Piotr Tryjanowski

Na fot. Jeremy Fox
Wbrew wszystkim deklaracjom otwartości na pluralizm, w akademii kochamy urawniłowkę. Najlepiej, gdy wszyscy pracują według jednego sprawdzonego schematu, oczywiście „po naszemu”. Szczególnie silne jest to w naukach biologicznych, gdzie wciąż dominuje romantyczny obraz prawdziwego naukowca: biały fartuch, sterylne laboratorium, precyzyjne pipety i jednoznaczne wyniki. To jest ten kanoniczny wizerunek nauki. Tymczasem w biologii, nauce o życiu, taki model ma swoje granice. Życie nie toczy się w sterylnych warunkach, lecz w świecie pełnym patogenów, pasożytów, konkurentów i drapieżników. Zrozumienie tych dynamicznych, wielopoziomowych relacji to właśnie zadanie ekologii. I tu zaczyna się fascynująca historia, którą Jeremy Fox opowiada w książce The Ecology of Ecologists: Harnessing Diverse Approaches for a Stronger Science (University of Chicago Press, 2026). J. Fox, kanadyjski ekolog i twórca znanego bloga Dynamic Ecology, nie proponuje kolejnej „jedynie słusznej” metody. Robi coś znacznie bardziej prowokującego: przekonuje, że ekologia jest silna właśnie dlatego, że nie wie dokładnie, czym jest i jak powinna być uprawiana. Jej pozorny bałagan nie jest wadą, lecz cechą ewolucyjną, którą warto świadomie wykorzystać. Podtytuł książki, Harnessing Diverse Approaches for a Stronger Science, mówi wszystko. Trzeba wykorzystać ograniczenia dla stworzenia silniejszej nauki. Pojawia się jednak zasadnicze pytanie, dlaczego ekologia tak bardzo różni się od stereotypu „porządnej nauki”? Przecież nawet definicja dyscypliny budzi spory. Obraz praw natury, jaki wyłania się z prac ekologów, rzadko bywa uporządkowany i jednoznaczny. To może irytować przedstawicieli bardziej „dojrzałych” dziedzin. Ale jak słusznie zauważa Fox – to dobrze. Jeden z wybitnych makroekologów, James Brown, kiedyś żartobliwie (a może nie do końca) powiedział: astronomia była poważną, rygorystyczną nauką na długo przed ekologią, ale Kopernik i Galileusz nigdy nie przesunęli gwiazd nawet o kawałek. Ekolodzy zaś realnie wpływają na organizmy, populacje, a czasem całe ekosystemy. Stąd rosnąca liczba eksperymentów w mezokosmosach, a w dalekiej perspektywie plany wysyłania takich systemów nawet na Marsa.
Problem w tym, że do ekologii często trafiają ludzie zakochani w naturze, ci, którzy lubią być w terenie wśród „roślinki, ptaszka i motylka”. Nie zawsze są to osoby ceniące chłodną analizę, rygorystyczną logikę i matematyczną refleksję. W efekcie dyscyplina bywa postrzegana jako romantyczny zachwyt, a nie twarda nauka. Tymczasem wystarczy zajrzeć do ostatnich tomów „Ecology”, „Ecology Letters” czy „Nature Ecology & Evolution”, by zobaczyć eleganckie eksperymenty manipulacyjne, zaawansowane modelowanie i statystyczną finezję. Dla wielu taksonomów, biologów molekularnych czy fizjologów to prawdziwa metodologiczna czarna magia. Prace o charakterze ekologicznym regularnie lądują w najbardziej prestiżowych czasopismach. Budzą zainteresowanie nie tylko środowiska naukowego, ale i społeczeństwa. Niestety, społeczna użyteczność ma też ciemną stronę. W ciągu ostatnich dwóch dekad cztery tematy: zmiany klimatyczne, ochrona przyrody, gatunki inwazyjne i odbudowa ekosystemów, zdecydowanie zdominowały publikacje. To prowadzi do monopolizacji i zmniejszenia wewnętrznego zróżnicowania. Na szczęście widać też pozytywne trendy: większą otwartość na współpracę między dyscyplinami, udostępnianie danych w otwartych repozytoriach i prawdziwie globalne spojrzenie, a nie tylko badania na poletkach przy uniwersytetach bogatej Północy.
