Konrad Maj

Rys. Sławomir Makal
Jeszcze niedawno cyborg funkcjonował głównie jako figura wyobraźni: obecna w literaturze, kinie i debatach futurologicznych. Dziś coraz trudniej utrzymać to przekonanie. Technologie łączące ciało z elektroniką, biotechnologią i algorytmami przestają być wyjątkiem, a zaczynają tworzyć nowy, choć wciąż rozwijany obszar na pograniczu medycyny, sztuki i inżynierii.
Nie chodzi już wyłącznie o rozwiązania medyczne, takie jak rozruszniki serca, implanty ślimakowe czy protezy. Coraz częściej dyskutujemy o mikrochipach monitorujących stan zdrowia, interfejsach mózg-komputer, neuroimplantach wpływających na nastrój czy technologiach, które nie tyle „naprawiają” organizm, ile potencjalnie zwiększają jego możliwości. W tym sensie granica między przywróceniem funkcji a ulepszaniem zaczyna się rozmywać i właśnie to przesunięcie wydaje się dziś najciekawsze z perspektywy psychologicznej.
Bo problem cyborgizacji nie polega wyłącznie na tym, czy technologia jest dostępna. Polega także na tym, jak ją interpretujemy, jakie lęki uruchamia i jakie nadzieje obiecuje spełnić.
Z jednej strony dążenie do przekraczania ograniczeń własnego ciała jest tak stare jak sama ludzkość. Chcemy żyć dłużej, funkcjonować sprawniej, unikać bólu, szybciej się uczyć, lepiej pamiętać. W tym sensie wiele współczesnych technologii można traktować nie jako radykalne zerwanie z przeszłością, lecz jako konsekwentną realizację bardzo starych aspiracji: kontroli nad własną biologicznością. Z drugiej strony im bliżej technologii do tego, co uznajemy za rdzeń „ja” – naszej tożsamości, autonomii czy prywatności – tym silniejsze pojawiają się opory. Łatwiej zaakceptować rozwiązania, które przywracają sprawność, niż takie, które zmieniają sposób odczuwania, myślenia czy podejmowania decyzji. Łatwiej zgodzić się na „naprawę” niż na „projektowanie” nowego człowieka.
W efekcie powstaje napięcie, które trudno rozstrzygnąć prostą kategorią „za” lub „przeciw”. Cyborgizacja nie jest bowiem jednym zjawiskiem, lecz spektrum możliwych ingerencji: od niemal niewidocznych i powszechnie akceptowanych po takie, które podważają podstawowe intuicje dotyczące tego, czym jest człowiek. W tym sensie pytanie o przyszłość cyborgizacji nie brzmi już: czy do niej dojdzie? W wielu obszarach już do niej dochodzi. Znacznie bardziej trafne wydaje się inne pytanie: jaką formę tej zmiany jesteśmy gotowi zaakceptować i gdzie przebiegają granice tej zgody.
Odpowiedź na to pytanie nie jest wyłącznie kwestią technologii. Jest w równym stopniu kwestią psychologii: naszych lęków, nadziei, doświadczeń i wyobrażeń. To one decydują o tym, czy dana innowacja zostanie uznana za postęp, czy za przekroczenie granicy. Dlatego to wieloaspektowe zjawisko jest warte badań naukowych.
Pojęcie „cyborga” funkcjonuje dziś w wielu znaczeniach, co nie ułatwia dyskusji. W języku potocznym odnosi się najczęściej do istoty łączącej cechy człowieka i maszyny, często w sposób radykalny i widoczny. Tymczasem jego źródło jest znacznie bardziej techniczne. Termin „cyborg” został wprowadzony w 1960 roku przez Manfreda E. Clynesa i Nathana S. Kline’a, którzy użyli go do opisania organizmu zdolnego do funkcjonowania w ekstremalnych warunkach dzięki integracji z systemami technologicznymi. W tym ujęciu nie chodziło o spektakularne „ulepszanie” człowieka, lecz o stworzenie układu, w którym procesy biologiczne i techniczne współpracują w sposób zautomatyzowany, bez konieczności ciągłej kontroli ze strony jednostki.
To pierwotne rozumienie przesuwa punkt ciężkości. Cyborg nie jest jedynie człowiekiem korzystającym z technologii, ale systemem, w którym technologia staje się częścią mechanizmów regulujących funkcjonowanie organizmu. Z takiej perspektywy pojawia się pytanie, które komplikuje intuicyjne rozróżnienia: czy cyborgizacja rzeczywiście jest zjawiskiem przyszłości, czy raczej procesem, który już trwa?
Współczesne społeczeństwa od dawna funkcjonują w ścisłym powiązaniu z technologią. Okulary, aparaty słuchowe, protezy czy rozruszniki serca stanowią przykłady rozwiązań, które nie tylko wspierają funkcjonowanie organizmu, lecz w pewnym sensie stają się jego integralną częścią. Podobnie narzędzia cyfrowe (smartfony, laptopy), choć nie są wszczepione w ciało, pełnią funkcję rozszerzeń procesów poznawczych, przejmując część zadań związanych z pamięcią, planowaniem czy orientacją w przestrzeni. Można więc argumentować, że granica między „człowiekiem” a „technologią” nie jest wyraźna, lecz ma charakter ciągły. Różnica polega raczej na stopniu integracji oraz na tym, czy technologia pozostaje zewnętrznym narzędziem, czy zaczyna funkcjonować jako element systemu biologicznego.
To rozróżnienie dobrze ilustrują konkretne przypadki, które często pojawiają się w debacie o cyborgizacji. Neil Harbisson, artysta z achromatopsją, korzysta z wszczepionej anteny przekształcającej fale świetlne w dźwięk. W jego przypadku technologia nie pełni jedynie funkcji kompensacyjnej, lecz tworzy nowy sposób percepcji świata, który z czasem staje się naturalną częścią doświadczenia. Podobnie Moon Ribas, wyposażona w implant połączony z czujnikami sejsmicznymi, doświadcza trzęsień ziemi jako bodźców cielesnych. Technologia przestaje tu być narzędziem, a zaczyna współtworzyć sposób bycia w świecie. Jeszcze inny kierunek reprezentuje Stelarc, który w swoich projektach traktuje ciało jako strukturę otwartą na modyfikacje, rozwijając m.in. mechaniczne rozszerzenia sterowane sygnałami mięśni.
Ważny jest również przypadek Kevina Warwicka, profesora cybernetyki z University of Reading, którego często określa się mianem jednego z pierwszych współczesnych „cyborgów eksperymentalnych”. Warwick wszczepił sobie implant RFID, który umożliwiał m.in. automatyczne otwieranie drzwi do laboratorium i logowanie do systemów komputerowych. Jeszcze ciekawszy był jednak sam sens tych eksperymentów: nie chodziło o wygodę jako taką, lecz o sprawdzenie, jak daleko można posunąć sprzężenie człowieka z systemami cyfrowymi. Późniejsze prace związane z jego środowiskiem, w tym eksperymenty Marka Gassona, pokazały również drugą stronę problemu: skoro implant zaczyna przypominać komputer, pojawiają się pytania o złośliwy kod, podatności systemowe i nowe formy naruszenia integralności cielesnej.
Przykłady te nie są reprezentatywne dla większości społeczeństwa, ale pełnią istotną funkcję poznawczą. Pokazują, że możliwe jest takie stopniowe włączanie technologii w strukturę ciała i percepcji, w którym przestaje ona być postrzegana jako coś zewnętrznego. Z perspektywy psychologicznej kluczowe jest jednak nie to, gdzie dokładnie przebiega granica cyborgizacji, lecz to, jak ludzie ją postrzegają. To właśnie percepcja stopnia ingerencji, a nie jej obiektywny charakter, decyduje o poziomie akceptacji. W tym sensie cyborg nie jest wyłącznie kategorią technologiczną. Jest również kategorią społeczną i psychologiczną, definiowaną przez to, jakie formy integracji człowieka z technologią uznajemy za dopuszczalne, a jakie za przekroczenie granicy.
Przez długi czas cyborgizacja funkcjonowała na marginesie, jako domena eksperymentów artystycznych, badań laboratoryjnych lub spekulacji futurystycznych. Przykłady osób takich jak Harbisson, Ribas, Stelarc czy Warwick można było traktować jako ilustracje tego, co możliwe, ale niekoniecznie jako zapowiedź tego, co powszechne.
W ostatnich latach ten sposób myślenia zaczyna się jednak stopniowo zmieniać. Rozwój technologii ingerujących bezpośrednio w ciało i układ nerwowy przyspieszył na tyle, że przestaje być ograniczony do wąskich środowisk eksperymentalnych. Coraz większą rolę odgrywają projekty rozwijane przez duże ośrodki badawcze i firmy technologiczne, które dysponują zasobami pozwalającymi na skalowanie tych rozwiązań. Jednym z najbardziej medialnych przykładów są prace nad interfejsami mózg-komputer, prowadzone zarówno w środowisku akademickim, jak i przez prywatne firmy, w tym Neuralink Elona Muska. Ich podstawowym celem pozostaje dziś zastosowanie medyczne, przede wszystkim wspieranie osób z uszkodzeniami układu nerwowego w odzyskiwaniu utraconych funkcji. Ale trudno powiedzieć, w jakim kierunku działalność tych firm będzie ewoluowała.
Z punktu widzenia społecznego wpisuje się to w dobrze znany model: technologia jako narzędzie terapii i rehabilitacji. Jednocześnie jednak te same rozwiązania otwierają możliwość ich przyszłego wykorzystania w celach wykraczających poza leczenie: zwiększania zdolności poznawczych, integrowania człowieka z systemami cyfrowymi czy poszerzania zakresu ludzkiej percepcji. W tym miejscu pojawia się istotne przesunięcie. Cyborgizacja przestaje być rozpatrywana jako zbiór odosobnionych przypadków, a zaczyna być postrzegana jako potencjalny kierunek rozwoju technologii, który może w różnym stopniu dotyczyć coraz większej liczby osób.
Zmienia się również sposób jej społecznej interpretacji. Rozwiązania, które jeszcze niedawno mogły być odbierane jako radykalne, zaczynają być przedstawiane w kategoriach funkcjonalnych: jako rozszerzenie medycyny, zwiększenie komfortu życia lub poprawa efektywności. W rezultacie granica między „leczeniem” a „ulepszaniem” ulega stopniowemu przesunięciu, często w sposób trudny do jednoznacznego uchwycenia.
Właśnie w tym miejscu ważne stają się szersze narracje ideowe. Jedną z nich jest transhumanizm, z którym silnie kojarzony jest Nick Bostrom. W jego ujęciu rozwój technologii pozwalających przekraczać biologiczne ograniczenia nie jest ekscentrycznym dodatkiem do cywilizacji, lecz jednym z możliwych kierunków jej dalszego rozwoju. To oczywiście nie znaczy, że transhumanizm dostarcza gotowych odpowiedzi. Przeciwnie, raczej uwidacznia skalę napięcia między obietnicą poprawy kondycji ludzkiej a obawą przed utratą czegoś istotnego w samym człowieczeństwie.
Z perspektywy psychologicznej oznacza to, że jednostki coraz częściej stają wobec realnej, a nie hipotetycznej możliwości skorzystania z tego typu rozwiązań. W takiej sytuacji postawy wobec technologii przestają być abstrakcyjne i zaczynają przyjmować bardziej złożony, warunkowy charakter.
To właśnie na tym etapie szczególnego znaczenia nabiera pytanie o to, w jaki sposób ludzie oceniają różne formy integracji technologii z ciałem oraz jakie czynniki wpływają na poziom ich akceptacji. Odpowiedzi na to pytanie próbowaliśmy szukać w naszym badaniu.
