Rozmowa z prof. Jerzym Stillerem z Wydziału Architektury Politechniki Śląskiej w Gliwicach

W swoich rozważaniach na temat rysunku architektonicznego przytacza pan stwierdzenie teoretyka sztuki okresu renesansu, Giorgia Vasariego, który uważał, że architektoniczny rysunek projektowy jest ważniejszy od realizacji. Co to w praktyce oznacza?
Realizacja bywa skażona kompromisami i nie zawsze jest zgodna z pierwotną koncepcją autora, tymczasem rysunek pobudza wyobraźnię i prowokuje do dyskusji, dając szansę na indywidualną interpretację; jest też unikalnym zapisem temperamentu twórcy. Mój wykładowca, prof. Jan Węcławski, któremu wiele zawdzięczam, powiedział mi kiedyś: „Jak nie będziesz miał pracy, to sobie ją wymyśl, ponieważ architektura musi być uprawiana permanentnie, podobnie jak malowanie obrazów”. Zacząłem więc rysować architekturę i robię to do dzisiaj. Po ukończeniu studiów, pracowałem przez jakiś czas z profesorem – robiłem przede wszystkim detale do kościołów, które projektował i była to bardzo ciekawa współpraca. Nie narzekałem więc na brak zajęć, ale ciągle się bałem, że skończy się projekt i co będzie dalej? Nie ma nowego, a tu pieniądze trzeba zarabiać.

Lata 80. były trudnym okresem dla projektantów, na szczęście podjął pan pracę na uczelni.
Nie od razu, dopiero od 1986 roku. Nie marzyłem, żeby zostać nauczycielem, jednak prof. Węcławski przekonał mnie, że to będzie dobra decyzja. Powiedział: „Obojętnie co będzie się działo, niech pan nie rezygnuje z pracy na uczelni, bo kontakt z młodymi ludźmi jest bezcenny, tego nie da się kupić”. I tak się ta moja akademicka przygoda zaczęła. Prawie trzydzieści lat przepracowałem w Poznaniu w Akademii Sztuk Pięknych, a teraz zaczynam siedemnasty rok pracy na Wydziale Architektury Politechniki Gliwickiej. Po habilitacji okazało się, że wszyscy potrzebują samodzielnych pracowników, trafiłem więc także na pewien czas do Instytutu Wzornictwa w Koszalinie. Próbowałem jeszcze żyć zarobkowo z projektowania poza uczelnią, ale stwierdziłem, że nie można dwóch rzeczy naraz robić dobrze i że trzeba się zdecydować, a ponieważ denerwowały mnie nieustanne uwagi, że muszę coś zrobić na jutro albo na wczoraj, postanowiłem, że nie będę brać zleceń i skoncentruję się tylko na pracy uczelnianej. Po siedmiu latach wróciłem jednak do projektowania zarobkowego, za sprawą mojego już nieżyjącego przyjaciela, który zaproponował mi studialny projekt odbudowy kościoła w Rokietnicy. Pracowaliśmy siedem miesięcy, powstała bardzo ciekawa koncepcja, ale ostatecznie nic z tego dla nas nie wyszło.
Dlaczego? Czy to była praca za „Bóg zapłać”?
Nie, zapłacono nam za koncepcję, lecz odstąpiono od realizacji. Gdy po trzech latach pomysł na realizację powrócił, zrobiła to już inna pracownia. Projekt zawsze funkcjonuje – jak to określam – w trzech różnych etapach. Najpierw jest myśl, którą trzeba kiedyś zapisać. Zapis, czyli rysunek, to drugi etap, który ma swoje ograniczenia, ale wyłącznie warsztatowe. Kiedy zaczynałem pracę, nie było jeszcze komputerów, powiedziałem więc sobie, że jeżeli mam rysować, to będę to robił tak, żeby zawsze rysować to co chcę, jak chcę i kiedy chcę.
Nie myśląc o żadnych ograniczeniach narzucanych przez inwestorów?

