Karolina Ćwiek-Rogalska

Zdjęcie pochodzi z oprowadzania kuratorskiego pn. „Ile w nas z centralaków” po wystawie stałej Muzeum Ziemi Wałeckiej, którą autorka współtworzyła m.in. na podstawie badań terenowych. Fot. Zuzanna Błaszczyk-Koniecko
W 1945 roku granice Polski zostały przesunięte na zachód. Ta zmiana wiązała się z masową migracją: co czwarty mieszkaniec i co czwarta mieszkanka Polski zmieniła swoje miejsce zamieszkania. Wiele osób znajdowało się w ruchu już wcześniej. Wojna i związane z nią zbrodnie, pogromy, praca przymusowa i zsyłki sprawiły, że przymusowe migracje stały się częścią codziennego doświadczenia wielu osób. To także doświadczenie mojej rodziny, obecne w historiach opowiadanych przez Dziadków, czasami mniej, czasami bardziej chętnie. Słuchanie ich i zadawanie pytań – czasami dokładnie tych samych co zawsze, pozwalających opowieściom toczyć się utartym, rytualnym torem, a czasami nowych, wytrącających ze schematów, którymi wędruje nasza pamięć – było moim pierwszym etnograficznym doświadczeniem. Kierowałam się wtedy tylko intuicją, ale ciekawość badawcza została rozbudzona. Jesienią 2024 roku ukazała się książka Ziemie. Historie odzyskiwania i utraty, w której podsumowałam zbierane przez szesnaście lat doświadczenia badawcze, i wróciłam do podstawowego pytania towarzyszącego mi od dzieciństwa: jak to się stało, że moi Dziadkowie latem 1945 roku przyjechali na „Ziemie Odzyskane”?
Nazywam tę książkę etnografią w domu, wychodzoną, wydeptaną po tych samych, wciąż i wciąż, uliczkach, wypatrzoną w krajobrazie, wyczytaną we własnych i cudzych rodzinnych albumach, wysiedzianą na muzealnym zapleczu i w czytelniach archiwów, wyjeżdżoną, wypytaną celowo i przypadkiem w Polsce, tej, która była i która się potem stała, i po Niemczech, które być przestały i są nadal. Wychodzona po czyichś śladach i wyszukana we własnych sposobach opowiadania: w zauważaniu tropów tam, gdzie rośnie tylko trawa, chwytaniu zapachów, które balansują na granicy złudzenia, obracaniu paciorków pamięci, która może jest jeszcze czyjaś, a może już powpadała między szpary w podłodze. Świadomie poruszam się między dyscyplinami: etnologią, kulturoznawstwem, historią, poszukując odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Książka ukazała się w debiutującym wówczas Wydawnictwie Radia Naukowego, poza listami ministerialnymi. Zaznaczam to, bo zrobiłam to świadomie. Zależało mi przede wszystkim na pracy ze wspaniałymi redaktorami wydawnictwa, bo to ona pozwoliła mi na uwolnienie potencjału tkwiącego w gromadzonych historiach.
Etnologię i antropologię kulturową studiowałam przede wszystkim w Warszawie, gdzie „fachu” uczyłam się najpierw na dwuletnim tzw. laboratorium etnograficznym prowadzonym przez Katarzynę Waszczyńską, a później na seminarium u Karoliny Bielenin-Lenczowskiej. Te studia uznaję za formacyjne dla moich późniejszych zainteresowań, choć większość stopni naukowych uzyskałam w kulturoznawstwie, które później formalnie przemieniło się w część większej dyscypliny nazywającej się dzisiaj naukami o kulturze i religii. Swoje poszukiwania kontynuowałam podczas stypendiów i staży, m.in. na Uniwersytecie Karola w Pradze u Barbory Spalovej, na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles u Lieby Faier i na Uniwersytecie Cambridge u Yael Navaro. Porównywałam szkoły antropologiczne, przyglądałam się miejscowym sposobom prowadzenia badań i pisania artykułów i książek. Współpracowałam z etnolożkami, socjologami, literaturoznawczyniami i historykami.
