Rozmowa z prof. Krzysztofem Pyrciem, prezesem Fundacji na rzecz Nauki Polskiej

Prof. Krzysztof Pyrć (ur. w 1979 r.) jest wirusologiem, twórcą i kierownikiem Pracowni Wirusologii w Małopolskim Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest liderem grupy badawczej Virogenetics i twórcą pierwszego w Polsce laboratorium badawczego klasy BSL3+. Prowadzi badania, których celem jest zrozumienie interakcji pomiędzy wirusem a gospodarzem. Opublikował ponad 140 prac, które były cytowane ponad 12 tysięcy razy. Kierował wieloma grantami badawczymi, m.in. w programie Horyzont2020, IMI2, European Cooperation in Science and Technology, Narodowego Centrum Nauki, Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a także finansowanymi przez podmioty komercyjne. Pełni funkcje doradcze na poziomie Komisji Europejskiej oraz Ministerstwa Zdrowia, a w przeszłości był zaangażowany w ciała doradcze samorządów lokalnych, Ministerstwa Nauki, Premiera i Prezydenta RP. Jest członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk i Polskiej Akademii Umiejętności. Należy do: American Society for Virology (ASV), European Society for Virology (EuSV), Stowarzyszenia Stypendystów POLITYKI, Polskiego Towarzystwa Wirusologicznego, Polskiego Towarzystwa Biologii Komórki. Od 2025 roku jest prezesem Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, a wcześniej był laureatem programów FNP START i POWROTY/HOMING. Fot. Magdalena Wiśniewska-Krasińska/Archiwum FNP
Magisterium z biologii, doktorat z nauk medycznych, habilitacja z mikrobiologii. Kim pan właściwe jest?
Mam doktorat w zakresie nauk medycznych, gdyż zrobiłem doktorat w szpitalu w Amsterdamie, natomiast nie jestem lekarzem, pacjentów nie leczę. Jestem biologiem molekularnym z wykształcenia na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Natomiast habilitację robiłem w Łodzi, ponieważ był to wtedy jedyny wydział w Polsce, na którym mogłem zrobić habilitację w zakresie mikrobiologii.
Jak to jest w ogóle z mikrobiologią, skoro nie ma takiej dyscypliny naukowej w Polsce?
Mikrobiologia należy do nauk biologicznych, jest tak jak biochemia czy biofizyka. Wirusologia jest klasyfikowana właśnie w ramach mikrobiologii, jednak jest to produkt nieco niszowy. W praktyce te podziały to tylko nazwy, wszystko się pokrywa i przeplata. Nie jestem biochemikiem, ale bardzo często stosuję metodologię biochemiczną.
Czy wyjazdy za granicę były istotne dla pana kariery i dlaczego?
Absolutnie tak i to z kilku powodów. Pierwszy był taki, że kiedy studiowałem na przełomie wieków, nauka w Polsce stała słabo. Nie mieliśmy jeszcze NCN-u, nie mieliśmy NCBR-u, nie mieliśmy spójnego systemu finansowania, to wszystko się rodziło w bólach, dopiero pojawiało się rozumienie, czym współczesna nauka jest. Rynek naukowy w Polsce był bardzo ograniczony. Powiem szczerze, kiedy byłem na studiach, byłem przekonany, że nie zostanę na uczelni, bo nie widziałem tam realnych szans na rozwój. Myślałem raczej o przemyśle, bo tam jest życie, tam jest energia.
I co się stało, że pan został na uczelni?
Właściwie nie zostałem. Wtedy wyjechałem do Holandii i zobaczyłem jak bardzo ten świat jest ciekawy. Nie w Polsce, a dopiero w Holandii. Myślę, że teraz już to widać także w Polsce, to już jest u nas. Natomiast wtedy nie było, przynajmniej w mojej optyce, realnych szans na rozwój, ducha odkrywcy nie czuło się aż tak bardzo.
To jest raptem 20 lat, bardzo krótki okres.
To jest bardzo krótki dystans, ale nie zapominajmy, że Polska 35 lat temu była bankrutem. Dopiero wchodziliśmy w transformację. Fundacja jest poniekąd jej dzieckiem – w przyszłym roku będziemy świętować trzydziestopięciolecie. Minęło raptem 20 lat od moich studiów, a mam wrażenie, że to cała wieczność. Pamiętam jak mieszkałem za granicą i za każdym razem gdy przyjeżdżałem do Polski, widziałem jak się zmienia dosłownie w oczach, czego ludzie mieszkający tu stale tak wyraźnie nie dostrzegali. W stosunkowo krótkim czasie przeszliśmy bardzo długą drogę.
Czy nauka także?
Tak, było to widoczne w nauce. Pamiętam, jak wróciłem do Polski pod koniec 2007 roku: jeszcze nie było NCN-u, jeszcze było trochę przaśnie, ale później naprawdę podgoniliśmy i teraz naprawdę nie jest źle. Po pierwsze mamy infrastrukturę, ośmielę się powiedzieć, lepszą niż w wielu laboratoriach zachodnich.