Tak. Trudno to sobie wyobrazić, ale przez wiele lat rysowałem dziesięć godzin dziennie i dzisiaj rzeczywiście mogę narysować wszystko, co chcę i jak chcę. Właściwie jest to tylko zabawa, ale gdy studenci pytają mnie, co trzeba zrobić, żeby tak rysować, odpowiadam, że wystarczy rysować codziennie przez 40 lat.
…i na dodatek przez dziesięć godzin dziennie…
Tak. Zawsze. Może poza okresami, kiedy muszę spłacać haracz systemowi i skupiać się nad pisaniem prac naukowych, mimo że nie jestem naukowcem, ale obliguje mnie do tego praca na politechnice. Mamy więc wspomniany zapis projektowy, a następnie jest etap trzeci, czyli realizacja. Gdybym miał te etapy do czegoś porównać, to przychodzi mi na myśl partytura muzyczna, czyli zapis i wykonanie utworu, które jest interpretacją. W projektowaniu zapisem jest projekt, a realizacja wiąże się z interpretacją projektu. Zdarzają się realizacje zgodne z projektem, ale najczęściej tak nie bywa, zawsze są ograniczenia, np. ekonomiczne, gdy z czegoś trzeba zrezygnować i zamiast okien drewnianych robi się plastikowe albo zamiast wielkiego komina – mały, aby użyć mniej cegieł. W konsekwencji okazuje się, że to, co powstaje, nie do końca jest zgodne z intencją autora.
Realizacje potrafią rozczarować.
Raz są lepsze, raz gorsze. Miałem kiedyś taki epizod w Suchym Lesie, gdzie pierwszy raz w życiu mogłem projektować od podstaw całe domy i wnętrza. Projektowałem nawet witraże, klamki, rozmaite detale. Problem polegał na tym, że i tam doszło do kompromisu, np. zamiast ceglanych murów oporowych (dom stał na skarpie) wprowadzono kamień polny. Niby to samo, ale nie to samo, gdyż kamień jest rustykalny, a cegła nie ma takiego charakteru. Kompromisy nie zawsze są do przyjęcia – kiedyś tupnąłem nogą i powiedziałem: dziękuję, nie będę się więcej tym domem zajmował. Czasami bywa też tak, że budynek może zniknąć, bo np. po 20 latach zostaje rozebrany i wtedy pozostają nam tylko rysunki projektowe. Nieistniejącą budowlę możemy ocenić tylko przez pryzmat projektu, który pokazuje, jaki naprawdę był pomysł autora. Co ciekawe, na przykład Leonardo da Vinci nie wybudował ani jednego budynku, ale zostawił po sobie kilkadziesiąt rysunków projektowych architektonicznych i dzisiaj wszyscy wpisują go na listę wybitnych architektów okresu renesansu. Inny przykład to Jacques Androuet du Cerceau, francuski architekt późnego renesansu, po którym nic się nie zachowało, wszystkie jego budynki albo nie zostały dokończone, albo zburzono je w czasie rewolucji. Pozostały tylko fantastyczne rysunki. Jacques Androuet du Cerceau wydał najpierw podręcznik do rysowania perspektywy, a potem zbiór projektów idealnych, gdyż pasjonowało go poszukiwanie idealnych rozwiązań. To bardzo ciekawy pomysł, że studialne prace niekoniecznie muszą być przeznaczone do realizacji, ale powinny stanowić próbę poszukiwania formy. Tymczasem, jak wspomniałem, ja przez pewien czas żyłem z projektowania realnych prywatnych domów. Ostatni projekt przygotowałem dla przyjaciela kolegi, który mieszkał w Niemczech i zapragnął wrócić do Polski. Nie miałem ochoty robić tego domu, zwłaszcza gdy pomyślałem sobie o urzędowych sprawach, ale nie wypadało odmówić. Zrobiłem koncepcję domu zgodnie ze swoim spojrzeniem na architekturę, a nawet mały modelik i powiedziałem: jak się podoba, możemy robić, a jeśli nie, to są inni architekci. Niestety, klient wpadł w zachwyt. Trzeba się było zmobilizować i tak powstał dom w Mosinie, który stoi do dzisiaj, ale niestety jest skażony kompromisami. Doszło do nich na etapie realizacji, głównie z winy wykonawców.

