Przemysław Kopeć

W polskim środowisku naukowym funkcjonuje osobliwy, choć powszechnie akceptowany, podział naukowców na samodzielnych i niesamodzielnych. Nie jest on zapisany w obowiązującym prawie, nie wynika wprost z aktualnych regulacji dotyczących szkolnictwa wyższego i nauki, a mimo to silnie porządkuje relacje w akademii, wpływając na organizację pracy, decyzyjność, udział w gremiach i rozwój zawodowy. Dlatego warto zadać pytanie: czy ten podział ma sens, czy raczej reprodukuje hierarchiczne uprzedzenia i prowadzi do dyskryminowania części środowiska naukowego?
Hierarchiczność akademii opiera się dziś na trzech filarach. Pierwszym są stopnie i tytuły naukowe: doktor, doktor habilitowany i profesor, drugim filarem są stanowiska: asystent, adiunkt, profesor uczelni lub instytutu, trzeci zaś to nieformalna, zwyczajowa „samodzielność”. Ta ostatnia, choć powszechnie używana, pozostaje kategorią nieostro zdefiniowaną. Wielki słownik języka polskiego opisuje samodzielnego pracownika naukowego jako osobę posiadającą habilitację lub tytuł profesora, uprawnioną do określonych czynności akademickich, zaznaczając jednocześnie, że nie jest to termin specjalistyczny, lecz środowiskowy. Problem zaczyna się tam, gdzie z tej definicji próbuje się wyprowadzić jej przeciwieństwo. Jeśli bowiem sięgniemy po słownik antonimów, samodzielności przeciwstawione zostają pojęcia takie jak: zależność, podległość, niedojrzałość czy bierność. Nietrudno zauważyć, jak głęboko deprecjonujące skojarzenia niesie ze sobą etykieta „niesamodzielnego” pracownika naukowego. Tymczasem aktualny porządek prawny tego podziału nie zna.
W obowiązującej ustawie o szkolnictwie wyższym i nauce nie znajdziemy pojęcia samodzielnego pracownika naukowego. Co więcej, ustawodawca zrezygnował z obligatoryjności habilitacji jako etapu awansu zawodowego. Historycznie było inaczej. Ustawa o szkolnictwie wyższym i pracownikach nauki z 1951 roku oraz rozporządzenie Rady Ministrów z 1961 roku o instytutach naukowo-badawczych wyraźnie dzieliły pracowników nauki na samodzielnych i pomocniczych. Świat akademicki przeszedł jednak istotną ewolucję. Zniknął pomocniczy pracownik nauki, ale pozostała „samodzielność”, funkcjonująca dziś głównie jako symbol prestiżu.
Rodzą się więc pytania: kim są asystenci i adiunkci posiadający stopień doktora, ale bez habilitacji? Czy rzeczywiście ich głos ma mniejsze znaczenie? Czy ich wkład w rozwój nauki jest mniej istotny? I wreszcie: czy brak habilitacji oznacza brak samodzielności badawczej?
W debacie na temat habilitacji padają różne opinie na temat jej pozostawienia w hierarchii akademickiej. Profesor Grzegorz Węgrzyn, członek Rady Doskonałości Naukowej, zauważa, że habilitacja jest formą kontroli jakości polskiej nauki, która nadaje pewne uprawniania akademickie i wiąże się z pozycją samodzielnego pracownika, teoretycznie niezależnego od kogoś innego w strukturze instytucjonalnej. Stopień ten pozwala na promowanie doktorantów i stanowi pozycję ustabilizowanego naukowca w strukturach uczelni czy instytutu („Nauka w Polsce”, 21.02.2022). Profesor Marek Przybylski z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, pisał na łamach „Forum Akademickiego” (08.01.2026), że habilitacja potwierdza naukową dojrzałość, zdolność formułowania problemów badawczych i prowadzenia zespołów.
Wypowiedzi wielu naukowców pokazują, że nawet samo rozumienie „samodzielności” nie jest jednoznaczne. Z jednej strony habilitacja ma nadawać autonomię i kontrolę jakości, a z drugiej strony doktorzy bez habilitacji mogą kierować badaniami i prowadzić wykłady, jeśli statut uczelni na to pozwala. To odsłania centralny problem: czy etykieta „samodzielny” naprawdę odzwierciedla samodzielność naukową, czy raczej reprezentuje dostęp do przywilejów i instytucjonalnych funkcji?