Etnologia i antropologia kulturowa – od niedawna z powrotem samodzielna dyscyplina naukowa, na jakiś czas skreślona z listy, ale dzięki intensywnym staraniom środowiska badawczego na nią przywrócona – pracuje specyficzną metodą: badaniami terenowymi. Chociaż tego typu badania nie są obce i innym dyscyplinom, te etnologiczne polegają głównie na tym, że staramy się jak najgłębiej zanurzyć w terenie, którym się zajmujemy: to zanurzenie jest ucieleśnionym byciem na miejscu, obserwacją, wreszcie także uczestniczeniem w życiu ludzi, którzy tam mieszkają. Tradycyjnie były to zwykle obszary geograficznie odległe, jak Wyspy Trobrianda (Kiriwina), archipelag na Pacyfiku, gdzie swoje badania prowadził Bronisław Malinowski, ale z czasem wyłoniły się i inne sposoby prowadzenia takich badań: blisko, a nawet w domu. I to dosłownie, bo przecież temat badawczy, który nas pociąga, może znajdować się tuż za rogiem. Długa podróż wcale nie jest konieczna. Co innego dystans, ten oczywiście trudniej jest wypracować.
Sam kształt badań terenowych nie zależy jednak od naszego przestrzennego dystansu wobec miejsca. Zamieszkując gdzieś na dłużej, przyglądamy się temu, co dzieje się w okolicy, jak się o tym mówi i pisze, jak ludzie reagują i jak ubierają w opowieść to, co się im przytrafia. Wejść w życie danej społeczności, znaleźć w niej swoje miejsce, to antropologiczne credo. Etnolożka, uczestnicząc w danych wydarzeniach na miejscu, opisuje je później z pewnego dystansu. Zupełnego dystansu ani nie chcemy, ani nie możemy uzyskać, także dziś, kiedy możemy uczestniczyć w tym, co się dzieje, rozmawiając przez telefon, czytając na bieżąco wiadomości i posty w platformach generowania treści. Choć etnolożka na bieżąco prowadzi dziennik, często dopiero po powrocie porządkuje materiał i stara się wypracować formę opowieści, tekst artykułu czy książki. Mogłoby się zatem wydawać, że jeśli badania prowadzimy „w domu” – wracamy do miejsca swojego pochodzenia, od początku jesteśmy świadomi wielu powiązań i dużo łatwiej jest znaleźć rozmówców – są one łatwiejsze. Nic bardziej mylnego.
Problemy zaczynają się dość szybko. W końcu nawet przyjeżdżając z powrotem do miejsca, gdzie się urodziliśmy czy wychowaliśmy, jesteśmy już często zanurzeni w innym świecie: mamy za sobą studia w innym mieście, niezależny bagaż doświadczeń, pracujemy, mamy rodzinne obowiązki gdzieś indziej. A w tym „domu”, do którego wracamy, może pamiętają nas sprzed lat, a może tylko ledwie kojarzą. Stajemy się więc na początku osobami zawieszonymi między różnymi tożsamościami, poszukującymi punktu wejścia z powrotem w miejsce, z którego wyjechaliśmy, a teraz chcemy się mu przyjrzeć z uzyskanym dystansem i zastosowaniem metod, których się nauczyliśmy.
Najważniejsza z nich to empatia. Wywiad etnograficzny to bowiem nazwa myląca. Nie pracujemy z kwestionariuszem, osoby, które z nami rozmawiają, nie wypełniają ankiet, nie chodzi nam o statystyki ani reprezentacyjne próby. Przeciwnie, to właśnie długotrwała, baczna obserwacja, poparta staranną autoanalizą, najlepiej prowadzoną na bieżąco w dzienniku, staje się podstawą wysnuwanych przez nas wniosków. A wywiad to po prostu rozmowa, czasami wielokrotna, bo wracamy do naszych rozmówców, zadzierzgują się między nami więzi. Bywa i tak, że wracając po latach w kiedyś dobrze znany sobie teren, widzimy zmiany, możemy dokonać rewizji argumentów, które wysuwaliśmy kiedyś. Etnografia jako sposób prowadzenia badań, ale i specyficzny sposób pisania, pozwala wrócić po własnych śladach w miejsca, w których już kiedyś byliśmy.
Granice między etnografią, etnologią i antropologią kulturową są tym, co często wprawia w konfuzję nie tylko osoby postronne, jest też często przedmiotem namysłu dla praktyków. W tradycji anglosaskiej, etnografia to sposób prowadzenia badań, ale także pisania: bliskiego studiom przypadku, którym się zajmujemy, ale i literackiego – prowadzenia narracji tak, żeby osoba czytająca miała szansę poczuć i zrozumieć, gdzie byliśmy i jak to właściwie wyglądało. Niekoniecznie chodzi w nim o cytowanie całych ustępów z nagranych, a później przepisanych wywiadów, zebrane przez nas w trakcie badań narracje nie są tu podstawą, bo dopiero bycie w terenie prowadzi do wniosków. Cytujemy więc także nasze zapiski z dziennika. Opisujemy własne usytuowanie społeczne, czyli to wszystko, z czym przychodzimy i jak jesteśmy odbierani przez innych, próbując dociec, co na to wpływa. W ten sposób możemy też przeanalizować, czemu ktoś może nie chcieć z nami rozmawiać, mając do tego pełne prawo, albo dlaczego ktoś inny powiedział nam to, a nie coś innego.
W przypadku badań prowadzonych „w domu” usytuowanie społeczne staje się szczególnie istotne. W końcu nie przyjeżdżamy jako obcy, którzy dopiero muszą nauczyć się topografii miasta czy wsi, znaleźć przystanek autobusowy i dowiedzieć się, czy wiszący na nim stary rozkład jazdy jeszcze w ogóle obowiązuje, czy zarośnięte wzgórze za zabudowaną nowym osiedlem dróżką to dawny cmentarz, a w niepozornym szarym bloku przy drodze kiedyś była zlikwidowana obecnie szkoła podstawowa, skupiająca wokół siebie wspomnienia większości mieszkańców. Przyjeżdżamy jako częściowo swoi, ale to „częściowo” jest tutaj kluczowe.
W końcu nie jesteśmy wyłącznie badaczami z tego czy innego instytutu bądź uczelni, jesteśmy dziećmi konkretnego rodzica, wychowankami tego czy innego liceum, znajomymi osób, które teraz zajmują się czymś w okolicy. Wchodzimy w swoje stare-nowe buty i staramy się zrozumieć nasze usytuowanie i wpływ, jaki wywiera na to, do jakich wiadomości uzyskamy dostęp. Interpretujemy rzeczywistość nie z poziomu wielkich narracji, ale tego, co usłyszymy i zaobserwujemy w codzienności, która może z pozoru wydawać się nudna albo nieciekawa. I rzeczywiście, w trakcie długotrwałych badań terenowych nie zawsze coś się dzieje: bywają dni jednostajne, słyszymy te same historie, pada deszcz i droga, którą musimy się przedostać z jednej miejscowości do drugiej, rozmokła i rozmiękła tak, że wcale nie chce się wychodzić z domu. A jednak wychodzimy, idziemy, słuchamy i przyglądamy się. I na tym też częściowo polega ta dyscyplina. W końcu dyscyplina oznacza także i to: realizację celów pomimo braku motywacji.
Swoje pierwsze badania terenowe prowadziłam na Suwalszczyźnie północnej, w okolicach miejscowości Przerośl. Tym, co zwróciło moją uwagę w słyszanych narracjach, był temat zniknięcia dotychczasowych sąsiadów – ewangelików. Postanowiłam zająć się tym tematem i zastanowić, w jaki sposób opowiada się o wyjazdach protestantów, często przymusowo wciąganych na volkslisty i po wojnie traktowanych na równi z wysiedlanymi Niemcami. Zafascynowała mnie nadal widoczna w terenie dawna granica polsko-pruska, prześwitująca nadal w dzisiejszej granicy między województwem podlaskim a warmińsko-mazurskim. Granica stała się powracającym leitmotivem moich badań. Doktorat napisałam o jednej czeskiej gminie na pograniczu Czech i Niemiec, z której wysiedlono jej dotychczasowych niemieckich mieszkańców, a ich miejsce zajęli Czesi i Słowacy. Cykl habilitacyjny poświęcony był Pomorzu Środkowemu.
