Paweł Poszytek

W moim poprzednim artykule pt. Polska w lusterku wstecznym. Dlaczego budujemy skansen zamiast Doliny Krzemowej… (FA 4/2026) starałem się zdiagnozować przyczyny, dla których nasz kraj zamiast budować nowoczesną gospodarkę opartą na wiedzy, osuwa się w bezpieczne, pełne samozadowolenia celebrowanie przeszłości. Postulowałem wtedy powrót do pragmatyzmu danych, wzorowanego na przedwojennym etosie Henryka Arctowskiego. Reakcja czytelników była niezwykle żywa, jednak jeden z komentarzy pod tekstem szczególnie przykuł moją uwagę. Autor owego wpisu stwierdził bez ogródek: „Panie Profesorze, ułani i skanseny to jedno, ale bądźmy realistami. Potentaci technologiczni z Doliny Krzemowej i tak nigdy nie pozwolą takim krajom jak Polska na rozwinięcie technologii na dużą skalę. Jesteśmy skazani na podrzędność”.
Ta gorzka uwaga stała się bezpośrednią inspiracją do napisania niniejszego tekstu. Celnie dotyka ona bowiem fundamentalnego zjawiska współczesnego świata, jakim jest oligarchizacja technologii. Przemiana ta sprawia, że tradycyjne granice geograficzne i polityczne tracą na znaczeniu na rzecz nowych, niewidzialnych granic algorytmicznych kontrolowanych przez garść jednostek.
Przez ostatnie dekady globalne społeczeństwo żyło w urzekającym micie tzw. kultury hakerskiej. Dolina Krzemowa reklamowała się jako oaza antyestablishmentowych innowatorów, których kreacje miały rozbijać monopole, poszerzać indywidualną wolność i uniezależniać obywateli od opresyjnych aparatów państwowych. Jak jednak trzeźwo zauważa Jamie Bartlett (The People vs Tech. How the Internet Is Killing Democracy (And How We Save It)), London: Penguin Random House, 2018), ten założycielski mit cyfrowej utopii bezpowrotnie legł w gruzach. Dawni entuzjaści technologii, stroniący od biurokracji i krawatów, z biegiem lat przeistoczyli się w niezwykle wpływowych kapitalistów. Zamiast emancypacji, przynieśli nam erę technologicznego podporządkowania. Wykorzystując zaawansowane technologie do profilowania psychologicznego, współczesne platformy celowo manipulują naszymi procesami poznawczymi, stymulując układ dopaminowy i zmuszając nas do permanentnego przyklejenia do ekranów smartfonów – wszystko w imię maksymalizacji zysków reklamowych.
Spektakularnym ucieleśnieniem tej ewolucji jest Mark Zuckerberg. Jeszcze dziesięć lat temu opisywano go jako archetyp wizjonerskiego, transformacyjnego lidera, który emancypuje pracowników i buduje otwarty świat. Dziś, po serii głośnych skandali związanych z wyciekami danych i permanentnym naruszaniem prywatności, jego wizerunek uległ całkowitej erozji. Niedawne przesłuchania szefów Mety, X, TikToka, Snapa czy Discorda przed amerykańskim Kongresem w sprawie systemowych szkód psychicznych wyrządzanych młodym użytkownikom dobitnie pokazały, gdzie leżą realne priorytety cyfrowych gigantów.
Oligarchizacja technologii to jednak coś znacznie głębszego niż zwykła rynkowa monopolizacja. To postępująca, niepokojąca konwergencja przywództwa ekonomicznego i politycznego. Najdoskonalszą cezurą tego procesu była inauguracja Donalda Trumpa jako 47. Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wydarzenie to unaoczniło światu istnienie bezprecedensowego sojuszu. Ramię w ramię z nowym prezydentem stanęli najwięksi tytani amerykańskiego sektora technologicznego: Elon Musk (Tesla, SpaceX, platforma X), Mark Zuckerberg (Meta), Jeff Bezos (Amazon), Sundar Pichai (Google). Ten specyficzny ożenek nie opiera się na głębokich, wspólnych wartościach ideologicznych. To chłodny, pragmatyczny i czysto kalkulowany biznesowy układ, polegający na wzajemnym lewarowaniu wpływów. Politycy zyskują potężne narzędzia do kształtowania opinii publicznej i wygrywania wyborów, natomiast technologiczni oligarchowie – przychylność regulacyjną, gigantyczne kontrakty rządowe i dalszą kapitalizację swoich prywatnych aktywów.
