logo
FA 11/2025 życie akademickie

Jarosław Kaba

Zgłaszam się na ochotnika

Zgłaszam się na ochotnika 1

Rys. Sławomir Makal

Podstawowym problemem szkolnictwa wyższego w Polsce jest, moim zdaniem, jednowładztwo na uczelniach, które w praktyce wprowadziła obecna ustawa. Daje ona rektorowi nieograniczoną władzę. Jak pamiętam, tłumaczono, że nowa ustawa ma wzmocnić samorządność uczelni. Zamiast samorządności przyniosła ona nam jednak dyktaturę.

Obecnie w uczelniach odbywają się spotkania, na których omawiany jest projekt „Strategii Rozwoju Szkolnictwa Wyższego w Polsce do 2035 roku” (pozostawmy na boku sens tworzenia takich dokumentów). Myślę, że niewielu z Państwa uwierzy, gdy powiem, że przeczytałem całe 42 strony tego dokumentu i dodatkowo 3 załączniki. A jakże, załączniki muszą być! Będę szczery: nie przeczytałem wszystkiego, ale przejrzałem i poczytałem. Przeczytać całości się po prostu nie da. Jak przystało na poważny dokument, napisany jest on językiem, za który od wszystkich moich polonistek w szkole dostałbym dwóję. Uwaga dla młodych czytelników: za moich czasów to była najgorsza ocena.

Z lektury dowiedziałem się, że „Strategia przewiduje zróżnicowane, ale komplementarne instrumenty rozwoju, które odpowiadają na potrzeby i potencjały poszczególnych typów uczelni, oraz powiązanych instytucji naukowych, regionalnych i branżowych, wzmacniając ich funkcjonowanie w spójnym systemie szkolnictwa wyższego oraz umożliwiając pełnienie przypisanych im funkcji społecznych, gospodarczych i kulturowych”. Zanim dotarłem do końca zdania, zapomniałem, co było na początku. No cóż, jestem nieco wiekowy, ale skoro strategia przewiduje, że szkolnictwo wyższe ma być inkluzywne, to proszę też pamiętać o takich ludziach jak ja.

Ale oto okazuje się, że „Strategia” pamięta o wszystkich. Paragraf „Bezpieczeństwo instytucjonalne” zawiera punkt „C.4.3. Systemowe i zintegrowane wsparcie dobrostanu psychicznego społeczności akademickiej poprzez rozwój profesjonalnych usług psychologicznych i społecznych, programów profilaktycznych oraz działań edukacyjnych, mających na celu przeciwdziałanie przemocy, stresowi oraz wykluczeniu”. Uff…, a już czułem się wykluczony! Po pierwszej, pobieżnej lekturze pomyślałem, że taki styl pisania może mieć jedynie sztuczna inteligencja. Intuicja mnie zawiodła. AI powiedziała mi, że „Strategię” z dużą pewnością pisał człowiek, a AI być może jedynie pomagała w tworzeniu tego dzieła. Tym bardziej mam olbrzymią prośbę do Autorów. Skoro jest to projekt dotyczący szkolnictwa wyższego, może poprosić kompetentnych polonistów o napisanie tego jeszcze raz po polsku. A może dodać do tej strategii nowy punkt: nauka języka ojczystego dla wszystkich uczonych polskich. Sam bym chętnie z takich kursów skorzystał, bo często robię błędy i później jest mi za nie wstyd, szczególnie przed studentami. Z przykrością zauważam jednak, że w świecie naukowym w naszym kraju zjawisko wstydu powoli zanika.