Dlaczego w takim razie nie mamy lepszych wyników?
Do tego zaraz dojdziemy… Mamy naprawdę świetnych ludzi, którzy robią naukę na światowym poziomie. Tych naprawdę wybitnych mamy garstkę, ale mamy. I mamy system – i tu moim zdaniem jest chyba ten problem, o którym pan mówił – który nie promuje realnej wartości. W biznesie może jest dużo złych rzeczy, ale tam jest bardzo dobry regulator, który nazywa się rynek. Natomiast działalność naukowa jest tak rozciągnięta w czasie, że od badań podstawowych do wejścia na rynek mogą minąć dziesięciolecia. Musimy zatem posługiwać się jakimiś punktami pośrednimi, chociażby ewaluacją jednostek naukowych, czyli definicją, która precyzuje, co to znaczy dobra nauka. Musimy wiedzieć, co to znaczy, że ktoś jest doktorem, ktoś ma habilitację, a ktoś jest profesorem. Pamiętam jak dzisiaj: gdy zrobiłem habilitację, jeden z profesorów do mnie przyszedł i powiedział: „Panie Krzysztofie, teraz to pan już nic nie musi”. Byłem zszokowany, bo dla mnie to był dopiero początek, jakieś zobowiązanie, które mówi: „Teraz to właśnie musisz”. Nasz model uprawiania nauki powinien być inny, powinien promować jakość. Tymczasem zbyt łatwo jest w tym systemie przemycić byle co.
A co nazwiemy jakością?
Jeżeli jakością nazwiemy to, co teraz, czyli liczbę publikacji, zgłoszeń patentowych, awansów czy wartość funduszy, które się z przemysłu przyniosło na uczelnię, to nie będzie dobrze – to są kryteria, które stosunkowo łatwo można oszukać. Widać to choćby w historiach z „papierniami”. To wszystko nie musi i zwykle nie przekłada się na wartość długoterminową, nie tworzy nowej wiedzy, nowej jakości. Przyznam, że byłem zwolennikiem oceny punktowej, czyli uwzględniania wskaźnika Hirscha, tzn. liczby cytowań, bo faktycznie to jest rezultat uprawiania dobrej nauki. Jeżeli ktoś jest dobrym naukowcem, to będzie dobrze publikował, będzie miał dużo cytowań, a jeżeli potrafi komercjalizować – bo nie każdy musi umieć to robić – to będzie również miał patenty, a może i jakieś pieniądze z tytułu sprzedaży własności intelektualnej. Problem pojawia się w momencie, gdy efekty działania – czyli jakieś mierniki, na ile ktoś sobie radzi – dajemy na szczyt piramidy wartości i mówimy komuś: „Słuchaj, celem twojego istnienia jest zdobycie publikacji albo zdobycie cytowań”. Naukowcy to są naprawdę w większości bardzo mądrzy ludzie i jeżeli im się da takie zadanie, to oni je spełnią.
Uderzyło mnie pana stanowcze sformułowanie, że nie warto finansować słabej nauki.
Rozumiem to bardzo stanowczo. Nauka to jest pewien przywilej. Ma ona swoje blaski i cienie, ale to jest jeden z nielicznych zawodów, gdzie de facto można realizować swoje fantazje. Moja praca polega dosłownie na wymyślaniu rzeczy i sprawianiu, że „słowo staje się ciałem”. Oczywiście, później następuje weryfikacja tego, co wymyśliłem. To niesamowite, że my, naukowcy cały czas możemy być Kolumbami. Mogę odkrywać świat, realizować swoje marzenia z dzieciństwa. Nam się może wydawać, że rozumiemy ludzkie ciało, ale naprawdę mamy gigantyczną drogę do zrobienia zanim zrozumiemy wszystko, co się dzieje. Chociażby choroby bardzo wyraźnie mówią o tym, jak bardzo bezradni stajemy wobec świata. Dla mnie to jest nie tylko przywilej, że mogę być w tym miejscu, ale też zobowiązanie, dlatego, że moja praca jest finansowana z pieniędzy publicznych, zatem jeżeli coś robię, to powinienem to robić dobrze. To nie znaczy, że zawsze wychodzi. Praca naukowca jest często serią porażek. Jesteśmy cały czas sprawdzani, oceniani.
Już w dzieciństwie marzył pan o prowadzeniu badań?
Od dziecka lubiłem różnego rodzaju wyzwania techniczne, konstruktorskie, bardzo lubiłem chemię. Myślę, że to wzięło się stąd, że moja mama jest chemikiem i widziałem chemię w formie eksperymentalnej. To ona zaszczepiła we mnie ciekawość tego, jak to działa. Właściwie całą chemię opanowałem nie ucząc się wzorów.
Wrócę do finansowania nauki. Rozwijamy się szybciej niż podnosimy nakłady na naukę. Dlaczego nie warto finansować regionalnych uczelni?