Mamy do czynienia z nową formą cyfrowej oligarchii. Te nieliczne jednostki kontrolują ogromną część amerykańskiego PKB, a zarazem posiadają globalny monopol na dystrybucję informacji. Antydemokratyczne implikacje tego stanu rzeczy są aż nadto widoczne. Gdy na początku 2025 roku przed Kapitolem w Waszyngtonie wybuchły protesty przeciwko nieformalnym wpływom Elona Muska na administrację rządową, protestujący przynieśli transparenty z prostym, ale uderzającym hasłem: „Nobody elected Musk” (Nikt Muska nie wybierał). To esencja problemu: ludzie, którzy nie posiadają żadnego demokratycznego mandatu, zyskali potężną, globalną władzę. Jednym wpisem na platformie X potrafią wstrząsnąć giełdami, zmienić trajektorię kampanii wyborczej, a nawet – jak pokazuje konflikt w Ukrainie – realnie wpływać na działania wojenne i geopolitykę państw.
Mechanizmy, za pomocą których ta nowa oligarchia utrwala swoje wpływy, są niezwykle subtelne i zawoalowane, przez co trudniej z nimi walczyć. Mustafa Suleyman (The Coming Wave, New York, NY: Penguin Random House, 2023) ostrzega przed nadchodzącą falą fasadowej demokracji, systemu, który zachowuje zewnętrzne atrakcyjne atrybuty wolności, ale pod spodem jest całkowicie sterowany przez algorytmiczne mechanizmy kontroli.
Współczesne algorytmy sztucznej inteligencji w przewrotny sposób rozwiązały tzw. paradoks wyboru, zdefiniowany przed laty przez psychologa Barry’ego Schwartza (The Paradox of Choice. Why More is Less, New York: HarperCollins Publishers, 2016). Dowodził on, że nadmiar opcji i permanentna konieczność podejmowania decyzji wywołuje w ludziach lęk, zagubienie i paraliż decyzyjny. Współczesny Big Tech przyszedł nam na „ratunek”. Algorytmy, analizując gigantyczne zasoby naszych prywatnych danych, zaczęły podejmować decyzje za nas. Podpowiadają nam, co mamy kupić, jakiej muzyki słuchać, jakie filmy oglądać, kogo obserwować, a w konsekwencji – jak głosować.
Ceną za to pozorne odciążenie psychiczne jest systematyczne, nieuświadomione oddawanie własnej autonomii. Karmiąc algorytmy swoimi danymi, obnażamy przed nimi nasze nieuświadomione pragnienia, co pozwala korporacjom na jeszcze precyzyjniejszy behawioralny tuning naszych postaw.
Skutkiem tego procesu jest pasywna, bezrefleksyjna konsumpcja treści na platformach takich jak TikTok czy YouTube. Prowadzi to do drastycznego zaniku umiejętności krytycznego i kreatywnego myślenia, czyli dokładnie tych kompetencji, które według raportów McKinsey czy World Economic Forum są kluczowe na współczesnym rynku pracy. Z kolei w sferze zawodowej automatyzacja i optymalizacja procesów produkcyjnych grożą nam powrotem do zjawiska nowego fordyzmu, w którym człowiek staje się jedynie zoptymalizowanym, cyfrowym trybikiem w wielkiej machinie zarządzanej przez sztuczną inteligencję. W ten sposób ziszcza się ponura wizja Aldousa Huxleya z Brave New World. Technologia zamiast nas wyzwalać, zaczyna służyć do behawioralnego warunkowania i koncentracji władzy w rękach technologicznych tyranów.
Wracając do pesymistycznego komentarza mojego czytelnika z „Forum Akademickiego”: czy w obliczu tak potężnej oligarchizacji kraje średniej wielkości, takie jak Polska, są skazane na marginalizację? Jeśli spojrzymy na twarde dane z międzynarodowych raportów, odpowiedź brzmi: niestety tak, o ile nie zmienimy radykalnie naszego paradygmatu.
Polska na mapie globalnych innowacji wciąż przypomina strukturalną pustynię. Co gorsza, z danych Stanford AI Index wynika jednoznacznie, że w dobie rewolucji sztucznej inteligencji jesteśmy wyłącznie biernym konsumentem (biorcą), a nie twórcą technologii. Nasz wkład w rozwój algorytmów, liczba patentów czy inwestycje w sektor deep-tech plasują nas na głębokich peryferiach świata zachodniego.
W sytuacji, gdy fundamentalna infrastruktura cyfrowa XXI wieku – systemy chmurowe, sieci 5G, duże modele językowe etc. – znajduje się w rękach kilku korporacji, samodzielne zbudowanie od zera cyfrowej potęgi na dużą skalę staje się barierą niemal nie do przebicia. Technologiczne monopole bezwzględnie duszą konkurencję w zarodku lub po prostu wykupują najbardziej obiecujące, genialne startupy z rynków wschodzących. Jeśli silnik naszego państwa dławi się biurokratyczną inercją i niską jakością stanowienia prawa (co bezlitośnie obnażają wskaźniki World Governance Indicators), to ziszcza się czarny scenariusz: będziemy społeczeństwem wyposażonym w najnowsze smartfony i świetną bankowość mobilną, ale całkowicie pozbawionym podmiotowości i uzależnionym od kaprysów i decyzji zapadających w Dolinie Krzemowej.