Pan jednak, jako niespokojny duch rysowniczy, przez cały czas rysował projekty idealnych domów, umieszczając je przeważnie w najbliższej okolicy. Niepokoiła pana sytuacja związana z architekturą obserwowaną z okna własnego mieszkania?
Staram się obłaskawiać przestrzeń, w której mieszkam i moje studialne projekty, których jest już ok 300, to są domy przeznaczone dla mnie.
300 domów – wspaniale!
Nikt nigdy nie zaprojektował dla siebie tylu domów co ja. Nie wybudowałem ich, ale przecież nie o to chodziło. Uważałem, że architekturę trzeba do kogoś adresować, że ona nie może być anonimowa, więc adresowałem ją do siebie. Podzieliłem moje projekty na dwie części: domy na wsi i w mieście. Obie rządzą się różnymi prawami. W przypadku wsi chciałem wrócić do idei staropolskiego dworu.
Od wielu lat podróżuje pan z aparatem fotograficznym, dokumentując zachowane pałace i dwory. W ślad za tym powstają rysunki, niejednokrotnie będące rekonstrukcjami poszczególnych faz projektowania zabytkowych budowli. Czy w ten sposób szuka pan inspiracji do swoich projektów?
Zaczęło się od potrzeby notowania tego, co ginie na naszych oczach. Dziś są to 1023 obiekty, przede wszystkim z Wielkopolski, i ponad 150 000 zdjęć. Przyjaciel, który przeważnie ze mną jeździ, ma tę zaletę, że jest gadułą, więc rozmawia z gospodarzami, a ja mogę spokojnie fotografować. Kiedyś zrobiłem wystawę wybranych zdjęć zatytułowaną Okruchy umarłego świata. Bo to jest umarły świat, nie można już go wskrzesić, można tylko duchy wywołać.
Wiele z tych dworków jest w stanie postępującej destrukcji.
Zdarzają się obiekty bardzo pięknie zachowane, jak pałac w Rogalinie, ale też dwory, które chylą się ku upadkowi i którymi nikt się nie zajmuje. Co jakiś czas zapisuję zdjęcia na twardy dysk i przekazuję konserwatorowi. Wracając do mojego rysowania, muszę opowiedzieć pewną anegdotę Kiedyś do mojej pracowni przyszedł klient. Siedziałem wśród tych swoich kalek, rysunków, on je ogląda i mówi: „Ładne te pana rysunki i pan sam je wszystkie rysuje? – Sam. – To pan do pieniędzy nie dojdzie”. Taka była jego konkluzja. A potem opowiedział mi. jak się można sprytnie urządzić: „Chciałem mieć sklep – mówi – więc kupiłem lokal dawnego fryzjera z wyposażeniem. I wie pan co zrobiłem? Napisałem na drzwiach, że w czwartek 16-go każdy może to, co chce, wziąć sobie stąd za darmo. Wszystko mi wymontowali i nie miałem żadnych kosztów”.
Jaki projekt ten klient chciał u pana zamówić?

Chciał mieć dom, ale nie mogliśmy się porozumieć, bo rozmawialiśmy na dwóch zupełnie różnych płaszczyznach. Przerobiłem jednak jego lekcję i gdy wychodził, powiedziałem: „Wie pan, godzina mojej pracy kosztuje 150 zł, a pan godzinę mi zajął”. Stanął jak zamurowany, ale wyjął pieniądze i zapłacił.
Wracając do rysunków: na początku rysuję w taki płaski, elewacyjny, ortogonalny sposób, jak to robią architekci, a później perspektywicznie, podobnie jak to widać na tym dziewiętnastowiecznym rysunku, który wisi u mnie na ścianie, jako pamiątka sentymentalna, i przedstawia nieistniejący już dom z w Żarach, należący do rodziny mojego dziadka. Niedawno odkryłem, że właśnie rysunki nauczyły mnie podstawowego rzemiosła: określenia właściwych proporcji, użycia detalu, gdzie kolumna jest kolumną, a tympanon – tympanonem. Gdyby nie rysunki, to żaden z moich zrealizowanych projektów nie wyglądałby tak, jak wygląda. Gdy zaczęły się pojawiać rysunki domów, które projektowałem dla siebie, zwłaszcza domów na wsi, próbowałem znaleźć własną drogę estetyczną i stwierdziłem, że punktem odniesienia może być historia, jeśli ją odpowiednio zinterpretuję. Przeczytałem kiedyś tekst fizyka kwantowego, który sugerował, że rozwój sztuki polega na usuwaniu barier, co najlepiej widać na przykładzie muzyki, gdy po usunięciu wszystkich barier powstała muzyka dodekafoniczna. Podobnie w architekturze i sztuce – usunięto już właściwe wszystkie bariery, więc czeka nas kolejny eklektyzm, ale nie taki jak w XIX wieku, tylko polegający na indywidualnym, subiektywnym interpretowaniu historii.
Czyli kolejna odsłona postmodernizmu?
Postmodernizm miał zdecydowanie charakter doktrynalny, był prostą reakcją na modernizm, ale niewątpliwie był ważnym sygnałem. Niektórzy architekci próbują szukać nowego spojrzenia w historii, bo co nam zostało, jak już wszystko zrobiono? I tak trwały te moje zabawy z historią: myślałem o domu na wsi, a jednocześnie interesował mnie dwór jako zjawisko socjologiczne. Mam przyjaciela, który kupił i wyremontował zdewastowany dwór w Mełpinie pod Śremem. Gdy zgłosili się dawni właściciele, powiedział: „Nie widzę problemu, aby państwo odzyskali swój majątek – przyniosę tylko rachunki, jak mi zwrócicie pieniądze, to proszę bardzo”. Już się więcej nie pojawili. Ale u niego czas płynie inaczej, ma własny sad i jest chyba jedynym współczesnym człowiekiem w Polsce, który wybudował sobie w parku kaplicę, gdzie chce być pochowany.
Wracając do rysunku, czy pasjonował pana „od zawsze”?
Nie, chciałem być artystą-malarzem i trzy razy zdawałem na akademię na malarstwo. Na szczęście Pan Bóg nie dopuścił. Pracowałem wówczas w biurze projektów, gdzie pojawiał się prof. Węcławski. Kiedyś obejrzał moje rysunki i mówi: „Dlaczego pan koniecznie chce dostać się na malarstwo, niech pan zdaje na architekturę wnętrz”. Złożyłem papiery, dostałem się i ukończyłem studia na tym kierunku. Wcześniej co jakiś czas malowałem, teraz już od ponad dwudziestu lat nie maluję, ale namawiają mnie, bym do tego wrócił.
Jest pan jednak tak zajęty, że jak tu dodać kolejne godziny do tych dziesięciu przeznaczanych codziennie na rysunek?
Obecnie nie czuję, żebym miał coś do powiedzenia w malarstwie, natomiast w architekturze – tak. Ostatnio rozpocząłem cykl rysunków, pt. Park. W Wielkopolsce jest dużo zabytkowych parków, gdzie nie ma dworów, bo albo nigdy nie istniały, albo zostały zburzone. Postanowiłem więc, że będę projektował sobie domy w parkach. Gdy projektuję domy na wsi, to nie dlatego, że chciałbym mieć wielką działkę i postawić pośrodku dom, myślę raczej o tym, aby go umieścić w naturalnym pejzażu niezurbanizowanym.

Kolejne zagadnienie, które pan zgłębia, wiąże się z próbami przedstawienia poszczególnych faz projektowania zabytkowych budowli.
Wielu obiektów już nie ma i nawet do końca nie wiadomo, jak wyglądały, a rysunek ma to do siebie, że – jak powiedział pewien mądry człowiek – jeśli nie ma żadnych materiałów ilustracyjnych i źródłowych, to każda wizja jest tak samo bliska prawdy, jak od niej odległa. Postanowiłem podjąć się np. próby rysunkowej rekonstrukcji pałacu w Opalenicy. Zbieram materiały archiwalne, ale w tym przypadku zachował się tylko jeden rysunek Konstancji Raczyńskiej z czasu, kiedy pałac był już ruiną. Jeśli jednak dobrze zinterpretuję rysunek, wiedząc, w jakim okresie budowla powstała, z pewnym prawdopodobieństwem będę mógł odtworzyć jej wygląd. Opalenica jest już gotowa, być może zarząd gminy zainteresuje się rysunkami, podobnie jak to było w przypadku Zbąszynia, gdzie zdecydowano się na publikację książkową.
Niewiele brakowało, a doszłoby do faktycznej rekonstrukcji dawnych fortyfikacji w Zbąszyniu.
Trafiłem tu na niezwykłego burmistrza, pasjonata Zbąszynia, który zaprosił mnie, bym w czasie Nocy Muzeów opowiedział o fortyfikacjach. Mieszkańcy byli pod wrażeniem, bo nie wiedzieli, że chodząc zimą na „górki” na sanki, spacerują po reliktach fortyfikacji ziemnych. Burmistrz interesował się nie tylko projektem rewitalizacji fortyfikacji, myślał nawet o odbudowie zamku. W Zbąszyniu znajdowała się jedyna w Wielkopolsce bastionowa twierdza typu staroholenderskiego. Pan Abraham Ciświcki, który był inicjatorem jej budowy, interesował się architekturą i dużo podróżował. Odwiedził Niderlandy w czasie, gdy prowadziły wojnę z Hiszpanią i obserwował jak sypie się fortyfikacje ziemne, co było tanie, szybkie i efektywne. Postanowił więc otoczyć ziemnymi fortyfikacjami swój zamek odziedziczony po dziadku Abrahamie, ostatnim ze Zbąskich. W XVIII wieku posiadłość przejęła rodzina Garczyńskich, która rozpoczęła niwelacje kurtyn, przebudowała zamek na pałac barokowy i założyła piękny ogród francuski z podwójnymi szpalerami grabowymi. Gdy teren przeszedł w ręce Prusaków, oni wysadzili zamek, a fortyfikacje w większej części zniwelowali. Pozostał jeden bastion, kurtyna bramna z bramą oraz resztki drugiego i trzeciego bastionu, który można odtworzyć. Opracowałem więc projekt rewitalizacji i pojechaliśmy z burmistrzem do pani konserwator wojewódzkiej, aby zaprezentować projekt odpowiedniej komisji. Opinia była pozytywna, ale potem zaczęły się schody, gdyż trzeba było wyciąć fragment drzewostanu na wałach, gdzie gniazduje kilka ptaków – cała sprawa rozbiła się o te ptaki i lęk przed ekologami. A propos ekologów, mam z nimi kontakt jako prezes Towarzystwa Przyjaciół Fortyfikacji w Poznaniu. Prowadzimy trasę turystyczną po Forcie III, położonym na terenie Starego ZOO. Jak w każdym forcie podobno tam też pojawiają się nietoperze, choć ich nigdy nie widziałem. Z tego względu chciano nas wyrzucić, bo podobno nietoperze mogą przestraszyć się ludzkiego głosu. Nie bardzo to rozumiem, skoro często nocują w dzwonnicach kościołów i bicie dzwonów jakoś im nie przeszkadza. Fortyfikacje fascynują mnie od dawna. W okresie nauki w technikum dotarłem do rysunków przedstawiających poznańską cytadelę. Dziś mamy dostęp do planów berlińskich i one dużo nam wyjaśniają, ale wówczas sam próbowałem rozrysować perspektywicznie całą budowlę.
Czy studenci, którzy uczą się w pana pracowni, wykorzystują rysunek odręczny w projektowaniu?
