Piotr Kieraciński
W rankingu „Perspektyw” szczególnie interesowało mnie zawsze porównanie publicznych uczelni zawodowych. Znajdowałem bowiem kryteria, według których te szkoły wyższe nie powinny być oceniane, a końcowa ocena dalece odbiegała od mojego oglądu. Chodziło m.in. o kryterium badań naukowych, choć nie tylko. Pisałem o tym kilkakrotnie i zdawało się, że te uwagi zostały zauważone przez twórców rankingu. Jednak sami porównywani przez lata nie byli w stanie pogodzić się ani z metodologią, ani z wynikami zestawienia. W pewnym momencie, w geście protestu, część uczelni nie zgodziła się na udział w rankingu (wtedy tak on działał). Do porównania przystąpiło niewiele ponad połowa istniejących. Z rankingu wyszła karykatura. Twórcy zestawienia mieli kłopot. Poszli jednak po rozum do głowy. Skoro publiczne i niepubliczne uczelnie akademickie mogą być traktowane jednakowo i porównywane wedle takich samych kryteriów, to dlaczego nie można tego zrobić z uczelniami zawodowymi? Na dodatek pojawiły się świetne narzędzia w postaci baz danych RAD-on, POL-on i ELA. I zrobiono to w roku 2025.
Wynik zestawienia był zaskakujący i – tak! – wzbudził protest środowiska zawodowych uczelni publicznych. Jak się okazało, prof. Dariusz Surowik, rektor Akademii Łomżyńskiej, wystosował wtedy list do „Perspektyw”, przedstawiając zastrzeżenie co do przyjętej metodologii i kryteriów porównania. Odpowiedzi nie otrzymał. Ostatnio ukazał się kolejny ranking, w którym znów nie wszystko wygląda najlepiej.
D. Surowik odnosi się do poszczególnych kryteriów rankingu uczelni zawodowych 2025. Pierwszym, z wagą 40%, są absolwenci na rynku pracy, a wskaźnikami wysokość wynagrodzeń oraz poziom zatrudnienia. Czy wysokość wynagrodzeń (wg. ELA) świadczy o jakości kształcenia? Zdaniem rektora Surowika – nie. Argumentów jest dużo. Kierunki kształcenia, absolwenci studiów niestacjonarnych, czyli ludzie od wielu lat wypracowujący pozycję zawodową, a tym samym uposażenie, w końcu zaś miejsce kształcenia i późniejszej pracy. Wszystkie publiczne uczelnie zawodowe działają w mniejszych miastach. Jeśli nawet kształcą na kierunkach standaryzowanych, takich jak pielęgniarstwo, to rzetelnie i w liczbach, które gwarantują, że kształcenie jest na odpowiednim poziomie. Kolejnym wskaźnikiem jest poziom zatrudnienia absolwentów. Zdaniem D. Surowika preferuje on uczelnie, w których zdecydowana większość studentów kształci się w trybie niestacjonarnym, czyli już w trakcie studiów jest zatrudniona. „Przy tak ustalonych kryteriach oraz wagach poszczególnych kryteriów nie jest zaskakującym fakt, że zwycięzcą rankingu jest uczelnia, która na około 2000 studentów ma około 1800 studentów pielęgniarstwa studiujących w trybie niestacjonarnym” – napisał w liście do „Perspektyw”, który omówił podczas posiedzenia Konferencji Rektorów Publicznych Uczelni Zawodowych w Nowym Targu w maju br.
Drugim kryterium jest jakość dydaktyczna z siłą 30%, na którą składają się: różnorodność oferty dydaktycznej oraz SSR. D. Surowik słusznie zauważa, że „w rankingu nie uwzględniono żadnych bezpośrednich wskaźników jakości nauczania, takich jak wyniki ewaluacji zajęć przez studentów, opinie pracodawców o przygotowaniu absolwentów, jakość praktyk, doświadczenie praktyczne kadry, infrastruktura (…) czy wyniki egzaminów zewnętrznych.(…) ranking uczelni zawodowych nie uwzględnia wyników ocen Polskiej Komisji Akredytacyjnej ani innych miar zgodności kształcenia ze standardami”. Podobnie wskaźnik różnorodności kierunków z wagą 15% „może preferować większe uczelnie niepubliczne, które często prowadzą wiele kierunków w różnych dziedzinach”. Są to kierunki powoływane ad hoc na jeden czy dwa lata rekrutacji, co nie wymaga tworzenia własnej stabilnej kadry, a kształcenie na takich kierunkach zwykle opiera się na wykładowcach zatrudnianych na zleceniach. I tu znów uczelnie stabilne, rozbudowujące własną infrastrukturę i kadrę, czyli prawdziwe uczelnie, nie mają szans z tymi, które tego nie robią, często nie mają akredytacji PKA, bo ta nie jest w stanie ocenić kierunków, które znikają zanim przyjdzie czas oceny.