Czy w tej dystopijnej rzeczywistości oligarchizacji technologii tli się jakakolwiek nadzieja? Francis Fukuyama musiał po latach zrewidować swoją słynną tezę o końcu historii. Dostrzegł, że dynamiczny rozwój technologiczny, zwłaszcza w obszarze sztucznej inteligencji i biotechnologii, zamiast automatycznie prowadzić ludzkość ku liberalnej demokracji, stał się motorem napędowym potężnych wychyleń historycznego wahadła. Stoimy dziś w obliczu globalnego, bezwzględnego starcia dwóch diametralnie różnych modeli technologicznych: amerykańskiego (korporacyjno-oligarchicznego) oraz chińskiego (państwowo-autorytarnego).

Obraz wygenerowany przez AI
I w tym miejscu, jako pragmatycy, musimy zdobyć się na głęboki, chłodny geopolityczny realizm. Choć oligarchizacja technologii przez amerykański Big Tech niesie ze sobą potężne zagrożenia dla demokracji, osłabia autonomię jednostki i drastycznie ogranicza suwerenność technologiczną mniejszych państw, to ostatecznie należy postawić odważną tezę: może to i dobrze, że to właśnie Dolina Krzemowa monopolizuje i oligarchizuje te technologie, a nie totalitarny reżim w Pekinie. Model chiński nie bawi się bowiem w żadne pozory fasadowej demokracji. Tam technologia i sztuczna inteligencja zostały bezpośrednio zaprzęgnięte do bezwzględnej inwigilacji i totalnej kontroli populacji, czego flagowym przykładem jest Social Credit System (system zaufania społecznego). W tamtejszym ekosystemie algorytmy autorytarnie dekretują, co obywatelowi wolno, a czego nie, bezlitośnie niszcząc jakąkolwiek przestrzeń dla indywidualizmu, pluralizmu czy wolności słowa. Nawet pojawienie się rzekomo darmowych i powszechnych narzędzi z tamtego kręgu kulturowego, jak głośny chatbot DeepSeek, budzi głębokie uzasadnione obawy o rzeczywiste intencje i bezpieczeństwo danych użytkowników na poziomie makro i mikro.
Z kolei amerykańska oligarchia technologiczna, mimo całego swojego drapieżnego nastawienia na zysk i cynicznych sojuszy politycznych, wciąż operuje wewnątrz cywilizacji opartej na fundamencie wolnego rynku, praworządności i pluralizmu. Ta sama Dolina Krzemowa, która potrafi manipulować użytkownikami, rodzi również projekty wysoce transformacyjne, które realnie rozbijają stare monopole i popychają rozwój cywilizacyjny do przodu.
Firmy Elona Muska, przy całym ich kontrowersyjnym charakterze, dokonały bezprecedensowych przełomów: Tesla – mimo potężnego oporu i lobbingu przemysłu naftowego – otworzyła zupełnie nowe, globalne ścieżki dla zrównoważonej mobilności; SpaceX (wraz z Blue Origin Jeffa Bezosa) skutecznie rzuciło wyzwanie skostniałemu, państwowemu monopolowi NASA, oferując znacznie tańsze, rewolucyjne rozwiązania, jak choćby pojazdy kosmiczne wielokrotnego użytku.
W amerykańskim modelu, dzięki wysokiej dojrzałości organizacyjnej, wciąż istnieje przestrzeń na myślenie nieszablonowe (think outside the box), innowacje i oddolną podmiotowość.
Dla państw takich jak Polska, oligarchiczny monopol Doliny Krzemowej jest oczywiście potężnym wyzwaniem strukturalnym. Wymusza on na nas porzucenie mrzonek o budowie „drugiej Doliny” na rzecz rozwijania silnego, mądrego przywództwa transformacyjnego na poziomie lokalnym i regionalnym. Musimy kształcić liderów, którzy potrafią reagować lokalnie na globalne zmiany, stawiając na kompetencje społeczne, elastyczność i budowanie kapitału społecznego. Jednak w ostatecznym rozrachunku globalnej wojny algorytmów, amerykański Big Tech – ze wszystkimi swoimi oligarchicznymi grzechami – pozostaje gwarantem cywilizacyjnego pluralizmu. Zdecydowanie wolę świat, w którym ekscentryczny miliarder wysyła w przestrzeń kosmiczną swoją Teslę i dla marketingu zaśmieca bez sensu orbitę, a szef Mety musi tłumaczyć się gęsto przed demokratycznie wybranym Kongresem, niż świat, w którym każdy mój krok, zakup i myśl są autorytarnie punktowane przez algorytm partii komunistycznej w Pekinie.
Paweł Poszytek, prof. Politechniki Wrocławskiej