logo
FA 1-2/2026 badania nad migracjami

Wojciech Janicki

Migracje kompensacyjne

czyli słowo o przyszłości polskiej demografii


Migracje kompensacyjne 1

Rys. Sławomir Makal

Polityka migracyjna państwa w znaczącym stopniu wpływa na wielkość przepływów migracyjnych. Efektywności można jej pozazdrościć, i to zarówno wtedy, kiedy chodzi o zwiększenie, jak i o zmniejszenie napływu imigrantów. Przykładów są setki.

Przyszłość Polski jest przedmiotem troski nas wszystkich. Do kwestii najsilniej przyciągających uwagę od co najmniej kilkunastu lat należą zmiany demograficzne. Jeśli wierzyć oficjalnym statystykom, liczba ludności Polski zaczęła nieznacznie spadać za sprawą powoli rosnącej liczby zgonów oraz gwałtownie spadającej liczby urodzeń. Statystyczna mieszkanka Polski rodzi przez całe swoje życie zaledwie 1,1 dziecka (Wszystkie cytowane liczby pochodzą z serwisów statystycznych Eurostatu, GUS, statista.com oraz ourworldindata.org), podczas gdy w 1960 roku miała troje dzieci. Ostatni raz poziom tzw. prostej zastępowalności pokoleń, a zatem wskaźnik dzietności wynoszący 2,1 dziecka na jedną kobietę, co pozwala na utrzymanie stabilnej liczby ludności w długim horyzoncie czasowym, mieliśmy w 1989 roku. Jako społeczeństwo starzejemy się w przyśpieszonym tempie: rośnie liczba osób starszych, zmniejsza się liczba dzieci. Uzupełnieniem tego pejzażu niech będzie wzrost liczby rozwodów oraz urodzeń pozamałżeńskich. Nieco upraszczając, co trzecie zawarte małżeństwo kończy się rozwodem, a rodzice więcej niż co czwartego dziecka nie pozostają ze sobą w związku sformalizowanym.

Nakreślona tu pokrótce sytuacja jest przedmiotem rosnącego zainteresowania nie tylko naukowców, ale także polityków i samorządowców, sprawą interesują się też media. Związek frazeologiczny „katastrofa demograficzna” wszedł do języka codziennego. Często pierwszym pytaniem, jakie słyszę od dziennikarza rozpoczynającego ze mną wywiad na tematy demograficzne, jest pytanie o szanse, jakie mamy na to, aby odwrócić tę katastrofę. I konsekwentnie odpowiadam: to nie katastrofa. To normalna kolej rzeczy.

Wszystkie wspomniane powyżej zmiany, a także inne, jeszcze bardziej nieprzyjemne, jak wzrost zachorowań na Alzheimera, Parkinsona (dwukrotny na przestrzeni ostatnich 30 lat), choroby psychiczne czy wzrost liczby osób umierających na raka (o 80% w ciągu ostatnich 40 lat) są skutkiem poprawy sytuacji społeczno-ekonomicznej w Polsce. Jesteśmy coraz zamożniejsi: od 1990 moc nabywcza przeciętnego obywatela Polski wzrosła ponad 3,5-krotnie. Żyjemy o 8 lat dłużej, także dłużej cieszymy się dobrym zdrowiem. Takie zmiany zawsze przekładają się na spadek dzietności kobiet. Zmieniają nam się priorytety, system wartości, postawy kulturowe i wyobrażenia na temat tego, jak chcemy żyć. Zmienia się także model rodziny. I nie ma w tym niczego nadzwyczajnego; ujęcie teoretyczne dla tych przemian można odnaleźć w teorii drugiego przejścia demograficznego powstałej jeszcze w latach 80. XX wieku. Nawet bogate Saudyjki nie rodzą dziś siedmiorga dzieci, jak było jeszcze w latach 70., lecz niewiele ponad dwoje. Ponad dwie trzecie ludności świata mieszka dzisiaj w państwach, w których współczynnik dzietności całkowitej jest niższy niż 2,1, a do tej grupy co roku dołączają kolejne.

A nam w Polsce marzy się, że można zjeść ciastko i mieć ciastko. Że będziemy jedynym państwem na świecie, któremu uda się znacząco podwyższyć dzietność kobiet, a mówiąc bardziej bezpośrednio: skutecznie namówić Polki do zwiększenia poziomu prokreacji. Jedynym, bo nie istnieje dzisiaj ani jedno państwo na świecie, w którym dzietność spadła znacząco poniżej 2,1, a następnie ponownie przebiła ten pułap od dołu i stale utrzymuje się na podwyższonym poziomie.

