logo
FA 4/2026 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Jeszcze raz o naukowej monografii

Jeszcze raz o naukowej monografii 1

Rys. Sławomir Makal

Lista wydawnictw publikujących recenzowane monografie była i jest nadal bardzo długa. Znajdują się na niej zarówno oficyny, które przez wiele lat pracowały na swoją renomę, jak i takiej renomy nie posiadające. Niepokoić może również to, że niektóre wydawnictwa wcześniej znane z przestrzegania wysokich standardów naukowości, obniżyły „loty” i zaczęły się dopasowywać do reguł rynkowych.

Jakiś czas temu wypowiadałem się na łamach FA na temat naukowych monografii. Zmiany zachodzące w środowisku akademickim są jednak tak dynamiczne, że trzeba byłoby być prorokiem, aby trafnie przewidzieć to, co może się pojawić po kilku. Dotyczy to również monografii. Zwrócę uwagę na kilka kwestii, które mogą mieć wpływ nie tylko na podejmowanie prób napisania takiego dzieła, ale także na ocenę parametryczną dyscypliny; a parametryzacja przecież już puka do drzwi.

Co się nie zmieniło?

Na początek kilka słów o tym, co nie uległo zmianie w sprawie monografii. Po pierwsze zatem nie zmieniło się marzenie uczonych, aby napisać i opublikować w prestiżowym wydawnictwie monografię, która „rzuci na kolana” nawet najbardziej nieprzychylną część akademickiego środowiska, a im samym zapewni miejsce w panteonie naukowych wielkości. Rzecz jasna pomarzyć można, a czasami nawet trzeba, bo może to okazać się bardziej konstruktywne niż bierne przyglądanie się tym, którzy takie monografie napisali i osiągnęli w nauce znaczące sukcesy. Problem jednak w tym, aby nie poprzestawać na marzeniach. Z mojej akademickiej młodości pamiętam osoby, które „wszem wobec” opowiadały, że pracują nad wielką monografią, na którą nie zdobył się nikt przed nimi. I co? Niestety żadna taka monografia nie powstała. Niektórzy musieli dość szybko pożegnać się z uczelnią, bowiem ich osiągnięcia naukowe były dalekie od obowiązujących wymagań. Inne zadowolili się uzyskaniem stopnia doktora habilitowanego oraz stanowiskiem profesora uczelnianego i uznali, że spełnili już swoją naukową misję. Są również osoby, które nadal snują podobne plany, mimo że weszli już w wiek emerytalny.

Po drugie nie zmieniło się traktowanie naukowych monografii jako osiągnięcia bardziej znaczącego niż naukowy artykuł; nie tylko przez autorów, ale także przez stanowiących kryteria osiągnięć uczonego i dyscypliny, do której daje on swoją afiliację. Nadal obowiązuje rozporządzenie ministra nauki i szkolnictwa wyższego z 12 grudnia 2016 r. w tej sprawie. Doprecyzowano w nim pojęcie monografii (poprzez wskazanie, że „stanowi ona spójne tematycznie opracowanie naukowe” oraz „przedstawia określone zagadnienie w sposób oryginalny i twórczy”), wprowadzono kategorię „monografia – dzieło wybitne”, a także wskazano dla niej kryteria (w świetle tego rozporządzenia można do nich zaliczyć tylko te, które otrzymały którąś z 7 nagród). Jednak obniżono minimalną objętość monografii do „co najmniej 6 arkuszy wydawniczych” (wcześniej było 10). Uzupełnieniem był „wzór karty oceny jednostek o zakresie działalności należącym do grupy nauk” oraz przypisane monografiom określone punktacje: wówczas mieściła się ona w przedziale od 25 do 50 pkt. („w przypadku monografii naukowej uznanej za dzieło wybitne”). Wprawdzie mniej korzystny był przelicznik za monografie wieloautorskie, jednak korzystniejszy niż za artykuł w czasopiśmie. W późniejszych latach te przeliczniki się zmieniały (w przypadku monografii opublikowanej w którymś z 36 zagranicznych wydawnictw z najwyższej półki można otrzymać 200 pkt), jednak niezmienna pozostała ich wyższa punktacja niż punktacja artykułów w zdecydowanej większości czasopism z ministerialnej listy. Sprawiło to, że zaczęły się pojawiać produkty „monografiopodobne”, jeśli tak można nazwać coś, co jest jedynie „zszywką” wcześniej opublikowanych artykułów.

Nie nawołuję do „polowań na czarownice”. Chcę jedynie powiedzieć, że nie zmieniła się skłonność uczonych do wyszukiwania luk, przez które można się przecisnąć, jeśli kogoś nie stać na pokonanie barier wymagających odpowiednio wysokich kwalifikacji i odpowiednio dużego nakładu pracy. A nie jest to przecież biblijne „ucho igielne”, dostępne jedynie dla najwybitniejszych.

Jednak to, czy etyczne standardy naukowej przyzwoitości nie zmieniły się w ostatnich latach jest już kwestią dyskusyjną. Kodeks etyki pracownika naukowego nie jest wprawdzie aż tak starej daty (został uchwalony 13 grudnia 2012 r.), aby można byłoby powiedzieć, że pochodzi z innej epoki, jednak można się poważnie zastanawiać, czy wyraża on już tylko pewne ideały, czy jest również dopasowany do realiów akademickiego życia w naszym kraju. Tak czy inaczej płynna jest granica między zwyczajnym cwaniactwem i nadzwyczajną zaradnością uczonych. Problem w tym, że to, co dla jednych jest wyrazem cwaniactwa, dla drugich stanowi dowód zaradności.

Co się zmieniło?

Przeprowadzona ponad cztery lata temu parametryzacja dyscyplin naukowych pokazała, że dosyć radykalnie zmienił się obraz akademickiej Polski. Niespodzianką dla wielu było pojawienie się na czołowych miejscach ośrodków, o których „potędze” słyszeli głównie ich pracownicy. A i to nie wszyscy, bowiem zdarzało się, że wysoką kategorię otrzymała jedna czy dwie dyscypliny z takiego ośrodka, a pozostałe znajdowały się w ogonie „peletonu”. Dla osób, które już wcześniej wskazywały, że ministerialna lista czasopism i wydawnictw jest wyrazem paranoi, nie było to jednak wielkim zaskoczeniem. Dla publikacji pretendujących do miana naukowych monografii otworzył się swoisty raj. Lista wydawnictw publikujących recenzowane monografie była i jest nadal bardzo długa. Znajdują się na niej zarówno oficyny, które przez wiele lat pracowały na swoją renomę, jak i takiej renomy nie posiadające. Niepokoić może również to, że niektóre wydawnictwa wcześniej znane z przestrzegania wysokich standardów naukowości, obniżyły „loty” i zaczęły się dopasowywać do reguł rynkowych. Dotyczy to nie tylko polskich wydawnictw, także zagranicznych, które na ministerialnej liście zajmują najwyższe pozycje. Wprawdzie nie dołączyły one jeszcze do grona największych „drapieżników” wydawniczych (takich jak Penguin Random House czy Hachette Livre), jednak już dzisiaj stosują podział publikacji na takie, które mogą przyczynić się do utrzymania naukowego prestiżu, oraz takie, które gwarantują większe zyski ze sprzedaży lub dofinansowania publikacji. Odrębną kategorię stanowią te finansowane w całości przez autora lub jego instytucjonalnego sponsora. Rzecz jasna koszty takiego zewnętrznego finansowania różnią się w poszczególnych wydawnictwach. Jednak jest regułą, że im wyższym prestiżem w środowisku akademickim cieszy się wydawnictwo, tym te koszty są wyższe. Mogli się o tym przekonać autorzy, którzy otrzymywali kosztorysy swoich monografii z kilku takich wydawnictw.

Problemem jest również kwestia recenzowania monografii zgłoszonych do druku. W wydawnictwach zagranicznych z najwyższej ministerialnej „półki” z reguły występuje kilkustopniowy proces opiniowania. Zdarza się, że monografie są odrzucane już na wstępnym etapie, jednak nie na podstawie opinii naukowego specjalisty, lecz odpowiedzialnego za określony dział w wydawnictwie redaktor, który być może orientuje się, czy dana propozycja przyniesie wydawnictwu finansowy zysk. Pozostają jednak wątpliwości, czy ma on odpowiednie kompetencje, aby ocenić książkę również pod względem wartości naukowej, a jego opinia rzadko kiedy jest weryfikowana. W wydawnictwach z niższej „półki” do druku przyjmowane jest albo wszystko „jak leci” (bo plan wydawniczy trzeba czymś zapełnić), albo rekomendacje wydawnicze mają nieraz charakter grzecznościowy, koleżeński lub tak zdawkowy, że odnosi się wrażenie, iż recenzent nie chciałby ponosić współodpowiedzialności za opublikowanie „naukowego” bubla. Mówię to jako osoba pełniąca od wielu lat funkcję redaktora naczelnego takiego wydawnictwa. Zdarzają się oczywiście recenzje, które kończą się negatywną konkluzją. Te jednak można podzielić na takie, w których recenzent jest osobą kompetentną i potrafi wskazać rzeczywiste braki w monografii, oraz takie, w których recenzent ma porachunki z autorem i swoją opinię traktuje jako dobrą okazję do „rozliczenia się” z nim. Tak jest od wielu lat. Ostatnio zwiększyła się jednak nie tylko liczba wydawnictw, które znalazły się na ministerialnej liście, ale także liczba osób, które uzyskały stopień doktora habilitowanego lub profesora i mogą formalnie występować w roli wydawniczych recenzentów. Problem w tym, że jednocześnie nie zwiększyła się znacząco liczba skłonnych poważnie traktować tę rolę.

Dla podejmowania trudu pisania monografii istotne znaczenie ma również ustawa z dnia 20 lipca 2018 r. – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, nazywana również Konstytucją dla Nauki. Teoretycznie regulacje prawne powinny sprzyjać podejmowaniu prób pisania poważnych monografii, bowiem praktycznie zniesione zostało zagrożenie utraty zatrudnienia na uczelni przez tych, którym taka próba się nie powiodła lub potrzebują na napisanie monografii więcej czasu. W praktyce się okazało, że jedni akademicy skorzystali z takiej możliwości i w końcu napisali swoje monografie (mimo że przeniesieni zostali na stanowiska dydaktyczne), natomiast inni potraktowali to, jako zwolnienie z obowiązku aktywności naukowej. Jeśli coś w tym zakresie robią, to są to działania, które umacniają ich w przekonaniu, że naukowo jeszcze wiele mogą – tylko po co i za jakie pieniądze. Osoby, które się „sparzyły” na próbie uzyskania stopnia doktora habilitowanego (jeśli tak można powiedzieć o uznaniu ich rozprawy habilitacyjnej za mało wartościową naukowo), mogą oczywiście ponowić próbę, jednak już nie na podstawie tych samych osiągnięć. Urazy bywają jednak tak głębokie, że trudno jest się na to zdobyć, zwłaszcza gdy niedoszli doktorzy są przekonani, że zostali skrzywdzeni przez recenzentów (nieobiektywni recenzenci również w procedurze habilitacyjnej się zdarzają).

Co można zrobić?

Jeślibym powiedział, że mimo wszystko i mimo wszystkim, którzy uważają, że nie stać nas na napisanie poważnej monografii, należałoby podjąć trud jej napisania, to mógłbym być wzięty za „filozofa”, który się wymądrza, bowiem jestem w o tyle komfortowej sytuacji, że w swoim zawodowym życiu już nic nie muszę, a to, co zrobiłem, zostało rozliczone zarówno w drodze do tytułu profesora, jak i na uczelnianym etacie. Jest w tym sporo racji, bowiem od ponad trzydziestu lat posiadam tytuł, a od ponad roku jestem osobą wolną od troski o uzyskanie przez dyscyplinę, którą uprawiam możliwie najwyższej oceny parametrycznej. Rzeczone uwolnienie ma pewien wpływ na to, że obecnie mogę więcej czasu poświęcić na pisanie monografii. Obecnie stać mnie na napisanie jednej lub dwóch w roku i dopóki mi to nie przejdzie, nie mam zamiaru zaniechania tego „procederu”. Spotykałem się z pytaniem: po co mi to? Niestety nie potrafię na nie przekonująco odpowiedzieć, by zadowolić moich oponentów, a słowa, że nie chcę im tym pisaniem sprawiać przykrości, zapewne przyjęliby z niedowierzeniem. Co prawda są w akademickim środowisku uczeni, którzy opublikowali więcej monografii niż ja. Należy do nich m.in. amerykański filozof Noam Chomsky. Jednak Polska to jeszcze nie Ameryka.

Teraz poważnie. Produkcję książek i broszur „monografiopodobnych” można byłoby ograniczyć bądź poprzez skrócenie ministerialnej listy oficyn, zwłaszcza krajowych, wydających recenzowane naukowe monografie, bądź poprzez większe zróżnicowanie ich kategorii. Tak czy inaczej, na liście wydawnictw powinny się znajdować tylko te, które mogą się wykazać zarówno doświadczeniem, jak i aktualną ofertą wydawniczą, w której figurują publikacje uczonych o uznanej renomie. Oznaczałoby to uprzywilejowanie wydawnictw uczelnianych. One jednak miewają słabo zorganizowaną dystrybucję. Można byłoby zatem uwzględnić w większym stopniu osiągnięcia w upowszechnianiu książek naukowych oraz ich sprzedaży krajowej i zagranicznej. Można byłoby również wprowadzić bardziej zróżnicowany system punktacji dla poszczególnych dziedzin nauki. Najwięcej jednak zależy od samych uczonych – nie tylko od ich kwalifikacji, ale także motywacji do podjęcia trudu pisania monografii. Zapewne motywacja byłaby większa, gdyby mieli przekonanie, że ich osiągnięcie ktoś potrafi docenić i obiektywnie ocenić.

Wróć