Kolejnym kryterium, z wagą 10%, jest kadra dydaktyczna, oceniana poprzez kwalifikacje (odsetek nauczycieli ze stopniem dr. hab. lub tytułem profesora) oraz rozwój (awanse naukowe pracowników: uzyskane doktoraty, habilitacje i tytuły profesora). Teoretycznie wygląda to dobrze. Jednak różnicę robi brak doprecyzowania: czy ci profesorowie i doktorzy habilitowani to nauczyciele akademiccy na pierwszym etacie i rozwijający się w danej uczelni, a nie emeryci z innych ośrodków publicznych; czy awans dotyczy każdego zatrudnionego, czy tylko tego na pierwszym etacie, czyli ścisłej kadry uczelni. Bez tych wymogów kryterium preferuje systemy niestabilne i niepewne, a zatem uczelnie niepubliczne, zatrudniające masowo emerytów.
Czwarte kryterium, z wagą 10%, to umiędzynarodowienie mierzone głównie odsetkiem studentów zagranicznych oraz wielokulturowością środowiska, czyli liczbą krajów, z których pochodzi przynajmniej 5 cudzoziemców. Jak wiemy, w czołówce krajowej pod tym względem są uczelnie niepubliczne, które często żyją wyłącznie dzięki rekrutacji studentów zagranicznych. A przecież nie o to chodzi w umiędzynarodowieniu, co „Perspektywy” wiedzą najlepiej. Rektor Surowik pisze: „W kryterium tym pominięto bardzo ważne aspekty współpracy międzynarodowej”. I dalej celnie punktuje, że to „niewłaściwe praktyki w tym zakresie, realizowane przez niektóre uczelnie niepubliczne (…) doprowadziły do zmiany regulacji prawnych” dotyczących uzyskiwania zgody na studiowanie w Polsce. Tymczasem prawdziwe umiędzynarodowienie to także wyjazdy na zagraniczne uczelnie własnych studentów i kadry, w tym w programie Erasmus+, projekty międzynarodowe, relacje z zagranicznymi uczelniami. Gdyby umiędzynarodowienie potraktowane zostało tak, jak robią to same „Perspektywy” w swoich innych projektach, wynik punktacji w tym kryterium byłby zgoła odmienny.
No i wreszcie ostatnie kryterium to obecność w sieci (z wagą 10%), oceniana za pomocą wskaźnika Webometrics, który mierzy widoczność i aktywność uczelni w internecie. Już wspomniałem o miałkości tego kryterium oceny, które nie informuje o jakości instytucji.
W rezultacie tak dobranych kryteriów i wskaźników powstał obraz uczelni zawodowych, który w żadnej mierze nie odpowiada rzeczywistości. Ranking najnowszy powstał na niemal tych samych kryteriach i wskaźnikach – dodano wskaźnik studentów stacjonarnych z wagą 5%, co wzmacnia pozycję uczelni publicznych oraz zmniejszono wagę wskaźnika Webometrics do 5%. Ponieważ nie były to zmiany zasadnicze, to i wyniki rankingu nie są zasadniczo odmienne. Co ciekawe, także wyodrębnione uczelnie publiczne nie są ułożone w kolejności, na jaką wskazywałaby ich wielkość, oferta dydaktyczna, samodzielność kadrowa i zaplecze. Trzeba to w końcu powiedzieć: ranking „Perspektyw” uczelni zawodowych pokazuje świat, który nie istnieje. Na jego podstawie nie uzyskujemy wiedzy o tym, która uczelnia jest lepsza, a która słabsza, która lepiej służy swojemu otoczeniu, a która ma na nie wpływ mniejszy lub nieistotny. Myślę, że gdyby list rektora Surowika dotarł do kapituły rankingu w porę, to tegoroczne zestawienie musiałoby wyglądać inaczej. A może sam system sprawozdawczy naszego szkolnictwa wyższego fałszuje jego obraz?
Piotr Kieraciński