Marcelina Smużewska

Źródło: pcma.uw.edu.pl
Anna Świderek (preferowała formę: Świderkówna) urodziła się 5 grudnia 1925 roku. Była córką chemików: Mariana Świderka (ur. 1897) i Haliny z domu Borkowskiej (ur. 1899). O swoim domu rodzinnym powiedziała, że wywarł na nią ogromny, wpływ, „ukształtował jej życie we wszystkim, w różnych drobiazgach” (Chodzić po wodzie. Z Anną Świderkówną rozmawia Elżbieta Przybył, Znak, Kraków 2003). W dorosłym życiu Świderkówna starała się myśleć i postępować jak matka. Nie bez znaczenia była także postać ojca – profesora chemicznej technologii organicznej.
Rodzice nie byli specjalnie wierzący, a mówiąc bardziej precyzyjnie – praktykujący, choć uznawali się za katolików. Matka zresztą wychowała się w rodzinie protestanckiej i dopiero w wieku szkolnym przeszła na katolicyzm, bo nie chciała się wyróżniać. Pochodziła z zamożnej rodziny. Dziadek Borkowski założył w Warszawie fabrykę urządzeń elektrotechnicznych. Poza fabryką firma miała także sklepy. Produkowano lodówki elektryczne, a pierwszy całkowicie polski aparat rentgenowski „Promień X 1” był dziełem matki Świderkówny i inż. Chrzanowskiego. Dziadek od strony ojca był kolejarzem, natomiast babka miała korzenie szlacheckie. Pochodzili z Łodzi.
Rodzice Świderkówny poznali się na studiach chemicznych na Politechnice Warszawskiej. Pobrali się w 1921 roku i zamieszkali u rodziców panny młodej przy ul. Wspólnej. Mała Ania rozpoczęła naukę w szkole im. Cecylii Zyberk-Platerówny, ale potem przeszła na edukację domową. Dziadek kupił majątek pod Warszawą. Wieś nazywała się Siestrzeń i tam przeniosły się wraz z matką. Do czasu gimnazjum Świderkówna była kształcona przez guwernantkę. Potem była wzorową uczennicą. Jej piętą achillesową była jedynie gimnastyka, z której przeważnie dostawała oceny dostateczne. Pierwszą książką, która zrobiła na niej wrażenie, było Quo vadis. Czytała ją wielokrotnie, choć pomijała fragmenty będące opisem scen intymnych, bo tak chciała nauczycielka. W wieku 13 lat napisała list do prof. Tadeusza Zielińskiego (1859-1944), który był autorem Grecji niepodległej. Odpisał jej sympatycznym tonem, dziękując za pochwały i przewidział, że za jakiś czas trafi na uniwersytet. Po tym liście Świderkówna zaczęła uczyć się greki. Najpierw z koleżanką, potem przy wsparciu ciotki i nauczycielki – łacinniczki. Mimo wybuchu wojny Świderkówna kontynuowała samodzielną naukę tego języka i szykowała się do matury, głównie ucząc się w domu. W 1941 roku zdała maturę na tajnych kompletach. Prace pisemne pisała z polskiego i francuskiego. Egzaminy ustne zdawała z łaciny, historii i polskiego.
P
o agresji Niemiec na Polskę Marian Świderek, który pracował w Wojskowym Instytucie Przeciwgazowym, został zmuszony do spalenia swoich prac badawczych. Zachowało się tylko Vademecum obrony przeciwgazowej, którego był współautorem. Początkowo sądzono, że ewakuował się z instytutem do Rumunii. On jednak próbował przedostać się na Węgry i został aresztowany przez bolszewików, a później osadzony w Sanoku. Stamtąd trafił do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Matka Ani próbowała go na różne sposoby wydostać. Jeździła nawet do gestapo w Berlinie. Po powrocie do Warszawy, pod koniec 1943 roku, Świderek zaangażował się w tajne nauczanie i organizację struktur politechniki. Ania natomiast pracowała w sklepie Borkowskich przy Alejach Jerozolimskich, na czym zależało matce. Fabryka także działała, choć była kontrolowana przez tzw. Rüstungskommando.
