Anna Grześkowiak-Krwawicz
Oj, oj, Panie Mikołaju, deklarował Pan dyscyplinę astronomia, a tu rozprawa o monecie? Nie zaliczymy Panu do dorobku…
Pozwolę sobie zacząć od pewnej baśni. Dawno dawno temu (a może i nie tak dawno), za górami za lasami (a może znacznie bliżej) żył sobie badacz, a może badaczka, płeć owej uczonej osoby nie ma tu znaczenia. Znaczenie ma fakt, że była to osoba ciekawa świata i jego zagadek w różnych ich aspektach. Nie zadowalała się utartymi ścieżkami ani granicami dyscyplin, starając się wyznaczać własne szlaki badawcze. W efekcie jej badania wywołały spore zainteresowanie nie tylko w jej rodzinnym kraju, ale także za jego granicami, czego efektem była m.in. publikacja kolejnych książek w szacownych wydawnictwach europejskich i amerykańskich. Dyrekcja instytucji, w której pracowała, życzliwie, a nawet z pewną dumą patrzyła na jej poczynania, wspierając je w miarę swoich marnych możliwości finansowych. Uczona osoba pracowała pilnie, dorzucając to i owo do istniejącej wiedzy, książek przybywało… I tak wszyscy żyli długo i szczęśliwie… Do czasu.
Bo tu niestety kończy się bajka, a zaczyna rzeczywistość polskiego życia naukowo-administracyjnego, a konkretnie parametryzacji. Oto kiedy macierzysty Instytut owej osoby (czyli mój) chciał rozliczyć jej dającą mu sporo punktów publikację, otrzymał taką oto informację z ministerstwa: „Zgłoszone do ewaluacji osiągnięcie nie wpisuje się w dyscyplinę: literaturoznawstwo. Żaden z elementów metadanych: tytuł, abstrakt, bibliografia, dostępne fragmenty udostępnione na stronie wydawnictwa nie pozwalają na pozytywną weryfikację tego, że monografia ta przynależy do obszaru dyscypliny: literaturoznawstwo. Na podstawie dostępnych danych należy przyjąć, że jest to praca historyczna”, koniec cytatu. Odnosi się on do mojej książki Power in the political discourse of the Polish-Lithuanian Commonwealth, 1569–1795, (transl. D. Sax, Brill, Leiden-Boston, 2025), i do faktu, że wykazał ją Instytut Badań Literackich, w którym pracuję od lat blisko czterdziestu. Decyzją urzędników nie mogę rozliczyć w macierzystym instytucie książki, która powstała w ramach realizowanych w nim planów badawczych, była dyskutowana z pracującymi tam kolegami, a jej fragmenty przedstawiałam publicznie jako pracownik tegoż instytutu.
Można by oczywiście wyjaśnić ministerialnym urzędnikom, co zapewne uczyni Dyrekcja IBL, że badaniami dyskursu jak najbardziej zajmuje się także literaturoznawstwo, a Orzechowski, Górnicki czy Wybicki, których dzieła są w tej książce (wśród innych) przedmiotem analizy, nie zostali jeszcze, o ile mi wiadomo, wykreśleni z listy twórców literatury polskiej. Jednak rzecz nie w tym, ale w samej zasadzie przypisywania dzieł, badaczy, instytucji do dyscyplin. W kontekście rozpaczliwych (i na razie beznadziejnych) prób walki z punktozą kwestia ta po trosze umyka, tymczasem jest to rzecz zasadnicza. Od lat zajmuję się zagadnieniami „z pogranicza” historii, filozofii, literaturoznawstwa, można by się tu dopatrzyć zresztą jeszcze paru dyscyplin. Na tym polega mój warsztat badawczy wypracowany przez lata, dzięki któremu udało mi się dostrzec parę kwestii umykających poszczególnym dyscyplinom w stanie, by tak rzec, czystym. Podejście takie nie jest w miejscu, w którym pracuję, wyjątkiem – siła naukowa IBL-u polega m.in. właśnie na otwartości zatrudnionych tam uczonych na różne dyscypliny nauki i na możliwości, jakie dają w prowadzeniu badań metody z nich zaczerpnięte.
I tu pojawia się problem „parametryczny”, by tak go nazwać i nie chodzi tu już mój jednostkowy przypadek ani nawet mego Instytutu, ale o kwestię, moim zdaniem, dla nauki polskiej fundamentalną, o fakt owego wpisywania (czy raczej usiłowania wpisania) wszelkich badań naukowych wraz z ich twórcami w ciasny gorset dyscyplin. Swego rodzaju symbolem jest tutaj zmiana dokonana swego czasu w tytulaturze profesorów. Ongiś tytuł ten otrzymywało się w danej dziedzinie nauki, obecnie określona jest także dyscyplina. A więc już nie po prostu profesor nauk humanistycznych, ale profesor tychże nauk „w dyscyplinie”: historia, filozofia, literaturoznawstwo itd. (niepotrzebne skreślić). W efekcie mamy do czynienia z kuriozalną sytuacją, kiedy niektórzy badacze starają się o tytuł w dwóch dyscyplinach (znam takie przypadki). Że profesor to przynajmniej w założeniu uczony o horyzontach szerszych niż jedna wąska dyscyplina, to pogląd naiwny i mocno passé. Że granice w naukach humanistycznych (a zapewne i w innych) są płynne, a co więcej, że należy je przekraczać – to już herezja. Jednak tytulatura, to tylko wisienka na torcie. Każdy badacz musi wszak, jak wszyscy doskonale wiemy, zadeklarować w miejscu zatrudnienia, czy jest to uczelnia, czy instytut PAN, jaką dyscyplinę reprezentuje i tylko wyniki jego badań do niej zakwalifikowane liczą się do jego dorobku przy ewaluacji instytucji, w której pracuje, a od ewaluacji zależy wszak finansowanie. Każde czasopismo naukowe ma przypisane dyscypliny, w których można wykazać zamieszczone tam publikacje, czyli ten sam tekst opublikowany w jednym czasopiśmie może być uznany np. za literaturoznawczy, ale w innym już nie. Wreszcie każda instytucja naukowa jest rozliczana nie po prostu z dorobku naukowego i osiągnięć jej pracowników, ale jedynie z tej jego części, która mieści się w przypisanej jej dyscyplinie/dyscyplinach. Co jest lub nie realizacją badań w danej dyscyplinie decydują zaś, jak widać na moim przykładzie, gremia ministerialne. Oj, oj, Panie Mikołaju, deklarował Pan dyscyplinę astronomia, a tu rozprawa o monecie? Nie zaliczymy Panu do dorobku…
W czasach, kiedy nauka światowa, a i polska, w coraz większym stopniu opiera się na badaniach interdyscyplinarnych, pozwalających dostrzec nowe aspekty i nowe ścieżki badawcze, kiedy zacierają się granice dyscyplin, kiedy zachęca się do przekraczania granic nie tylko ich, ale także dziedzin nauki, polski system oceniania instytucji naukowych działa w kierunku dokładnie przeciwnym. Polski badacz jak chłop pańszczyźniany został disciplinae adscripti i biada mu, a tym bardziej jego jednostce macierzystej, jeśli ośmieli się próbować ucieczki. W pogoń rzucą się urzędnicy i srodze ukarzą niesfornego poddanego, a jeszcze bardzie tych, którzy go wspierają.
Prof. dr hab. Anna Grześkowiak-Krwawicz, kierownik Pracowni Literatury Oświecenia, Instytut Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk