojawiające się problemy.

Jak wygląda umiędzynarodowienie MAB-ów? Czy tylko z nazwy są międzynarodowe?

To wyszło znakomicie. Połowa postdoków pracujących w MAB-ach jest spoza kraju; 30% liderów to obcokrajowcy. Oznacza to, że ludzie spoza Polski są zainteresowani pracą u nas, tu widzą swoje perspektywy. Oczywiście w sytuacji pandemicznej pojawiły się problemy związane z podróżami i współpracą międzynarodową, ale to dotyczy prawie wszystkich naszych programów.

Co z MAB-ami po zakończeniu finansowania przez FNP?

Finansowanie kończy się w 2023 roku. Każdy MAB będzie mógł w 2022 roku stanąć do otwartego konkursu na powtórne uzyskanie tego samego statusu na następne 5 lat. W konkursie będziemy oceniać: nowy oryginalny program naukowy, rozliczenie finansowe z poprzednich 5 lat realizacji programu i, co najważniejsze, efekty badawcze zrealizowanego projektu. Ministerstwo Nauki zadeklarowało, że po kolejnym 5-letnim cyklu finansowanie tych centrów doskonałości przejmie budżet państwa. Poproszono nas, aby to Fundacja nadal prowadziła ten projekt. Najlepsze centra doskonałości mają więc szansę istnieć dłużej, pytanie, czy z tej szansy skorzystają.

Prowadzicie bardzo szeroką współpracę międzynarodową. Jest wiele wspólnych nagród z partnerskimi, podobnymi do FNP, instytucjami z innych krajów.

Zaczynaliśmy od wspólnych nagród i wyróżnień. Naszym pierwszym partnerem była niemiecka DFG. Tworzymy wspólne jury i razem finansujemy Nagrodę Copernicus dla dwójki współpracujących uczonych – z Polski i Niemiec. W 2019 r. ustanowiliśmy Nagrodę Polsko-Francuską, obecnie przyznawaną we współpracy z Francuską Akademią Nauk oraz z Fundacją Zaleskiego, która finansuje część nagrody po stronie francuskiej. Pracujemy nad ponownym uruchomieniem Nagrody Polsko-Amerykańskiej, poszukujemy nowego partnera z tamtej strony. W tym roku po raz ostatni przyznamy Honorowe Stypendia im. von Humboldta. Chciałbym, aby ten program przejęła od nas inna instytucja, bo Fundacja Humboldta, która jest partnerem tych stypendiów, jest bardzo zasłużona dla polskiej nauki. Jesteśmy członkiem Science Europe, europejskiej organizacji skupiającej agencje finansujące naukę.

Czy są programy, których zakończenia pan żałuje i chciałby do nich wrócić?

Chyba nie, bo programy, które uznaliśmy za wartościowe i potrzebne w tym momencie, staramy się kontynuować, a inne ważne dla nauki zostały przejęte przez inne instytucje, zatem nie ma potrzeby wracać do nich w Fundacji. Ponad dziesięć lat temu poddaliśmy naszą ofertę programową kompleksowej zewnętrznej ewaluacji, do której zaprosiliśmy ekspertów z prestiżowych zagranicznych instytucji wspierających naukę. Dowiedzieliśmy się wtedy, że mamy za bardzo rozdrobnioną strukturę, za dużo programów realizujących szczegółowe cele. Przez lata pracowaliśmy nad ich konsolidacją i mam nadzieję, że osiągnęliśmy właściwy poziom nasycenia programami.

Jakie znaczenie ma dla takiej instytucji jak FNP posiadanie własnej siedziby?

Po pierwsze prozaiczne – komfort pracy. Po drugie – miejsce na spotkania z naszymi interesariuszami, mam na myśli nie tylko spotkania biznesowe, ale przede wszystkim stworzenie przestrzeni integrującej ludzi związanych z nauką. Wreszcie siedziba jest w pewnym sensie elementem tożsamości instytucji. Organizacje budują tożsamość przez swoje miejsce. Po przeprowadzce do nowej, większej siedziby w 2014 roku zaczęliśmy organizować w niej spotkania ludzi związanych z Fundacją, mogliśmy „u siebie” świętować 25-lecie Fundacji. Niestety pandemia sprawiła, że okrągły jubileusz 30-lecia nie może się odbyć w podobny sposób, ale wierzymy, że niedługo dane nam będzie wrócić do tej formuły.

Jakie macie plany na najbliższe lata?

W tej chwili pracujemy pełną parą nad nowymi propozycjami programowymi, które chcielibyśmy realizować w rozpoczynającej się nowej perspektywie finansowej UE na lata 2021-2027. Przedstawiamy je do zatwierdzenia w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej. Wygląda na to, że nasze propozycje uzyskają akceptację i będziemy realizować m.in. nową odsłonę programu First Team dla młodych badaczy. Będziemy też kontynuować w odświeżonej wersji Team Net, czyli tworzenie konsorcjów, które będą działać w celu doprowadzenia pomysłu naukowego do komercjalizacji.

Czy nie zabieracie pola NCBR-owi?

Raczej się uzupełniamy, bo nie chodzi nam o konsorcja z przemysłem ani o udzielanie pomocy publicznej. Chcemy pokazać, że da się skomercjalizować wyniki badań siłami samej nauki, na podstawie pomysłu powstałego w laboratorium. Niektórzy wątpią w tę drogę komercjalizacji, a ja jestem przekonany, że to się da zrobić. W Team Net będziemy tworzyli konsorcja działające w zakresie tematycznym, w którym państwo chce rozbudować swoje kompetencje. Konsorcjum będzie zobowiązane powołać własną firmę, aby skomercjalizować pomysł naukowy. Największym wyzwaniem naszej nowej oferty programowej jest program Innowator 2.0, czyli budowanie start-upów na podstawie pomysłów powstałych na polskich uczelniach. Wierzymy, że można to zrobić i osiągnąć sukces. Etap przejścia od laboratorium do praktyki gospodarczej jest bardzo trudny. Depczemy tu po palcach różnym grupom interesów. Uważam, że w Polsce ta droga prawie w ogóle nie działa, poza nielicznymi wyjątkami. A może działać, bo gdzie indziej, np. w Wielkiej Brytanii czy USA, działa.

Fundacja przyjęła szereg kodeksów etycznych. Czy trzeba zasady formalizować w ten sposób, żeby działały?

Na początku 2005 roku, niedługo po tym, jak zostałem prezesem Fundacji, przeżyłem taką sytuację: zostałem poinformowany, że jeden z laureatów fabrykuje wyniki. Od razu podjąłem próbę wyjaśnienia, ale czułem, że nie ja powinienem rozstrzygać takie sprawy. Powołaliśmy niezależną komisję etyczną przy Fundacji, która w razie wątpliwości może szybko podjąć działania, rozpatrzyć sprawę, przedstawić swoje wnioski zarządowi, aby ten mógł podjąć ostateczną decyzję. Od niej zaś musi być możliwość odwołania, w naszym przypadku do Rady Fundacji. Od tamtej pory dorobiliśmy się dwóch kodeksów: dotyczącego nas samych oraz naszych beneficjentów i kandydatów biorących udział w konkursach, a także regulaminu postępowania w przypadku potencjalnego naruszenia zasad. Kodyfikacja reguł w zakresie standardów etycznych jest dziś obowiązkowym elementem działalności instytucji przyznających granty badawcze. Instytucja, która przyznaje pieniądze na badania naukowe, zyskuje ważny oręż. Na tej podstawie możemy zareagować na nieetyczne działania i np. osobie, która poważnie naruszyła nasze zasady i podważyła nasze zaufanie, odmówić przyznania jakichkolwiek grantów w przyszłości. Tak działają systemy grantowe za granicą. Oczywiście w skrajnych przypadkach, gdy przypuszczamy, że mogło dojść do naruszenia prawa, zgłaszamy sprawę do prokuratury.

Ile razy takie sytuacje miały miejsce?

Bardzo niewiele, procedurę z udziałem komisji etycznej uruchamialiśmy w ciągu ostatnich kilku lat nie więcej niż 10 razy, a jedną sprawę przekazaliśmy do prokuratury.

Czy widzi pan jakieś zagrożenia dla działalności Fundacji?

Żyjemy w niespokojnych czasach, więc skłamałbym mówiąc, że ich nie dostrzegam. Staramy się jednak koncentrować na obszarach, na które mamy wpływ i które próbujemy zmieniać na lepsze.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

Wróć