J. Fox w swej diagnozie nie szczędzi gorzkich słów, choć robi to z prawdziwie kanadyjską empatią. Ekologia wciąż jest zbyt opisowa, za słabo podkreśla mechanizmy kształtujące liczebność i rozmieszczenie organizmów w czasie i przestrzeni, słabo przewiduje przyszłość, ma relatywnie mało manipulacyjnych eksperymentów, małe próby i co najważniejsze – zbyt mało twardych, falsyfikowalnych hipotez. Często zastępuje się je wiarą, że „zaawansowana statystyka wszystko załatwi”, a ewentualną hipotezę postawi się wtedy, gdy będą znane wyniki. Powiedzmy jednak wprost: na te problemy nie ma monopolu wyłącznie ekologia. Wielu badaczy z innych dziedzin po cichu przyznaje, że podobne napięcia występują także u nich, tylko – przynajmniej do czasu – są lepiej ukryte pod płaszczykiem pozornego porządku.
Każdy badacz stoi przed serią trudnych wyborów: co badać, jaką metodą, gdzie publikować. Kiedy schemat jest prosty i klarowny, sukces przychodzi łatwiej, jak w klasycznej ekologii behawioralnej. Proste manipulacje, wyraźne wyniki. Sam bardzo to cenię. Ale po pewnym czasie robi się najzwyczajniej nudno. Ile można udowadniać, że w naturze działają procesy optymalizacyjne? Można rzecz jasna badać gatunek po gatunku, wymyślać różne układy eksperymentalne, ale wynik wciąż ten sam: Darwin miał rację, dobór naturalny działa, płciowy zresztą też. I cóż z tego? Fox przywołuje podział matematyków zaproponowany przez Williama Timothy’ego Gowersa (laureata Medalu Fieldsa) na tych, którzy rozwiązują konkretne problemy i tych, którzy budują uogólnione teorie. Obie grupy są potrzebne. Tony Ives, co ciekawe ekolog teoretyczny, trafnie zauważył, że ekologia to w dużej mierze biblioteka dobrze poznanych lokalnych studiów przypadku. I wcale na to nie narzekał, po prostu opisał rzeczywistość. Powiedzmy więc jasno, że my, ekolodzy nie jesteśmy i nigdy nie będziemy fizykami teoretycznymi szukającymi „teorii wszystkiego”. Konstruowanie panchrestonów (teorii wyjaśniających wszystko, a przez to nic konkretnego) prowadzi do nadmiernych uproszczeń. Organizmy nawet na te same czynniki reagują inaczej, w zależności od gatunku, miejsca, czasu, kontekstu. Z tym trzeba się zmierzyć, ale przede wszystkim zaakceptować.
Fox (nazwisko zobowiązuje!) proponuje łacińską sentencję: Malta novis vulpes – lisy znają wiele sztuczek. To prawda, ale może warto odwołać się do znanego eseju Isaiaha Berlina, że w życiu, a więc i w ekologii, jest miejsce zarówno dla lisów (generalistów), jak i jeży (specjalistów). Taka jest przyroda. Niech tacy będą też jej badacze i może nawet zaczną współpracować.
Książka Foxa nie jest podręcznikiem „jak uprawiać ekologię” i nawet nie daje jednoznacznej puenty. To raczej zaproszenie do intelektualnej pokory i ciekawości wobec odmiennych stylów myślenia. W świecie, który obsesyjnie szuka prostych odpowiedzi i „przełomowych” odkryć, taka postawa jest nie tylko uczciwa intelektualnie, ale i strategicznie najrozsądniejsza. Dla środowiska akademickiego spoza ekologii ta książka może być szczególnie cenna. Pokazuje bowiem, że pozorny nieporządek jednej dyscypliny może być źródłem jej siły, o ile tylko potrafimy go świadomie wykorzystać. A to lekcja uniwersalna. W końcu nauka, tak jak ekosystem, najzdrowiej rozwija się wtedy, gdy jest różnorodna, elastyczna i otwarta na nieoczekiwane połączenia, nawet jeśli na co dzień wolimy sterylne laboratoria i białe fartuchy. Ja zdecydowanie nie. I zaraz ruszam w teren. Gorąco polecam.
Prof. dr hab. Piotr Tryjanowski,Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu