logo
FA 11/2025 życie naukowe

Wojciech Tylmann

Czy jesteśmy gotowi na ocenę ekspercką?

Czy jesteśmy gotowi na ocenę ekspercką? 1

Rys. Sławomir Makal

Ocena ekspercka prowadzona przez międzynarodowe gremia może brutalnie skonfrontować nas z rzeczywistą jakością naszych badań. Może okazać się zimnym prysznicem zarówno dla pojedynczych naukowców, jak i całych instytucji. I tu dochodzimy do kluczowego pytania: czy jesteśmy gotowi zaakceptować jej wyniki?

O reformie systemu ewaluacji nauki w Polsce napisano i powiedziano już bardzo wiele. Kierunek zmian wydaje się coraz wyraźniejszy: odejście od systemu parametrycznego na rzecz oceny eksperckiej. Choć wciąż nie znamy szczegółów przyszłych rozwiązań, w środowisku akademickim panuje niemal powszechne przekonanie, że to krok w dobrą stronę. Trudno też znaleźć śmiałka, który odważyłby się zasugerować, że system parametryczny ma swoje zalety, a ocena ekspercka może mieć wady. Zanim napiszę kolejne słowa tego krótkiego tekstu, chciałbym jednoznacznie zadeklarować: jestem zwolennikiem oceny eksperckiej.

Mechanizmy głęboko patologiczne

System punktowy wprowadzono w Polsce na początku lat dwutysięcznych. Wtedy wydawał się rozwiązaniem nowoczesnym i sprawiedliwym. Miał zakończyć epokę uznaniowości, niejasnych kryteriów i środowiskowych układów. Liczby miały mówić same za siebie. Rzetelna praca naukowa miała przekładać się na punkty, a punkty na awanse, granty i prestiż instytucji. Brzmiało rozsądnie. W momencie wprowadzenia punktacji byłem młodym asystentem i pamiętam jej pozytywny odbiór w środowisku, a przynajmniej w tym, z którym miałem wówczas styczność.

Ponad dwadzieścia lat funkcjonowania systemu dobitnie pokazało, jak bardzo mylne były te założenia. Szybko okazało się, że punkty można „produkować” niemal bez ograniczeń, często bez realnej wartości naukowej. Parametry ilościowe nie tylko nie poprawiły jakości badań, ale w wielu przypadkach uruchomiły mechanizmy głęboko patologiczne. Dzielenie wyników na minimalne fragmenty, masowe dopisywanie współautorów, publikowanie prac wątpliwych merytorycznie, a w skrajnych przypadkach korzystanie z usług „papierni” – wszystko to stało się częścią akademickiej codzienności. Co gorsza, zjawiska te bywały nie tylko tolerowane, lecz wręcz instytucjonalnie wspierane w imię lepszego wyniku w ewaluacji. Wystarczy spojrzeć na dorobek niektórych jednostek, które w ostatniej ocenie uzyskały zaskakująco wysokie kategorie naukowe. Gdy znacząca część „dorobku” całej uczelni pochodzi z jednego wydawnictwa, trudno mówić o przypadku.

Łatwo powiedzieć, że to wina systemu. Trudniej przyznać, że to my, jako społeczność naukowa, posunęliśmy się w swoich działaniach poza granice przyzwoitości. Pełniąc funkcję przewodniczącego rady dyscypliny w Uniwersytecie Gdańskim miałem okazję uczestniczyć w licznych spotkaniach poświęconych przygotowaniom do procesu ewaluacji, a więc znam sprawę od podszewki. Choć na mojej macierzystej uczelni starano się zachować rozsądek i nie podejmowano działań wątpliwych etycznie (za co zresztą zapłaciliśmy cenę w postaci nienajlepszego wyniku), to z rozmów z kolegami z innych uczelni i instytutów wiem, że tryby ewaluacyjnej maszynerii mieliły szybko i bezlitośnie.