Świderkówna wstąpiła do AK na krótko przed powstaniem. Wszyscy chcieli walczyć, ale nie było czym. Pod kamienicami wydrążono korytarze, gdzie pełniło się dyżury. Pod domem Świderków było skrzyżowanie Wspólnej z Hożą. Historyczka wspominała, że bała się działań zbrojnych, ale uspokajała ją nieuchronność śmierci. Ojciec zaczął pracować w powstańczej fabryczce amunicji i tam został ciężko ranny. Przerabiał niewybuchy na sprawne bomby. Jeden z takich uśpionych granatów wybuchł mu w rękach. Lekarze ze szpitala polowego nie dawali Marianowi Świderkowi szans. Córka i matka przybyły do lazaretu, by być przy rannym. Niosły także pomoc innym chorym. To tam Anna Świderkówna zetknęła się pierwszy raz ze śmiercią. Mimo ofiar miała jednak przekonanie o nieuchronności i sensowności powstania. Po kapitulacji rodzina Świderków opuściła Warszawę jako wojsko (zgodnie z rozkazem „Bora” mogli wybrać). Ewakuowali się wraz ze szpitalem polowym. Trafili do Zeithain w Saksonii, do szpitala jenieckiego należącego do obozu Müllberg-Stalag IVB, gdzie pozostawali do czasu wyzwolenia przez bolszewików. Potem rodzina Świderków wyruszyła w drogę powrotną.
Po wojnie Anna poprosiła koleżankę z obozu Barbarę Wąsik (Filarską), żeby spytała prof. Kazimierza Kumanieckiego (1905-1977), czy przyjmie ją jako swoją uczennicę. Zgodził się, ale musiała najpierw zdać egzamin. Do wyboru była: gramatyka opisowa grecka lub tzw. wstęp do filologii klasycznej. Ania chciała zabłysnąć i zdecydowała się na pierwszą opcję. Zdała bardzo dobrze i w ten sposób rozpoczęła studia. Wielbicieli antyku było zaledwie troje. Na początek przewidziano lektorat z greckiego, ale Świderkówna już go znała, więc od razu zaczęła chodzić na seminarium do prof. Kumanieckiego. W 1946 roku prof. Jerzy Manteuffel (1900-1954), szef katedry papirologii, zaproponował jej asystenturę. Wspominała: „poczułam się trochę tak, jakby mi się oświadczył królewicz z bajki. Chciałam zostać na Uniwersytecie, ale w najśmielszych marzeniach nie wyobrażałam sobie, że ktoś mi to zaproponuje na pierwszym roku!” (Tamże).
Marian Świderek został profesorem na Politechnice Warszawskiej i pierwszym dyrektorem Instytutu Chemicznego na Żoliborzu. Jego bezpośrednim przełożonym był prof. Golański, przedwojenny komunista i kolega sprzed wojny. Chciał, żeby Świderek wyjechał do Stanów i zrobił sobie protezę ręki. Inną równie ważną kwestią były zakupy dla nowego Instytutu. Ojciec z córką spędzili w USA 5 miesięcy. Anna nie wykorzystała jednak naukowo tego wyjazdu. Jak wspominała, była zbyt młoda i nieśmiała, żeby zgłosić się do amerykańskich profesorów filologii klasycznej, choć miała nawet listy polecające.

Magisterium musiało być skończone po 3,5 roku studiów. Tak chciał prof. Manteuffel, dlatego Świderkówna pisała w pośpiechu. Praca musiała być po łacinie. Wtedy przysięgła sobie, że już nigdy w życiu nie napisze nic w tym języku i słowa dotrzymała (Tamże).
Magisterium obroniła na początku 1949 roku, a egzamin doktorski zdała już zimą 1951 roku. Praca dotyczyła legendy ajtiologicznej w dziełach Kallimacha. Tego rodzaju opowieść wyjaśnia przyczynę pojawiania się poszczególnych nazw lub naturę jakiegoś zjawiska. Rozprawę napisała po francusku. Autorce wydawało się, że tak będzie łatwiej dostępna dla odbiorców. Śpieszyła się z przygotowaniem tekstu ze względu na stan zdrowia swojego mistrza i nadchodzące zmiany w szkolnictwie wyższym (w 1952 roku zniesiono doktorat, zastępując go kandydaturą nauk). Od 1950 roku oficjalnym przełożonym Świderkówny na UW był stryjeczny brat poprzedniego profesora prof. Tadeusz Manteuffel (1902-1970). W 1960 roku historyczka habilitowała się i uzyskała etat docenta. Praca habilitacyjna dotyczyła tzw. archiwum Zenona. Był to sekretarz Apolloniosa, pierwszego ministra Ptolemeusza II, a potem zarządca jego majątku w Fajum. Miał taką pożyteczną cechę, że wszystkie dokumenty, które przechodziły przez jego ręce, zachowywał. W ten sposób można było odtworzyć, jak wyglądało życie ówczesnego społeczeństwa. Praca ukazała się drukiem w 1959 roku pt. W królestwie Apolloniosa. Społeczeństwo grecko-egipskie w Fajum w świetle archiwum Zenona.
W pracy aspirującego papirologa Świderkównie brakowało praktyki, dlatego wyjechała na stypendium do Instytutu Papirologicznego na Sorbonie, którym kierował prof. André Bataille (1908-1965). Był to rok 1957. Tam dostała papirusy do opracowania i wydania. Omówienie ukazało się w „Journal of Juristic Papirology”. Inną istotną osobą w karierze Anny Świderkówny był angielski profesor sir Eric Turner (1911-1983). Wspominała także prof. Herberta C. Youtie (1904-1980) z Michigan University. Konferencje papirologów były miejscem nabywania praktyki. Przez kilka tygodni pracowano w jednym miejscu, nad własnym materiałem, korzystając z pomocy uznanych autorytetów w dziedzinie.
W 1959 roku Świderkówna była także na stypendium w Egipcie. Spędziła tam łącznie 8 miesięcy, a opiekunem był tam prof. Kazimierz Michałowski (1901-1981), znany polski archeolog. Świderkówna nie pracowała jednak na wykopaliskach. Jak sama wspominała, nie nadawała się do tego, choć sam profesor uważał, że odczytywanie inskrypcji na miejscu mogłoby ułatwiać datowanie obiektów. Miejscem, gdzie spędziła najwięcej czasu, było Muzeum Grecko-Rzymskie w Aleksandrii. Zbiór tej placówki był bogaty, jednak słabo uporządkowany. Zadaniem Świderkówny było znalezienie papirusów w muzeum i opracowanie ich. W swoich wspomnieniach nazwała to „wykopaliskami w muzeum” (Tamże). Wiele z tamtejszych papirusów było źle zabezpieczonych, toteż były nie do odczytania. Na początku XX wieku i wcześniej zamykano je w szklanych szybkach, jednak nie zawsze dbano o szczelność. Wtedy papirusy gniły. Niektóre podklejano współczesnym papierem, co powodowało, że dostawały się do nich szkodniki wyjadające substancję, która miała zabytek zabezpieczać. W efekcie starożytne dokumenty stawały się nieczytelne. To, co dało się opisać, Anna Świderkówna i Włoszka Mariangela Vandoni wydały w publikacji Papirusy aleksandryjskie.
Choć większość z zachowanych papirusów to były rachunki, sprawozdania sądowe czy umowy, można znaleźć też listy prywatne i inne ciekawe dokumenty. Dzięki temu wiadomo było, kto pisał, dlaczego i do kogo, co wiele mówi o człowieku sprzed wieków. Jednak losowi papirologa towarzyszy też frustracja. Jak już wspomniałam, rzadko który dokument jest czytelny. To bardzo żmudna praca. Czasem, żeby zrozumieć jakiś dokument, trzeba szczegółowo wejść w temat, np. hodowlę bydła lub zagadnienia z zakresu architektury.
Równolegle do badania papirusów Świderkówna zajęła się pracą popularnonaukową. Pierwszą książką skierowaną do szerokiego grona odbiorców była Kiedy piaski egipskie przemówiły po grecku. Została wydana w 1959 roku i wznowiona 11 lat później. Wcześniej jeszcze autorka próbowała przekładu poezji greckiej i łacińskiej. Tomiki zostały docenione przez Tuwima i Parandowskiego, co było dla Świderkówny niezwykle miłe. Kolejne książki popularnonaukowe to: Historie nieznane historii (1962), Hellada królów (1967, 1969), Książka się rozwija (wraz z Marią Nowicką, 1970), Hellenika. Wizerunek epoki od Aleksandra do Augusta (1974), Papirologia i papirusy (1974), Siedem Kleopatr (1978), Życie codzienne w Egipcie greckich papirusów (1983), Bogowie zeszli z Olimpu. Bóstwo i mit w greckiej literaturze świata hellenistycznego (1991). Spod pióra Świderkówny wyszła też powieść dla dzieci pt. Koń, który trafił do historii (w pierwszej wersji tytuł brzmiał: Koń, który nazywał się Bukefalas).

W 1969 roku otrzymała tytuł profesora nadzwyczajnego. Profesorem zwyczajnym została w 1986 roku, kiedy żaden z jej wcześniejszych opiekunów już nie żył. Katedrą, a potem Zakładem Papirologii kierowała przez 30 lat (1961-1991). Wykształciła następców, których uważała za lepszych od siebie.