Ale powróćmy do „Strategii”. Autorzy, zgodnie z dobrymi, obecnie obowiązującymi biurokratycznymi standardami wskazali silne i słabe punkty – modna analiza SWOT – i zawarli w tekście mnóstwo bardzo nośnych sformułowań. Nigdzie nie znalazłem jednak odpowiedzi na pytanie, jak szkolnictwo wyższe w Polsce ma być zarządzane. Mam spore doświadczenie w zarządzaniu zespołami naukowymi, stowarzyszeniami, fundacją oraz prywatnymi firmami. Z doświadczenia wiem, że zarządzanie zespołami ludzkimi to podstawa sprawnego działania i bez tego żadna strategia nie ma szansy na realizację. Na jednym ze spotkań zapytałem więc o to. Na sali zapanowała kłopotliwa cisza i, jak to doskonale znamy z naszej akademickiej codzienności, bardzo grzecznie podziękowano mi za „wspaniałe pytanie” i… sprawnie przeszliśmy do udzielenia odpowiedzi na pytania innego uczestnika. Korzystam więc z okazji i powtarzam poniżej moje wątpliwości.

Podstawowym problemem szkolnictwa wyższego w Polsce jest, moim zdaniem, jednowładztwo na uczelniach, które w praktyce wprowadziła obecna ustawa. Daje ona rektorowi nieograniczoną władzę. Jak pamiętam, tłumaczono, że nowa ustawa ma wzmocnić samorządność uczelni. Zamiast samorządności przyniosła ona nam jednak dyktaturę. Co prawda, rektorzy są wybierani, ale dotychczasowe doświadczenia praktyczne są mało zachęcające. Pamiętamy dość żenujące historie otwartych walk pomiędzy kandydatami z wykorzystaniem komisji dyscyplinarnych jako broni, czy też bardziej subtelne rozwiązywanie problemu – powołanie wielu prorektorów. Chyba najlepiej to ujął jeden z ustępujących rektorów, który po ogłoszeniu wyników wyborów stwierdził z rozbrajającą szczerością: „wygrał nasz człowiek”. No właśnie, jest wiele różnych sposobów, żeby wygrywali „nasi ludzie”. I tak powstają swoiste dynastie.

Jak przystało na władców, zwycięzcy szybko tworzą wokół siebie dwór. Żeby zapewnić sobie dobrostan, władca bardzo chętnie korzysta z możliwości ustawowych jednoosobowego, dowolnego formowania dworu. Sam wybiera dziekanów, dyrektorów instytutów czy kierowników katedr. Może wszystkich mianować i odwoływać, w rzeczywistości według własnego widzimisię. Tu pojawia się proste wytłumaczenie. Demokratyczne procedury prowadziłyby wszak do wybrania osób o dużym autorytecie. Taka osoba miałaby ogromny mandat społeczny i reprezentowałaby przed rektorem zdanie swojego środowiska. Rektor nie potrzebuje takich silnych, niezależnych osób. Rektorowi potrzebni są ludzie wykonujący jego polecenia ściśle i bez zbędnej dyskusji, bo przecież to on jednoosobowo odpowiada za uczelnię. Takie zdanie wypowiedział bardzo otwarcie jeden z rektorów przed zgromadzoną licznie społecznością akademicką. Trzeba docenić szczerość wypowiedzi. Moim zdaniem sformułowania te wynikają z braku szacunku dla środowiska akademickiego, poczucia niczym nieskrępowanej władzy i… braku praktycznej i teoretycznej wiedzy na temat zarządzania. Wiadomo doskonale, że działania oparte na sile i dyktaturze nie doprowadziły do niczego dobrego w historii ludzkości. Popatrzmy jednak na mechanizmy uczelniane. Zaraz po wyborze rektor zostaje otoczony przez dwór i wchodzi w dworskie obyczaje. Pomagają w tym akademickie tradycje, togi, gronostaje, berła, łańcuchy, tytulatura… Jak pokazuje doświadczenie, Ich Magnificencje szybko tracą kontakt z rzeczywistością i uzyskują wiarę w swoją nieomylność i sprawczość. A ustawa w tym bardzo pomaga. Rektor powołuje wszak również członków różnych komisji i rzeczników, w tym dyscyplinarnych i antymobbingowych. W praktyce oznacza to, że ma ogromny wpływ na działanie wydawałoby się niezależnych instytucji. Jest to bardzo ważny element władzy. „Nasi ludzie” nie muszą się już bać żadnych konsekwencji i mogą się czuć bezkarni. Wszyscy znamy historie postępowań dotyczących poważnych nierzetelności naukowych, które ciągnęły się i wciąż ciągną latami lub przeciwnie – zostały bardzo sprawnie zamiecione pod dywan. Jeśli natomiast ktoś podpadnie rektorowi i dworowi, to pod byle pozorem można go przywołać do porządku, korzystając na przykład z posłusznego rzecznika dyscyplinarnego czy antymobbingowego. Jak mówi znana zasada funkcjonująca tam, gdzie kończy się demokracja: „dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. Niesfornego (niepokornego?) pracownika można wezwać przed oblicze takiego lub innego rzecznika albo postraszyć sądem. Jeśli jest nadal niesforny, to można mu wytoczyć sprawę sądową, np. o zniesławienie uczelni. I nie ma znaczenia, czy przyczyna jest poważna, czy bez sensu, i jak się zakończy sprawa w przyszłości. Proces będzie się ciągnąć latami, biedaczek będzie musiał wynająć prawnika, denerwować się, tracić czas i wydawać prywatne pieniądze. Pan rektor ma natomiast do pomocy cały swój dwór, prawników, administrację i zasoby finansowe uczelni. Do własnej kieszeni sięgać nie musi, ani dokładać ze swojej kilkudziesięciotysięcznej pensji. Nic więc dziwnego, że większość niesfornych szybko rezygnuje z naprawiania świata. Trudno kopać się z koniem, tym bardziej, że raty zaciągniętych kredytów trzeba płacić regularnie, a pensja, w odróżnieniu od rektorskiej, kilkudziesięciotysięczna nie jest.

A przed kim odpowiada rektor? Nie, nie! Nie tylko przed Bogiem i Historią! Odpowiada przed Bardzo Poważną Instytucją, jaką jest Rada Uczelni. W jej skład wchodzi między innymi przedstawiciel studentów i kilka innych Bardzo Znamienitych Osób. Jak wiemy, w praktyce rozwiązanie to może działać dość sprawnie. Dobrym pomysłem już stosowanym w życiu jest np. włączenie do składu rady członków najbliższej rodziny rektora czy też prorektora. Wszystko to zwiększa inkluzywność uczelni i jest zgodne z tak ważną dzisiaj zasadą prorodzinności. Jak pokazuje praktyka, nawet minister niewiele jest w stanie zrobić rektorowi.

Historia potwierdza, że nic, co jest oparte na dyktaturze i pozbawione społecznej, demokratycznej kontroli, nie prowadzi do trwałego sukcesu. Zakończmy więc może ten eksperyment w szkolnictwie wyższym w Polsce. Nauka, szkolnictwo wyższe i uczelnie to nie korporacyjny biznes. Bez wolności naukowej, prawdziwej samorządności i demokratycznych zasad zarządzania uczelniami nie osiągniemy wiele. I nie pomogą w tym działania marketingowe uczelni chwalących się na swoich stronach internetowych czy Facebookach otrzymaniem kolejnej Bardzo Prestiżowej Nagrody czy też awansowaniem na Bardzo Ważnej Światowej Liście Rankingowej z pozycji 88 997 na 88 996.

Spróbujmy naprawić system zarządzania szkolnictwem wyższym w Polsce zanim wszyscy młodzi, zdolni i ambitni ludzie stracą złudzenia i odejdą. Jako osoba z niemałym dorobkiem badawczym i wieloletnim doświadczeniem w zarządzaniu zespołami naukowymi i biznesowymi, zarówno krajowymi jak i międzynarodowymi, chętnie pomogę.

Prof. dr hab. inż. Jarosław Kaba jest pracownikiem naukowo-dydaktycznym na SGGW w Warszawie, prezesem Polskiego Towarzystwa Nauk Weterynaryjnych, członkiem Komitetu Nauk Weterynaryjnych i Biologii Rozrodu PAN, wiceprezydentem European College of Small Ruminant Health Management i prezesem Toinen pro art Fundacji,e-mail: jkaba@o2.pl

Wróć