W styczniu 2026 roku opublikowaliśmy w Centrum HumanTech Uniwersytetu SWPS raport z ogólnopolskiego badania dotyczącego postaw wobec technologii modyfikujących ciało i umysł. W badaniu wzięły udział 2233 dorosłe osoby dobrane poprzez Panel Badawczy Ariadna w sposób odzwierciedlający strukturę populacji pod względem podstawowych cech demograficznych. Zamiast pytać o ogólny stosunek do „cyborgizacji”, przedstawiliśmy respondentom zestaw 20 konkretnych technologii, obejmujących zarówno rozwiązania już funkcjonujące, jak i takie, które pozostają na etapie rozwoju lub spekulacji. To podejście pozwoliło uchwycić bardziej zniuansowany obraz postaw społecznych, pokazując, że nie mają one charakteru jednolitego, lecz zależą od kontekstu zastosowania danej technologii.
Najbardziej wyraźny wzorzec dotyczy funkcji przypisywanej technologii. Rozwiązania o charakterze zdrowotnym i naprawczym, takie jak mikrochipy monitorujące stan zdrowia, nanotechnologie wspierające regenerację komórek czy terapie genowe ograniczające ryzyko chorób, uzyskują wyraźnie wyższy poziom akceptacji. Wpisują się one w dobrze ugruntowany społecznie model interwencji medycznej, w którym technologia służy przywracaniu sprawności i poprawie jakości życia. Znacznie więcej kontrowersji budzą natomiast rozwiązania ingerujące w obszary związane z autonomią i tożsamością, takie jak bezpośrednie interfejsy mózg-internet czy koncepcje „uploadu umysłu”. W tych przypadkach technologia przestaje być postrzegana jako wsparcie, a zaczyna być interpretowana jako potencjalna zmiana sposobu funkcjonowania człowieka.
Wyniki naszego badania wskazują zatem na wyraźne rozróżnienie między technologią „przywracającą” a „przekraczającą” naturalne możliwości. Granica akceptacji nie przebiega więc wzdłuż poziomu zaawansowania technologicznego, lecz wzdłuż jej znaczenia psychologicznego i społecznego. Co istotne, wysoki był także odsetek odpowiedzi „trudno powiedzieć”. W zależności od technologii wynosił on około 13–16 procent, co można interpretować jako przejaw nie tyle braku opinii, ile niepewności wobec rozwiązań, które nie zostały jeszcze w pełni oswojone społecznie. To ważna grupa, ponieważ jej postawy mogą być szczególnie podatne na zmianę pod wpływem doświadczeń, języka debaty publicznej czy marketingu technologicznego.
Analiza pokazała także znaczenie wieku. Młodsze osoby wykazują większą otwartość na różne formy integracji technologii z ciałem, podczas gdy wraz z wiekiem rośnie poziom sceptycyzmu, szczególnie wobec rozwiązań ingerujących w organizm w sposób trwały. Jednocześnie technologie o charakterze medycznym utrzymują stosunkowo wysoki poziom akceptacji we wszystkich grupach wiekowych. Ważne okazały się także wcześniejsze doświadczenia związane z modyfikacją ciała. Osoby posiadające tatuaże, piercing czy korzystające z zabiegów medycyny estetycznej częściej deklarują większą otwartość wobec bardziej zaawansowanych form ingerencji. Sugeruje to, że granice akceptacji mają charakter dynamiczny i mogą ulegać stopniowemu przesuwaniu w zależności od wcześniejszych doświadczeń.
To, co zobaczyliśmy w naszych danych, nie jest zresztą zjawiskiem odosobnionym. Polski wzór okazuje się zaskakująco spójny z wynikami badań międzynarodowych. W raporcie Pew Research Center dotyczącym postaw wobec technologii ulepszających człowieka szczególnie wyraźnie widać, że ludzie znacznie chętniej popierają implanty mózgowe wtedy, gdy mają one przywracać utracone funkcje. Duża większość badanych akceptuje ich użycie, gdy celem jest zwiększenie możliwości ruchu u osób sparaliżowanych albo leczenie spadku sprawności poznawczej związanego z wiekiem. Jednocześnie znacznie więcej oporu pojawia się wtedy, gdy podobne technologie miałyby służyć poprawianiu zdolności zdrowego człowieka ponad przyjętą normę.
Podobne napięcie ujawnił projekt SIENNA, realizowany w różnych częściach świata (m.in. USA, Niemcy, RPA czy Brazylia. Z jednej strony część respondentów dopuszczała technologie mające poprawiać inteligencję, emocje czy moralność, z drugiej jednak wyraźnie rósł sceptycyzm wobec rozwiązań naruszających podstawowe intuicje dotyczące natury człowieka, zwłaszcza gdy dotyczyły one skrajnego wydłużenia życia czy głębokiej ingerencji w tożsamość.
Jeszcze inną warstwę ujawniły badania Opinium Research prowadzone na zlecenie Kaspersky Lab. Tam bardzo silnie wybrzmiewały dwa rodzaje obaw: przed cyberatakami na „ulepszone” ciało oraz przed nierównościami społecznymi wynikającymi z nierównego dostępu do technologii. To niezwykle ważne, bo pokazuje, że akceptacja cyborgizacji nie zależy wyłącznie od tego, czy dana technologia jest atrakcyjna lub funkcjonalna. Zależy również od tego, czy ludzie mają poczucie, że będzie bezpieczna, dobrowolna i sprawiedliwie dostępna.
Jeśli zestawić te wyniki z naszym badaniem, wyłania się dość stabilny mechanizm. Ludzie akceptują technologię wtedy, gdy rozumieją jej cel, potrafią oszacować ryzyko i mają poczucie zachowania kontroli. Opór pojawia się wtedy, gdy technologia zbliża się do obszarów związanych z autonomią, tożsamością albo przewagą społeczną.
Debata o cyborgizacji dotyczy nie tylko ciała, lecz także umysłu. W tym miejscu szczególnie użyteczna okazuje się koncepcja „rozszerzonego umysłu”, sformułowana przez Andy’ego Clarka i Davida Chalmersa. Jej podstawowa intuicja jest prosta: procesy poznawcze nie muszą kończyć się na mózgu. Mogą być współtworzone przez elementy środowiska zewnętrznego, w tym przez technologie.
To ujęcie pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego wiele osób nie traktuje już smartfona, wyszukiwarki czy cyfrowego kalendarza jako zwykłych narzędzi. One realnie przejmują część funkcji poznawczych: pamiętania, planowania, orientacji czy wyszukiwania informacji. Klasyczne badanie Betsy Sparrow i współautorów, znane jako opis tzw. efektu Google’a, pokazało, że gdy ludzie wiedzą, iż informacja będzie dostępna później, słabiej zapamiętują jej treść, a lepiej pamiętają, gdzie ją znaleźć. To nie musi oznaczać „głupienia”. Oznacza raczej reorganizację procesów poznawczych.
W erze dużych modeli językowych ten proces może się jeszcze pogłębiać. Być może coraz bardziej zasadne będzie mówienie nie tylko o efekcie Google’a, lecz szerzej o delegowaniu części myślenia systemom cyfrowym. I właśnie tu widać ważną ciągłość: cyborgizacja ma dwa oblicza. Jedno jest spektakularne, wszczepialne, „hardware’owe”. Drugie jest codzienne i niemal przezroczyste, polega na tym, że część naszych procesów poznawczych już teraz rozgrywa się w partnerstwie z technologią. Być może to właśnie to drugie oblicze przygotowuje grunt pod pierwsze?
Jeśli spojrzeć na wyniki badań oraz rozwój technologii w szerszej perspektywie, trudno uznać cyborgizację za zjawisko całkowicie nowe. Nowe są przede wszystkim środki. Motywacje pozostają w dużej mierze niezmienne. Dążenie do poprawy zdrowia, zwiększenia sprawności czy przekraczania ograniczeń własnego ciała ma długą historię i znajduje odzwierciedlenie w wielu obszarach życia społecznego. W tym sensie technologie cyborgizacyjne można interpretować jako kontynuację wcześniejszych praktyk, tyle że realizowaną przy użyciu bardziej zaawansowanych i bezpośrednich narzędzi.
Jednocześnie jednak współczesne rozwiązania wprowadzają jakościową zmianę. Coraz częściej ingerują nie tylko w funkcjonowanie ciała, lecz także w procesy poznawcze i emocjonalne, a więc w obszary silnie związane z poczuciem tożsamości i autonomii. To właśnie ten aspekt, a nie sam poziom zaawansowania technologii, okazuje się kluczowy dla ich społecznej oceny.
Nasze badania pokazują wyraźnie, że akceptacja cyborgizacji ma charakter warunkowy. Technologie są przyjmowane wtedy, gdy ich funkcja jest czytelna i społecznie uzasadniona, a odrzucane lub kwestionowane w sytuacjach, w których pojawiają się wątpliwości dotyczące kontroli, granic ingerencji lub potencjalnych konsekwencji społecznych. W szczególności dotyczy to rozwiązań wykraczających poza model medyczny i zmierzających w kierunku zwiększania możliwości zdrowych osób.
W tym kontekście szczególnego znaczenia nabierają trzy obszary. Pierwszym są ramy regulacyjne. Rozwój technologii ingerujących w ciało i układ nerwowy wymagają jasnych zasad dotyczących bezpieczeństwa, prywatności, odpowiedzialności oraz zakresu dopuszczalnych zastosowań. Nasz raport pokazał, że respondenci najczęściej wskazują tu na połączenie autonomii jednostki i roli środowisk naukowych, przy niewielkim zaufaniu do instytucji religijnych i umiarkowanym do politycznych. To ciekawy wynik: nie chodzi o pełną deregulację, lecz raczej o regulację opartą na wiedzy eksperckiej i szanującą indywidualną autonomię.
Drugim obszarem jest edukacja i komunikacja społeczna. Skoro znacząca część społeczeństwa nie ma jeszcze jednoznacznie ukształtowanej opinii na temat wielu technologii, sposób ich przedstawiania może w istotny sposób wpływać na poziom akceptacji. Technologie postrzegane jako zrozumiałe i funkcjonalne są oceniane inaczej niż te, które pozostają niejasne lub kojarzą się z niekontrolowaną ingerencją.
Trzecim obszarem są nierówności i dostęp. W miarę jak technologie ulepszające człowieka będą się rozwijać, pojawi się pytanie o to, kto i na jakich warunkach będzie mógł z nich korzystać. Potencjalne różnice w dostępie mogą prowadzić do nowych form nierówności, które wykraczają poza dotychczasowe podziały społeczne. To szczególnie ważne, bo technologia, która miała być narzędziem poprawy życia, może stać się zarazem źródłem nowej presji: edukacyjnej, zawodowej, kulturowej. To, co dziś jest wyborem, jutro może stać się oczekiwaniem.
Wszystkie te elementy pokazują, że przyszłość cyborgizacji nie jest wyłącznie kwestią rozwoju technologicznego. W równym stopniu zależy od decyzji społecznych, instytucjonalnych i kulturowych. W tym sensie cyborgizacja nie powinna być postrzegana ani jako nieunikniony kierunek rozwoju, ani jako zjawisko, które można jednoznacznie ocenić w kategoriach zagrożenia lub postępu. Jest raczej procesem, w którym możliwości technologiczne spotykają się z ludzkimi potrzebami, wartościami i ograniczeniami.
To, w jakim kierunku proces ten będzie się rozwijał, pozostaje otwartą kwestią. I właśnie dlatego jego analiza wymaga nie tylko wiedzy technicznej, lecz także uważnego namysłu nad tym, jak rozumiemy granice ingerencji w człowieka oraz jakie konsekwencje jesteśmy gotowi zaakceptować.
Dr Konrad Maj, kierownik Centrum HumanTech, Zakład Sztucznej Inteligencji, Wydział Projektowania2, Uniwersytet SWPS w Warszawie