Nie będziemy takim państwem, na tej ścieżce sukces nas nie czeka. Wystarczy przywołać wyniki znanego sondażu CBOS z początku 2023 roku, w którym zaledwie 32% kobiet zadeklarowało chęć posiadania choćby jednego dziecka. Program 500+, przez pierwsze lata po wprowadzeniu reklamowany jako prodemograficzny, a około 2020 roku bez zbędnego szumu przemianowany na prorodzinny, radykalnie wyższa niż niegdyś dostępność miejsc w przedszkolach, a także prawna ochrona kobiety w ciąży i po urlopie macierzyńskim też niczego nie zmieniły.

To problem ekonomiczny

Co zatem robić w obliczu sytuacji, kiedy liczba ludności będzie spadała?

Przede wszystkim powinniśmy uświadomić sobie, że wbrew powszechnej narracji spadek liczby ludności nie jest problemem demograficznym. Jest to problem ekonomiczny. W połączeniu z narastającym tempem starzenia się społeczeństwa będą rosły koszty emerytur i opieki zdrowotnej, a spadały wpływy z tytułu podatku dochodowego. Kurczący się zasób siły roboczej to dla firm rosnące trudności w znalezieniu pracowników i wyższe jednostkowe koszty pracy. Zmniejszy się tempo wzrostu gospodarczego, spadnie wewnętrzny popyt na usługi i towary. W mniejszych, wyludniających się miejscowościach będzie rosła liczba opuszczonych domów i mieszkań – już dzisiaj co roku kilka wsi w Polsce traci ostatniego stałego mieszkańca.

Biorąc pod uwagę powyższe, widzę cztery możliwości.

Po pierwsze, możemy nie robić nic i czekać na rozwój sytuacji. Liczba ludności Polski będzie spadała, ale – co warto podkreślić – nie wiemy, jak szybko. Projekcje dla roku 2100 pokazują, zależnie od przyjętych założeń, od 13,7 do 31 milionów ludzi. To gigantyczna różnica, co pokazuje skalę naszej niepewności co do tempa zmian. Co uzyskamy? Na pewno niższe emerytury i wszystko to, o czym napisałem w poprzednim akapicie.

Po drugie, możemy podwyższyć wiek emerytalny. Jeśli zrobimy to systemowo, dla wszystkich, wówczas wprowadzająca tę potrzebną zmianę partia polityczna może pożegnać się ze zwycięstwem w następnych wyborach. Jest jednak druga możliwość, którą nieśmiało realizujemy od lat: pozwalamy osobom, które nabyły uprawnienia do emerytury pracować dłużej, jeśli tylko chcą. Skuteczną zachętą jest tu informacja z ZUS o wysokości emerytury naliczonej dziś i o jej wysokości, jeśli popracujemy jeszcze rok lub dwa. To pozwala każdemu z nas na podjęcie autonomicznej decyzji o własnej przyszłości. Czy to zmieni trajektorię zmian demograficznych? Nie zmieni. Ale przynajmniej niektóre z problemów gospodarczych nieco złagodzimy.

Po trzecie, możemy nadal mamić samych siebie perspektywą znacząco zwiększonej dzietności polskich kobiet. Możemy powoływać kolejne instytuty, rady i komitety, które będą doradzały decydentom wysokiego szczebla w sprawach rodziny i demografii, twierdząc, że w Polsce stanie się demograficzny cud – wystarczy tylko odpowiednio długo zaklinać rzeczywistość.

Po czwarte, możemy przypomnieć sobie, że na zmiany liczby ludności ma wpływ nie tylko przyrost naturalny, ale także migracje. A w odróżnieniu od urodzeń, na których wysokość nie mamy żadnego realnego wpływu, i zgonów, na które nasz wpływ jest tylko pośredni, poprzez opiekę zdrowotną i bezpieczeństwo wewnętrzne, na migracje możemy mieć wpływ przemożny. I to w tym miejscu leżą narzędzia potencjalnej zmiany demografii w Polsce.

Zagrożenie czy szansa?

Polityka migracyjna państwa w znaczącym stopniu wpływa na wielkość przepływów migracyjnych. Efektywności można jej pozazdrościć, i to zarówno wtedy, kiedy chodzi o zwiększenie, jak i o zmniejszenie napływu imigrantów. Przykładów są setki. Słynne zaproszenie Angeli Merkel adresowane do migrantów uciekających przed wojną w Syrii – „Wir schaffen das” – wzmocniło przekonanie migrantów, że Niemcy są dobrym wyborem jako destynacja, i niewiele później to właśnie w Niemczech pojawiła się największa w Europie grupa Syryjczyków. W tym samym czasie, latem 2015 roku, Węgry wybudowały płot na granicy z Serbią, co spowodowało, że płynący m.in. do Niemiec strumień migrantów zaczął omijać Węgry.