Cechą charakterystyczną profesor Anny Świderkówny była silna wiara w Boga. Od dziecka regularnie praktykowała, a od 1947 roku wstąpiła także do Sodalicji. Organizacja wzmocniła jej wiarę i ukształtowała pasję do chodzenia po górach. Także tam poznała swojego stałego spowiednika, czyli „ojca duchowego” – ks. Bogdana Jankowskiego (później ojca Augustyna). Ta relacja, rodzaj kierownictwa duchowego, była dla niej ważna. Z czasem spotkania zmieniły się w korespondencję, ponieważ Świderkówna mieszkała i pracowała w Warszawie, a ojciec Augustyn przebywał w Tyńcu. Nigdy nie wyszła za mąż. Z jednej strony skupiała się na nauce i karierze. Z drugiej zazwyczaj zakochiwała się bez wzajemności. Matka nie naciskała na zamążpójście. Kiedyś nawet powiedziała córce: „Jeśli wyjdziesz, nie będziesz wiedziała, jak to jest, gdy się nie wyjdzie” (Tamże). Od 1959 roku Profesor nosiła się z myślą o wstąpieniu do klasztoru. W lutym 1961 roku złożyła uroczystą przysięgę swojemu spowiednikowi, że zrobi to, gdy tylko będzie to moralnie możliwe. Opiekowała się mamą i babcią, a zostawienie ich samych było dla historyczki nie do zaakceptowania. Na wstąpienie do klasztoru czekała 17 lat. Zrobiła to we wrześniu 1978 roku, dwa lata po śmierci matki.
Na uczelni wystąpiła o urlop. Oficjalnie niewielu współpracowników wiedziało o decyzji Świderkówny. Życie zakonne okazało się trudne, bo zawsze przebywa się w tej samej grupie. Poza tym sprawy drobne urastają we wspólnocie zakonnej do rozmiarów niewyobrażalnych. Trafiła do Żarnowca i pozwalano jej tam pisać. Zaskoczyła ją radość, która dominowała w życiu codziennym niemal na każdym kroku. Natomiast denerwował fałszujący chór. Choć to wydaje się błahe, naprawdę sprawiało jej przykrość, bo utrudniało modlitwę. Brakowało jej też milczenia. Klasztor i jego reguły uznała za bardzo zacofane. Odnosiła się też krytycznie do zagadnienia umartwiania się. Efekt był taki, że przełożona Świderkówny uznała, że nie ma ona powołania. Władze klasztorne usunęły Panią Profesor z Żarnowca. Sytuację skomentowała następująco: „Bo nawet jeśli przełożony zakonny się myli, Bóg zawsze ma rację. Pan potrafi pisać prosto po naszych krzywych ścieżkach” (Tamże).

Po odejściu z zakonu Profesor wróciła do studiowania papirusów, jednak nie szło jej to zbyt dobrze. Jej wzrok się pogorszył, więc z konieczności papirologia stała się przeszłością. Zajęła się natomiast studiami nad Biblią. Zaczęło się od prowadzenia grupy młodzieży w warszawskim kościele redemptorystów. Potem były kolejne parafie i wykłady dla polonistów na uniwersytecie. Z czasem prelekcje stały się dostępne dla studentów różnych kierunków. Przychodziły na nie tłumy.
Od 1961 roku przyjaźniła się z ks. Janem Twardowskim (1915-2006). Co tydzień przez 30 lat odwiedzała go i rozmawiali o Biblii. Uczyli się od siebie nawzajem. Intelektualne pasje dzieliła także z ks. Henrykiem Muszyńskim (ur. 1933), który później został arcybiskupem gnieźnieńskim i Prymasem Polski (w latach 2009-2010). W swoim życiu kierowała się mottem: „to, co mam – mam, żeby dać innym, a to, czego nie mam, żeby mi inni dali” (Tamże). Dlatego tak sumiennie poświęcała czas bliźnim i dzieliła się wiedzą. Z czasem zaczęły powstawać kolejne książki popularnonaukowe.
