Jacek Hnidiuk

Aż dziw bierze, że książka Moniki Wiszniowskiej jest dopiero pierwsza próbą, cytując śląską badaczkę, „autorskiego, monograficznego ujęcia spuścizny autora słynnych felietonów”. Dla mnie Stefan Kisielewski to człowiek-symbol, człowiek-pomnik (chociaż w rzeczywistości nie ma nawet własnej ławeczki), ale nie wymyślę lepszego sformułowania od Jerzego Waldorffa: „Kisiel brzmi jak Wawel”. Kisielewski to przede wszystkim literat, ale też pianista, kompozytor, krytyk muzyczny, polityk, przez dekady związany ze środowiskiem „Tygodnika Powszechnego”, a jednocześnie nie pasujący do niego. Osobowość pełna sprzeczności, lecz pomimo tego niezwykle spójna, o niezachwianych poglądach i błyskotliwym intelekcie.
Wiszniowska dotyka każdej ze sztuk czy też aktywności zawodowych, którymi parał się Kisiel i chociaż miał on duże ambicje pisarskie, to żadna z jego powieści nie oparła się upływowi czasu. Jerzy Giedroyć nazwał go kiedyś „majstrem od form małych” i chociaż Kisielewski złościł się na to określenie, jednak minione dziesięciolecia wskazują, że książę z Maisons-Laffitte miał rację. Dzieła muzyczne także nie zapadły w pamięć potomnych. Po Kisielewskim pozostały felietony, o które toczył boje z cenzurą (perły przed wieprze) i w nich zawiera się cała złożoność i bogactwo zjawiska, jakim był Kisiel. I chociaż jest to forma nader szybko dezaktualizująca się, to duża ich część więcej mówi o czasach PRL i o człowieku w ogóle niż najlepsze studium socjologiczne.
W zniewolonym kraju Kisiel starał się żyć jak człowiek wolny, w komunizmie prezentował poglądy wolnorynkowe. Nie gryząc się w język ostrzegał, że upragniony Zachód może bardzo zaskoczyć klasę robotniczą, bo skończą się premie za nic. Jednocześnie jego relacje z władzą „ludową” przypominały sinusoidę: czasem nagradzany, innym razem opluwany, a nawet ciężko pobity. Jego bronią były absurd, ironia, groteska, czarny humor. I chociaż Zofia Starowieyska-Morstinowa mówiła, że „Kisiel jest pisarzem zabawnym, ale nie wesołym”, to jednak za humor (często szyderczy) ceniono go najbardziej, chyba nawet nie zdając sobie sprawy jak wielkiej odwagi cywilnej i hartu ducha wymagała od niego maska Stańczyka. Zasłynął jako autor słynnego sformułowania o „dyktaturze ciemniaków”, aforyzmów typu: „Opór bezsensowny nabiera sensu, gdy jest trwały”, ale też rzeczy lżejszych: „Żona w domu wciąż mówi i mówi”, „A o czym mówi?”, „Tego nie mówi”.
Nie sposób nie przytoczyć fragmentu jego ważnego felietonu z 1945 roku o Powstaniu Warszawskim, w którym polemizuje z kapitanem AK Wojciechem Kętrzyńskim: „Walka ta, stwierdzić to trzeba kategorycznie, przedstawiona została społeczeństwu warszawskiemu, jako krótkie i pozbawione ryzyka intermezzo, jako manifestacja naszej woli i naszej niezależności. W przeciwnym razie, gdyby społeczeństwo znało istotną stawkę tej walki – to jest całkowite zniszczenie Warszawy i śmierć setek tysięcy ludzi – dziewięć dziesiątych warszawian opowiedziałoby się przeciwko rozpoczynaniu powstania. […] Młodzież warszawska była – nie zdając sobie z tego sprawy – obojętna w stosunku do kultury polskiej, której pomnikami były warszawskie gmachy, kościoły, biblioteki, wobec zasobów materialnych, nagromadzonych w Warszawie, wobec tej sumy pracy pokoleń, jakiej wytworem była Warszawa. Młodzież nie zawahała się postawić to wszystko jako stawkę w walce, która jej miała dać za to wyładowanie niewyżytych potrzeb bohaterstwa, ofiary, walki. Walki o co? Kętrzyński definiuje to dwoma słowami: o honor i suwerenność”.
Kisiel nie obawiał się głośno wyrażać własnego zdania na każdy temat. I chociaż często jego opinie były przysłowiowym „kijem w mrowisko”, to wzbudzały intelektualny ferment i dawały asumpt do szerszej dyskusji. Książka Wiszniowskiej jest ważna i potrzebna, aby nie zgasła pamięć o Stefanie Kisielewskim.
Jacek Hnidiuk
Monika WISZNIOWSKA, „Sam sobie sterem”. O twórczości Stefana Kisielewskiego, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2025.
Wróć