Jesienią 2024 roku Polska przyjęła pierwszą w swojej historii strategię migracyjną. Już w tytule mówi ona o kontroli i bezpieczeństwie. Dobrze, że o tych kwestiach jest mowa w tym dokumencie, one są ważne. Szkoda, że niewiele mówi o tym, że imigracja jest dla Polski szansą na złagodzenie negatywnych skutków przemian demograficznych, o których mowa była na wstępie. A już zupełnie, ale to zupełnie nic nie wspomina o tym, że jest prawdopodobnie jedyną szansą dla regionów peryferyjnych, które w sposób zupełnie naturalny tracą mieszkańców.

Polityka migracyjna państwa może, a wręcz powinna inaczej traktować regiony rdzeniowe, a inaczej regiony peryferyjne. Jeśli zgodzimy się co do tego, co od przynajmniej pół wieku mówią wyniki analiz ekonomicznych, że kluczowym czynnikiem rozwoju jest kapitał ludzki i społeczny – nasze kompetencje zawodowe, relacyjne i pokrewne – a nie kapitał fizyczny (finansowe) lub środowiskowy (zasoby natury, np. kopaliny), to uzupełnienie jego braków w regionach peryferyjnych może być kluczowe. Może być znacznie ważniejsze niż poprawa dostępności komunikacyjnej, system zachęt finansowych dla inwestorów czy szkolenia dla mieszkańców, czyli typowy zespół działań mający na celu poprawę poziomu życia lokalnych społeczności i nakłonienie ich do pozostania w miejscu dotychczasowego zamieszkania. Chociaż działania takie podejmujemy w Polsce oraz w wielu innych państwach wysoko rozwiniętych od lat, to żadna z tych metod nie jest jednak na tyle skuteczna, aby odwrócić bądź przynajmniej zatrzymać tendencję do wyludniania się obszarów peryferyjnych. Siła przyciągania tzw. wielkiej piątki – Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Poznania i Gdańska – jest tak wielka, a atrakcyjność polskich obszarów peryferyjnych tak niska, że ludzie nadal je opuszczają. Skoro obszary te tracą najlepszą część swojego kapitału ludzkiego – przede wszystkim ludzi młodych, zdolnych i przedsiębiorczych – to zapełnienie powstałej luki kapitałem ludzkim imigrantów zdaje się być rozwiązaniem wartym rozważenia.

Jak spowodować, aby imigranci osiedlali się nie tam, gdzie zapewne by chcieli, w dużych miastach, ale na wyludniających się obszarach peryferyjnych? Kluczowe jest przyjęcie założenia, że polityka migracyjna i polityka rozwoju regionalnego są analizowane i realizowane wspólnie. Migracje nie powinny być traktowane tylko jako zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa wymagające nadzoru kontroli. Powinny być traktowane przede wszystkim jako szansa na rozwój, w tym w szczególności jako narzędzie rozwoju regionalnego. Na tak skonstruowanym fundamencie można próbować stworzyć system zachęt administracyjnych dla imigrantów nakłaniający ich do pozostania w regionach peryferyjnych, o ile tam właśnie znaleźli się w efekcie podjęcia migracji, lub do przeprowadzenia się tam z innych miejsc.

Migracje kompensacyjne 2

Co mogłoby skłonić migranta do osiedlenia się w Polsce powiatowej? Pakiet ułatwień niedostępnych w wielkich miastach. Niech będzie to na przykład możliwość podjęcia legalnej pracy w Ciechanowie, ale nie w Warszawie. Możliwość wykonywania pracy w swoim zawodzie w Dębicy, ale nie w Krakowie.

Możliwość uzyskania obywatelstwa w krótszym czasie przy zamieszkaniu i pracy w Elblągu, ale nie w Gdańsku. Możliwość sprowadzenia rodziny do Wałbrzycha, ale nie do Wrocławia. Objęcie opieką socjalną państwa w szerszym zakresie w Gorzowie Wielkopolskim niż w Poznaniu.

Zgoda, Polska jest państwem unitarnym, wszędzie obowiązuje takie samo prawo. Ale jednocześnie samorządy mają określone uprawnienia do kształtowania pewnych elementów życia społecznego na zarządzanym przez

siebie obszarze. Zastosowanie tego założenia do regionalnej polityki migracyjnej wymagałoby upodmiotowienia władz samorządowych regionów w zakresie realizacji przyjętej na szczeblu krajowym polityki migracyjnej na własnym obszarze. Poruszając się w ramach nakreślonych przez politykę ogólnokrajową, władze regionalne powinny mieć możliwość samodzielnego kształtowania szczegółowych rozwiązań, dzięki którym potrzeby kierowanych przez nie regionów będą mogły być zaspokojone w najlepszy z ich perspektywy sposób.