W 1994 roku ukazały się Rozmowy o Biblii, rok później przekład z greckiego Ewangelii według św. Mateusza, w 1996 roku Rozmów o Biblii ciąg dalszy, kolejny przekład z greckiego, tym razem Ewangelii według św. Marka (1997), Rozmowy o Biblii: Nowy Testament (2000) i Prawie wszystko o Biblii z 2002 roku, Biblia a człowiek współczesny (2005), Rozmowy o Biblii: Opowieści i przypowieści (2006) oraz książka Nie tylko o Biblii (2006). Pod redakcją Anny Świderkówny powstał też Słownik pisarzy antycznych. Przełożyła Dzieje Grecji Nicholasa G.L. Hammonda. Publikowała krótsze teksty w „Znaku”, „Tygodniku Powszechnym” i „Gazecie Wyborczej”. Miała stałą audycję w Radiu Józef. Występowała też na antenie Radia Maryja. Uczestniczyła w obozach dla zdolnej młodzieży, które były organizowane przez Krajowy Fundusz na rzecz Dzieci.

Źródło: www.platerki-wspomnienia.blogspot.com za: www.archeologia.uw.edu.pl
To, co Świderkówna odnajduje w Biblii, jest w dużej mierze oparte na analizie językowej. Jej filozofia jest prosta, podana klarownie, a jednocześnie podnosi na duchu. Bóg stworzył człowieka po to, żeby na świecie zaistniała miłość. Ludzka miłość może się skończyć, ale boża – nie. Biblia jest historią świętego Boga i bardzo nieświętych ludzi, z którymi ma on ciągłe kłopoty. Słowo Boże nigdy się nie dezaktualizuje. Czasem po prostu potrzebujemy dojść do pewnego punktu w życiu, żeby je zrozumieć. Człowiek nie jest stworzony do samotności, ale do wspólnoty. Grzech to świadome wypowiedzenie posłuszeństwa Bogu. Cierpienie to tajemnica i ludzką miarą nie jesteśmy w stanie go zrozumieć. Próba racjonalizacji może doprowadzić do stawiania się na równi z Bogiem, a to grzech. Musimy pogodzić się z tym, że pewne rzeczy, czasem bardzo trudne, się nam przytrafiają. Cierpiąc, możemy zrobić jedno – spotkać się z Bogiem. Nie ma ludzi złych. Czasem jedynie dają się uwieść złu. Wiedza nie jest najważniejsza w życiu, ale miłość. Łatwiej jest poznać Boga niż człowieka, bo ten drugi się czasem broni. Jeśli się coś udowodni, to już nie trzeba w to wierzyć. Wiary samej w sobie nie da się udowodnić. Wiedza jest czymś ulotnym i szybko się zmienia. Z wiary musi wynikać postawa człowieka wierzącego. Z mocy zawierzenia wynika, co możemy od Boga otrzymać. Trzeba nie patrzeć na siebie i o sobie nie myśleć, a mieć oczy utkwione w Boga. Stwórca należy do wszystkich i nie można go zamknąć ani niczym ograniczyć. Im większe przeszkody przed człowiekiem, tym większa miłość Boga. Na starość Świderkówna patrzyła optymistycznie: to proces, w którym się wiele traci, ale też wiele zyskuje. Zbliżamy się do życia wiecznego, co powinno cieszyć i musimy być w gotowości. Nie ma czegoś takiego jak śmierć przedwczesna, bo Bóg zawsze wie, kiedy mamy odejść. Jeśli zostaniemy obdarzeni łaską świadomej śmierci, to trzeba z niej skorzystać. Przejdziemy przez śmierć w życie zupełnie nowe. Świętość to oczyszczanie drogi przed Bogiem. Zgoda na to, żeby działał przez nas.
Pani Profesor należała do Międzynarodowego Stowarzyszenia Papirologów. Zasiadała w Komitecie Nauk o Kulturze Antycznej PAN. Była członkinią Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Należała do Rycerskiego Zakonu Grobu Bożego w Jerozolimie. W 1999 roku wyróżniło ją Towarzystwo Naukowe KUL za całokształt dorobku humanizmu chrześcijańskiego. W 2006 roku dostała „Złotego Feniksa”, a rok później nagrodę literacką polskiego PEN Clubu. Pośmiertnie otrzymała Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Na temat Pani Profesor ukazały się następujące publikacje: Anna Świderkówna: z Aten do Jerozolimy. Wspomnienia przyjaciół (2013), wywiad Od bogów pogańskich do Boga żywego. Z profesor Anną Świderkówną rozmawia o. Włodzimierz Zatorski (2007), wywiad-rzeka Chodzić po wodzie. Z Anną Świderkówną rozmawia Elżbieta Przybył (2003).
Profesor Anna Świderkówna zmarła 16 sierpnia 2008 roku. W grudniu tegoż roku skończyłaby 83 lata. Pochowano ją w Warszawie na Cmentarzu Powązkowskim.
Wróć