Jacek Hnidiuk

Doskonale już wiemy, że „Słowacki wielkim poetą był”. A co z Gombrowiczem? Na to pytanie stara się pośrednio odpowiedzieć klasyk-literaturoznawca Włodzimierz Bolecki, specjalista nie tylko od Gombrowicza. Książka jest zbiorem szkiców pisanych na przestrzeni ostatnich trzech dekad, część z nich została poszerzona i zaktualizowana. Rozpiętość tematyczna zebranych tekstów, które łączy osoba i dzieło autora Ferdydurke, pozwala chyba użyć terminu (rzecz jasna trochę na wyrost) „kompendium”. Czegóż w tych szkicach nie ma: wątki filozoficzne i biograficzne, krytycznoliterackie i interpretacje, sfera lingwistyczna dzieł Gombrowicza przenika się z refleksjami natury epistemologicznej. Można by rzec, że w tym przekrojowym podejściu odbija się cały, par excellence, Kosmos. Miłośników Gombrowicza może to nie zdziwi, ale wiele osób z przyjemnością dowie się, że był on również aforystą: „Ludzkość wszystko zamienia na pieniądze i wydaje resztę” albo „Świat istnieje tylko dzięki temu, że zawsze za późno się cofać”.
Gombrowicz „od zawsze” chciał stać się częścią historii literatury, pisarzem-pomnikiem, z jednej strony zależało mu na tym, aby pozostać osobnym, z drugiej marzył o wielkiej popularności. Bez wątpienia zazdrościł jej Henrykowi Sienkiewiczowi i chociaż deprecjonował dokonania autora Trylogii, nazywając go „pierwszorzędnym pisarzem drugorzędnym” i twierdząc, że jego kiepskie powieści mają fatalny wpływ na polskie społeczeństwo, to widać w tym kompleks pisarza niespełnionego i podążającego za masową sławą, którą w swym wysublimowanym guście na pozór gardził. Jednakże w polemice z Czesławem Miłoszem staje, zaskakująco, po stronie konserwatywnego sarmatyzmu, którego ostrze wymierza w „uparty rewizjonizm Zachodu”. Swoją drogą Gombrowicz zawsze uciekał od historii, tak bliskiej i niezbędnej Miłoszowi, chociaż żył w czasach (niestety?) obfitujących w historyczne wydarzenia. Na nazizm i stalinizm mógł patrzeć z dystansem człowieka zamieszkującego drugi kraniec świata.
Jak w innym miejscu pisze Bolecki: „Dla Gombrowicza przeciwieństwem nauki była sztuka, przeciwieństwem uczonego – artysta. Ale nie tylko przeciwieństwem – także wrogiem”. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że pomimo ośmieszania koncepcji „sztuka dla sztuki” Gombrowicz zbudował oparty na filozoficzno-literackich podwalinach kościół własnej sztuki, w którym pełnił rolę jedynego i najwyższego kapłana. Wszak nie stronił od autokomentarzy, a w wywiadach chętnie wyjaśniał meandry swojej twórczości, aby odbiorcy nie pokusili się o błędne interpretacje. W jednym z artykułów Boleckiego pojawia się także triumwirat Schulz – Witkacy – Gombrowicz, próba pokazania wspólnoty i jednocześnie odrębności tak wyraziście indywidualnych postaci międzywojennej literatury.
Wracając do początku zapytamy: A co ze Słowackim? Może Gombrowicz miał obsesję na punkcie wieszcza? Może katowany w dzieciństwie anielskimi wersami postanowił po latach odpłacić mu pięknym za nadobne? Nic bardziej mylnego. Autor szkiców wręcz twierdzi, że Słowacki wcale nie zajmował Gombrowicza, a już na pewno nie był figurą skupiającą w sobie jego literackie niechęci. Biograficzne relacje potwierdzają coś przeciwnego, że „Gombro” fascynował się samotnymi romantykami. Jako przykład Bolecki podaje chociażby szereg podobieństw na linii Słowacki – Gombrowicz: bliska relacja z matką, problemy zdrowotne czy konflikt z ojcem.
Nigdy nie należałem do admiratorów dokonań Gombrowicza i w odniesieniu do tej spuścizny bliskie mi jest zdanie „jak zachwyca, jeśli nie zachwyca”. Jego ahistoryczna filozofia wydawała mi się zbyt wydumana, a koncentracja sensów i znaczeń trochę na wyrost. Ale to tylko czytelnicza opinia, która nie zmienia faktu, że Witold Gombrowicz jest jednym z filarów literatury polskiej, co znakomicie egzemplifikuje Włodzimierz Bolecki.
Jacek Hnidiuk
Włodzimierz BOLECKI, Czy Gombrowicz miał oczy?, Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2024.
Wróć