Niestety moi studenci projektując, używają już tylko komputerów, a na zajęciach z rysunku zajmują się jedynie rysowaniem martwych natur. W tym roku zrobiłem im niespodziankę w postaci klauzuli do zadanego ćwiczenia, polegającej na ręcznym narysowaniu koncepcji. Efekty były żałosne, ale pomysł im się spodobał, więc będę go kontynuował. Uważam, że nie można zrozumieć przestrzeni, jeśli się jej nie narysuje ręcznie. Komputer niczego tu nie zastąpi, bo jest tylko narzędziem, a oprogramowanie narzuca pewne ograniczenia, które nie istnieją w przypadku projektowania ręcznego. Wizualizacja komputerowa wygląda jak zdjęcia istniejącego obiektu, który przecież nie istnieje. Wiele możliwości daje też sztuczna inteligencja, jednak ona niewiele ma wspólnego z inteligencją, chociaż studenci są nią zafascynowani. Uważam, że to właśnie rysunek powinien być punktem wyjścia w projektowaniu. Sam preferuję rysunek czarno-biały. Napisałem kiedyś w jednym z artykułów, że jak się narysuje różę i pomaluje ją na czerwono, to będzie to czerwona róża i nic więcej, natomiast jak narysuję ją czarno-białą kreską na białym tle, to ona może być w każdym kolorze, jaki sobie wyobrazimy, bo nie stawiam barier wyobraźni.
Uważa więc pan rysunek odręczny za istotny etap w edukacji przyszłych architektów?
Prowadziłem przed laty w poznańskiej ASP zajęcia z rysunku projektowego i uczyłem studentów rysowania perspektywy, ale nowo wybrany rektor zlecił te zajęcia asystentowi, który uczy już tylko w oparciu o komputer. Taką niestety mamy rzeczywistość i trudno odwracać kota ogonem. Gdy rysuję, uspokajam się, wyłączam świat, który jest dookoła. Kiedyś, gdy opowiadałem o swoich rysunkach, kolega zapytał mnie: „A po co ty właściwe to robisz?”. Odpowiedziałem mu: „Pytanie jest źle postawione, bo gdy pytasz po co?, to w tle są merkantylne korzyści, a gdybyś mnie zapytał dlaczego?, łatwiej byłoby odpowiedzieć”. Rysuję dlatego, że do głowy przychodzą mi projekty i jak ich nie narysuję, to mnie prześladują. Uwalniam się od nich dopiero, gdy zostaną narysowane. Dopóki rysuję, mam do czynienia z żywą materią, a jak projekt zostanie skończony, jest martwy i wówczas czekam, aż pojawi się nowy pomysł. Kiedyś postanowiłem, że będę robił podobnie jak Michał Anioł, który pracował nad czterema rzeźbami naraz. W konsekwencji po jakimś czasie skończyłem cztery projekty w sensie zapisu ortogonalnego, ale teraz muszę je dokończyć, co jest męczące, bo na tym etapie już niczego nowego nie wymyślam.
Najbardziej odpowiada panu faza koncepcyjna?
Najbardziej frapujące jest budowanie formy. Potem trzeba nałożyć kalkę i rysować na czysto, dodać różne postacie itd. A później zaczyna się kropkowanie. Kiedyś policzyłem, że w jednym rysunku postawiłem 87 tys. kropek, a nie był duży, w niektórych jest ich więcej.
Jak długo trawa taka praca?
Jak przychodzi ten etap, pracuję tylko 3 godziny dziennie, bo fizycznie jestem zmęczony tym kropkowaniem i mam nieustanny ból kciuka od trzymania rapidografu. Kiedyś powiedziałem koledze, że jak mnie policja zapyta, co robiłem o poranku 10 lat temu, to ja dokładnie wiem, bo od 7.30 do 11.30 rysowałem. A on mi mówi: „To ty jesteś szczęśliwym człowiekiem, bo wiesz także, co będziesz robił jutro”.
Co jakiś czas pokazuje pan swoje rysunkowe projekty na wystawach, a niedawno opublikował je pan w książce pt. (Dom nieoczywisty) okiem architekta – notatki znad „rajzbreta”.
Tak, ostatnio wprowadzam do rysunków trochę irracjonalne elementy, np. wielką muchę, bo architektura nie może być do bólu pragmatyczna. Kiedyś robiłem zdjęcia we dworze pod Kępnem, gdzie na końcu schodów prowadzących do piwnicy stała duża stiukowa kula i dziś myślę sobie, czy gdybym projektował dom, dałbym radę przekonać kogoś, żeby na schodach do piwnicy zrobić mu stiukową kulę. A bez tej kuli schody byłyby do niczego. Dziś wszystko musi być pragmatyczne, tanie, ale czy ktoś dyskutuje o pięknie?
Rozmawiała Krystyna Matuszewska