Brutalna konfrontacja

Nic dziwnego, że dziś z nadzieją patrzymy na ocenę ekspercką. Ma ona zakończyć erę „punktozy” i przywrócić sens pojęciu jakości naukowej. Entuzjazm jest zrozumiały. Ale warto zadać pytanie: czy wszyscy naprawdę rozumiemy, czym ocena ekspercka jest, a zarazem, czym na pewno nie będzie? Nie będzie ona oceną bez kryteriów ani oceną „bez publikacji”. Publikacje pozostaną fundamentem dorobku naukowca, bo są końcowym efektem pracy badawczej. Może być ich mniej, ale muszą mieć naukową wagę. Bez realnych, widocznych rezultatów żaden ekspert nie wyda pozytywnej opinii. Tymczasem można niekiedy odnieść wrażenie, że część środowiska uwierzyła, iż nowy system zwolni naukowców z obowiązku systematycznego publikowania. Tak się nie stanie, a przynajmniej mam taką nadzieję.

Dla osób prowadzących rzetelne badania ocena ekspercka nie powinna być zagrożeniem. Wręcz przeciwnie. Z kolei pewna grupa osób, która radziła sobie całkiem nieźle „produkując” punkty bez większej wartości merytorycznej, stanie przed poważnym problemem. To należy postrzegać jako jednoznacznie pozytywny efekt prowadzenia systemu eksperckiego. Sprawna „optymalizacja” dorobku pod kątem punktów już nie wystarczy. Jeszcze większy kłopot czeka tych, którzy publikują sporadycznie lub wcale, a takich w polskiej nauce wciąż nie brakuje. W tym przypadku o pozytywną ocenę eksperta będzie jeszcze trudniej.

Prawdziwe wyzwanie leży jednak gdzie indziej. Ocena ekspercka prowadzona przez międzynarodowe gremia może brutalnie skonfrontować nas z rzeczywistą jakością naszych badań. Może okazać się zimnym prysznicem zarówno dla pojedynczych naukowców, jak i całych instytucji. I tu dochodzimy do kluczowego pytania: czy jesteśmy gotowi zaakceptować jej wyniki?

Ocena ekspercka jest z definicji subiektywna. Opiera się na wiedzy, doświadczeniu i profesjonalnym osądzie ekspertów. Powinni nimi być naukowcy z zagranicznych instytucji, niepowiązani z naszym środowiskiem, zdolni zachować odpowiedni dystans i spojrzeć na stan polskiej nauki „z lotu ptaka”. Przyjęcie takiej oceny – zwłaszcza wtedy, gdy jest krytyczna – wymaga dojrzałości środowiska. Tymczasem doświadczenia z poprzedniej ewaluacji pokazują, że z akceptacją krytyki mamy poważny problem. Wystarczy przypomnieć masowe odwołania od ocen eksperckich w tzw. kryterium trzecim ostatniej ewaluacji.

Ostrożny pesymizm

Jeszcze lepszym przykładem jest Narodowe Centrum Nauki. System oparty wyłącznie na ocenie eksperckiej działa tam od lat. Sam wielokrotnie uczestniczyłem w pracach paneli NCN i mam jednoznacznie pozytywne doświadczenia. Nie przypominam sobie choćby jednej sytuacji, w której miałbym wrażenie, że coś odbywa się niezgodnie ze standardami etycznymi lub profesjonalnymi. Obecnie system w całości opiera się na międzynarodowych panelach ekspertów. Nie przeszkadza to jednak rzeszom naukowców podważać kompetencje ekspertów za każdym razem, gdy projekt nie uzyska finansowania. Zawsze są źle dobrani, nie rozumieją tematu, nie doczytują kluczowych fragmentów wniosku albo działają tendencyjnie. Dlaczego więc w przypadku ewaluacji instytucji miałoby być inaczej?

Ostatecznie pytanie nie brzmi, czy ocena ekspercka jest lepsza od punktowej. Jest. Pytanie brzmi, czy potrafimy przyjąć jej konsekwencje. Czy po krytycznej ocenie usiądziemy do stołu i zastanowimy się, jak poprawić jakość naszych badań? Czy raczej skupimy się na tym, kim są „ci eksperci” i dlaczego nas skrzywdzili?

Chciałbym wierzyć, że jako środowisko jesteśmy gotowi na prawdziwą, uczciwą ocenę. Że potraktujemy ją nie jako zagrożenie, lecz jako impuls do zmiany i szansę na przełamanie powszechnego w wielu instytucjach marazmu. Jednak codzienne doświadczenia akademickie każą zachować ostrożny pesymizm. Łatwiej bowiem zakwestionować ocenę niż wyciągnąć z niej wnioski.

Prof. dr hab. Wojciech Tylmann, geograf, kierownik Katedry Geomorfologii i Geologii Czwartorzędu Uniwersytetu Gdańskiego

Wróć