Warto w tym kontekście odwołać się do głosu profesora Dariusza Jemielniaka, wiceprezesa Polskiej Akademii Nauk, który w publicznej debacie o habilitacji podkreśla, iż należy patrzeć szerzej niż tylko na stopień naukowy. Jego argumentacja zaznacza, że habilitacja stanowi element europejskiego standardu jakości akademickiej, który ma sens wtedy, gdy rozumiany jest w kontekście rzeczywistych mechanizmów kontroli jakości naukowców, a nie jak protekcjonalna przepustka do hierarchicznych praw i uprawnień („Academia”, 22.12.2025). Z kolei profesor Piotr Sankowski, dyrektor Instytutu Badawczego IDEAS, zauważył, że sam stopień habilitowany nie gwarantuje kompetencji menedżerskich ani dydaktycznych, a przez młodszych badaczy bywa postrzegany jako narzędzie kontroli i hierarchicznego podporządkowania („wyborcza.pl”, 29.02.2024). Profesor Andrzej Jajszczyk, pierwszy dyrektor Narodowej Centrum Nauki, zwracał uwagę, że habilitacja ma dziś niewielki związek z realną jakością prowadzonych badań, a w niektórych przypadkach daje jedynie „złudne poczucie wielkości” („Academia”, 23.12.2025).
Wypowiedzi profesorów rzucają światło na to, jak łatwo język instytucjonalny – kategorie, stopnie i etykiety – przekłada się na realne praktyki społeczne i zawodowe. Jeśli habilitacja ma służyć jako narzędzie potwierdzania jakości badań, to powinna być częścią mechanizmów, które rzeczywiście weryfikują dorobek, a nie jedynie selekcjonują zgodnie z przyjętymi zwyczajami. W przeciwnym razie mamy do czynienia z sytuacją, w której część naukowców jest postrzegana jako „samodzielni”, a inna – często pomimo rzeczywistej autonomii badawczej – jako „niesamodzielni”.
Szczególnie problematyczne staje się to, że właśnie osoby określane mianem „samodzielnych” najczęściej oceniają, opiniują i decydują o kierunkach rozwoju jednostek naukowych, nawet jeśli ich własna aktywność badawcza od lat pozostaje znikoma. Tymczasem tzw. niesamodzielni pracownicy naukowi realnie funkcjonują jako w pełni autonomiczni badacze. Samodzielnie formułują hipotezy, planują badania, aplikują o granty, budują zespoły i sieci współpracy międzynarodowej. Mimo tej odpowiedzialności ich wynagrodzenia pozostają niższe niż pozostałych pracowników, a obciążenie pracą znacznie wykraczają poza standardowy czas pracy.
Co więcej, system finansowania badań wspiera samodzielność naukowców bez habilitacji. Konkursy Narodowego Centrum Nauki (SONATA, SOANATA BIS, OPUS), program LIDER Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, First Team Fundacji na rzecz Nauki Polskiej finansowany ze środków Funduszy Europejskich dla Nowoczesnej Gospodarki (FENG) czy prestiżowe granty ERC Starting Grant są adresowane do badaczy na wczesnym etapie kariery, którzy mają prowadzić niezależne, pionierskie badania i kierować własnymi zespołami. Beneficjenci tych programów spełniają wszelkie kryteria faktycznej samodzielności naukowej.
Mimo to zwyczajowy podział na samodzielnych i „tych pozostałych” wciąż funkcjonuje w praktyce instytucjonalnej. Pojawia się w statutach i regulaminach jednostek naukowych, w ocenach instytutów PAN, w raportach Polskiej Komisji Akredytacyjnej (pomimo braku takiego podziału nauczycieli akademickich w jej procedurach), a przede wszystkim przekłada się na ograniczenie udziału części badaczy w gremiach decyzyjnych i debacie o przyszłości nauki.
Z tej perspektywy język zwyczajowy, instytucjonalna praktyka wobec habilitacji i kategoryzowanie pracowników naukowych nie tylko odzwierciedlają pracę systemu, ale ją wzmacniają. Wskazuje to na konieczność krytycznej refleksji nad tym, czy etykiety w nauce odpowiadają realnym kompetencjom i wkładowi w rozwój dyscypliny.
Nie chodzi mi o negowanie wartości habilitacji jako mechanizmu potwierdzającego kompetencje, ale o sposób funkcjonowania w praktyce takich kategorii jak „samodzielny” i „niesamodzielny”. Czy to nie blokuje potencjału naukowców i nie reprodukuje hierarchii, które niekoniecznie odpowiadają rzeczywistości badawczej? Równocześnie trudno ignorować fakt, że istnieją mechanizmy oceny jakości badań – prestiżowe granty, międzynarodowe recenzje, ewaluacje – które nie opierają się na formalnych etykietach, lecz na realnych wynikach.
Jeśli Konstytucja dla Nauki miała być krokiem w stronę nowoczesnego systemu, opartego na realnych osiągnięciach, a nie na stopniach i tytułach naukowych, to utrzymywanie zwyczajowego podziału pracowników na „samodzielnych” i „niesamodzielnych” pozostaje z tym celem w sprzeczności. Być może nadszedł czas, by uporządkować hierarchiczne myślenie w systemie akademickim i zrewidować język, którym się w nim posługujemy.
Dr inż. Przemysław Kopeć, nauki rolnicze i ogrodnicze, Instytut Fizjologii Roślin im. Franciszka Górskiego Polskiej Akademii Nauk

Rys. Sławomir Makal