Prowadząc badania, szybko zetknęłam się z innym problemem: jak radzić sobie z brakiem źródeł. Nie zawsze bowiem – zwłaszcza wtedy, kiedy sięgamy w naszych badaniach w nieco dalszą przeszłość – można nadal spotkać osoby, które pamiętają jakąś wersję tego, co się wydarzyło i chcą się tymi wspomnieniami podzielić. Wówczas w sukurs przychodzą archiwa. Teraz, kiedy razem z moim zespołem badawczym pracujemy nad porównaniem procesów wysiedlania i osadnictwa na dawnych ziemiach niemieckich w Polsce, Czechach i Słowacji, często posiłkujemy się archiwami. Z jednej strony po to, by zrozumieć procesy administracyjne, interesuje nas bowiem zwłaszcza zetknięcie z rzeczami określanymi jako „poniemieckie”, „po Němcích”. Jak próbowano nimi zarządzać? Skąd brały się kategorie prawne i zwyczajowe? W jaki sposób przebiegał proces konfiskacji, a potem redystrybucji tego, co zostało po poprzednich, niemieckich mieszkańcach? Z drugiej strony zwracamy się w stronę archiwów, żeby uzyskać dostęp do tuż powojennych wydarzeń, których większość naszych rozmówców – z drugiego i trzeciego pokolenia, urodzonego już po 1945 roku – pamiętać nie może i które często nie zachowały się w rodzinnej historii.
Archiwa nie są jednak substytutem pamięci, nie są też bardziej wiarygodne niż ona. Przechowują wersje historii, często na skutek wojen i katastrof niekompletne, poddane już pewnej obróbce ze strony archiwistów, opracowane i opisane w zespołach i teczkach. Oczywiście, zamawiając daną jednostkę i pracując w archiwalnym reżimie – tylko tyle a tyle materiałów danego dnia, rękawiczki, ostrożne przerzucanie kolejnych kart – możemy zawsze liczyć na niespodziankę. Czasami coś, co nazywa się zupełnie niewinnie, skrywa prawdziwe skarby, czasami bardzo dosłowna nazwa nas zmyli i spędzamy czas na lekturze akt dotyczących sporów o przebieg pochodu pierwszomajowego. Czasami brakuje tego, co najciekawsze, bo zostało zubytkowane, czyli wycofane z obiegu albo nigdy do archiwum nie trafiło. Kiedy indziej to w domowych archiwach, tych, które pokazują nam rozmówcy w trakcie badań terenowych, natykamy się na to, o czym tylko czytaliśmy w sprawozdaniach znalezionych w instytucjonalnych archiwach.
Badania terenowe i archiwalne dopełniają się więc, nie stanowiąc własnego przeciwieństwa. Różnice między pamięcią a historią często bywają przeceniane – tę pierwszą uważamy za łatwiejszą do zafałszowania, bardziej subiektywną, podczas gdy ta druga, ubrana w szaty statecznej akademickiej dyscypliny i wyposażona w warsztat i tradycję, wygląda poważniej. O ograniczeniach historii, a zwłaszcza historiografii, zapisywania historii, historycy dyskutują od lat i stała się ona poważną częścią refleksji nad tym, jak pracujemy ze źródłami. Refleksji nieobcej także etnologom i pamięcioznawcom, bo badania nad pamięcią powoli przekształcają się w osobną dyscyplinę, wypracowującą własne teorie i metody, choć nieusankcjonowaną jeszcze żadnym rozporządzeniem, czy wreszcie: kulturoznawcom.
Bo to właśnie w tej ostatniej dyscyplinie także sytuuję swoje badania. Dobór źródeł, wśród których znajdują się te pozyskane w trakcie badań terenowych, ale i teksty kultury czy archiwa, wykracza bowiem poza ramy starszych i bardziej tradycyjnych dyscyplin, pozwala mi jednak na poszukiwanie polifonii, współbrzmień. I właśnie taki cel przyświecał mi również przy pisaniu Ziem: by pozwolić czytelnikom usłyszeć jak najwięcej głosów, takich, które czasami giną wśród innych, tych słyszanych rzadziej albo takich, które niekoniecznie potrafimy usłyszeć.
Dr hab. Karolina Ćwiek-Rogalska, prof. IS PAN, antropolożka, kulturoznawczyni i bohemistka, profesorka w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk, od 2022 roku kieruje zespołem badawczym utworzonym w ramach ERC Starting Grant, akronim „Spectral Recycling”, który bada relacje między pozostawionymi przez społeczności niemieckie i niemieckojęzyczne przedmiotami a nowymi osadnikami w wybranych regionach Polski, Czech i Słowacji.
Książka Karoliny Ćwiek-Rogalskiej Ziemie. Historie odzyskiwania i utraty była nominowana do wielu liczących się nagród: Nagrody im. Jana Długosza, Nagrody im. Prof. Tadeusza Kotarbińskiego, Nagroda im. Marcina Króla, Nagród Historycznych „Polityki”, Mądra Książka Roku 2024.
red.
Wróć