Pilotażowe rozwiązania różnicujące warunki prawno-administracyjne pobytu imigranta w zależności od regionu, jaki wybrał on sobie jako miejsce pobytu, są na naszych oczach wprowadzane między innymi w Kanadzie i w Australii, nieco wcześniej testowano to rozwiązanie w Niemczech. We Włoszech czy Szwecji za symboliczne 1 euro można nabyć nieruchomo

ść w wyludniającej się miejscowości. W każdym przypadku celem jest to samo: przyciągnięcie imigrantów w konkretne miejsca, w których deficyty ludnościowe są wyjątkowo dokuczliwe. Dlaczego Polska nie miałaby zostać prekursorem podobnych rozwiązań o systemowym charakterze, dzięki którym deficyty demograficzne wywołane niską dzietnością oraz odpływem migracyjnym zostałyby przynajmniej częściowo skompensowane napływem migracyjnym?

Czas na poważną debatę

Zgodnie z oficjalnymi danymi statystycznymi Polska stała się państwem imigracji netto, tj. wielkość napływu imigrantów przekroczyła wielkość emigracji, w 2016 roku. To nie przypadek. Stajemy się coraz bardziej atrakcyjnym celem na migracyjnej mapie świata. Rozwijamy się szybko, jesteśmy coraz zamożniejsi. Mamy dziś bezrobocie niemal o połowę niższe niż średnia w Unii Europejskiej (odpowiednio 3,1% i 5,9%), zapotrzebowanie na pracowników stale wzrasta, a płacę minimalną niższą niż Polska ma już dziewięć innych państw UE. Koszty życia w Polsce, w porównaniu z większością państw Europy Zachodniej, są stosunkowo niskie, możemy swobodnie podróżować po niemal całym świecie (polski paszport otwiera obecnie 185 granic), mamy przyjemny, umiarkowany klimat. Przyjmujemy coraz więcej imigrantów i nic nie wskazuje na to, aby ten stan miał ulec zmianie. W 2023 roku Polska wydała dziesięciokrotnie więcej pozwoleń na pobyt imigrantom niż dekadę wcześniej. W tej liczbie nie ma ani obywateli Ukrainy ani obywateli państw członkowskich Unii Europejskiej, oni mogą przyjechać na innych zasadach. Analogiczne porównanie wydanych pozwoleń na pracę wskazuje na wzrost ośmiokrotny. Nie sposób nie dostrzec, że działo się to w czasie rządów formacji politycznej, która imigracji mówiła głośne „nie”. Obecnie rządzący kontynuują linię swoich poprzedników i także przyjmują znaczne liczby imigrantów.

Imigranci są potrzebni gospodarce, nie da się tego ukryć. A jednocześnie jako społeczeństwo nie tylko nie jesteśmy gotowi na zmianę jakościową naszych struktur społecznych i etnonarodowych, ale nawet nie zbliżamy się do tego celu. Sprzeciw wobec przyjmowania imigrantów werbalizowany przez niemal wszystkie partie polityczne w Polsce przyczynia się do pogłębiania obaw społecznych przed tym, co nadchodzi, a deklaracja obrony Polski przed zalewem imigrantów stała się warunkiem sine qua non sukcesu wyborczego.

Chyba nadszedł czas na poważną debatę o migracjach. Debatę, w której polskie społeczeństwo przestanie być straszone chochołem kleconym przez polityków na potrzeby zwycięstwa wyborczego. Rozmowę, w której – oprócz zagrożeń, które oczywiście istnieją – będziemy widzieć także szanse. W tym tę najważniejszą: szansę na skompensowanie części strat demograficznych dzięki imigrantom i zmniejszenie dzięki temu problemów ekonomicznych, jakie rysują się przed nami w nieodległej przyszłości.

Dr hab. Wojciech Janicki, prof. UMCS, geograf polityczny, członek Rządowej Rady Ludnościowej, członek Komitetu Nauk Demograficznych Polskiej Akademii Nauk, członek Rady Naukowej Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego

Przedstawione w tekście tezy są interpretacją procesów społecznych i politycznych zachodzących w Polsce i na świecie dokonaną przez autora i nie należy traktować ich jako oficjalnego stanowiska żadnego z wymienionych wyżej organów.

Wróć