To zależy, co te regionalne uczelnie mają robić. Bo jeżeli mówimy o edukacji, to jest ona potrzebna również na poziomie regionalnym. Natomiast jeżeli mówimy o centrach badawczych i badaniach naukowych, to musimy pamiętać o bardzo ważnej rzeczy: zmienia się podejście Unii Europejskiej do finansowania innowacji i do finansowania krajów członkowskich. W tym momencie duża część środków wpływa do Polski jako fundusze strukturalne, które są dystrybuowane między innymi przez Fundację, ale też przez NCBR i przez różne organizacje. One trafiają do polskiej nauki, ale też, zapewne w większości, do polskich przedsiębiorstw. Natomiast w nowej unijnej perspektywie finansowej środki będą wpływały do dużego worka, który nazywa się Fundusz Konkurencyjności, a innowacyjne podmioty, czy to firmy, czy uniwersytety, będą musiały konkurować już nie na poziomie Polski, tylko na poziomie Europy. To rodzi bardzo poważne zagrożenie, że możemy tej konkurencji nie wygrać. Szanse będą miały tylko te ośrodki, które będą w stanie pokazać na poziomie Unii, że w Krakowie jesteśmy świetni w biotechnologii, a Warszawa jest świetna w fizyce kwantowej. Tu są te centra, tu się to życie toczy, ludzie z Berlina, z Paryża przyjeżdżają tutaj, żeby zobaczyć Cutting Edge Science.
A co zrobić z tymi, którzy nie są na szpicy, którzy nie są najlepsi? Czy ich należy zwolnić?
Trochę przewrotnie odpowiedziałem, że za chwilę świat może nam pokazać, że potrzebujemy tych najmocniejszych. Natomiast mam takie doświadczenie, że w polskiej nauce mamy znacznie więcej dobrych naukowców, niż nam się wydaje. Problemem jest to, że wielu z nich jest bardzo wypalonych zawodowo. Nie poradzili sobie z systemem, z niedofinansowaniem, z walką o papier i ołówki. Mam taką myśl, że będziemy teraz finansowali najlepszych, którzy naprawdę nie tyle dowożą punkty w postaci publikacji w czasopismach, tylko takich, którzy są w stanie w stanie wytworzyć realną wartość. Za to ich docenimy.
Co to jest realna wartość?
To jest przełom. To bardzo cienka linia pomiędzy robieniem czegoś, co prawdopodobnie trywialne, od tego, co naprawdę ważne; linia, która oddziela porażkę od sukcesu. Na granicy porażki prowadzone są badania przełomowe, które rzeczywiście coś wnoszą do poznania świata. Jeżeli pisząc dzisiaj grant, który dostanę za rok (jeżeli dostanę), wiem, co zrobię za trzy albo za pięć lat, to nie powinniśmy takiego projektu finansować, bo to znaczy, że to nie jest nauka. To jest produkcja wyników, niewiele różniąca się od produkcji betonu albo drukowania ulotek. Tu nie ma żadnego przełomu. Projekt powinien mieć wpisane ryzyko porażki w swoje DNA czy ekosystem. Projekt naukowy powinien być absolutnie nowy, powinien zakładać, że efekt będzie zupełnie gdzie indziej niż początek, że początkowe założenia oczywiście muszą być, ale to rzeczywistość badawcza powinna nas prowadzić.
Czy panu się udało takie badania robić w Polsce?
Tak. Zawsze wierzyłem, że nie mogę zakładać, jakie wyniki osiągnę, więc jeżeli uzyskiwane wyniki kierują mnie w bok od założeń, to pójdę za tymi wynikami, a nie za planem, bo to będzie zgodne z duchem tego, co miałem zrobić. I do tej pory zawsze udawało się wszystkie te projekty zrealizować, raporty zostały zaakceptowane. Nie jestem naukowcem po to, żeby realizować harmonogramy, tylko żeby odkrywać rzeczywistość. System grantowy powinien zakładać możliwość porażki, ale i możliwość korekty planów.
Ile osób w Polsce robi badania, które właśnie z punktu widzenia rozliczalności nie mają sensu, a mają sens z punktu widzenia przełomu naukowego?
Z pewnością mniejszość.
A na świecie jest inaczej?
Nie chcę się biczować jako Polak, że my mamy najgorzej na świecie. Są jednak takie agencje na świecie, które faktycznie finansują tylko przełomową naukę. Jest DARPA, która też ma swoje złe strony, czasami przesadza z wymogami administracyjnymi, ale generalnie skupia się na wyniku. Jest teraz w Niemczech eksperyment Sprin-D, czyli organizacja, która ma właśnie finansować wyłącznie przełomowe badania. Mamy organizację globalną, czyli Human Frontiers, która finansuje wyłącznie pomysły, które mają być przełomowe – warunkiem przyjęcia wniosku jest to, że pomysł ma być przełomowy, bo nie warto finansować czegoś, co się na pewno uda. Powinniśmy finansować rzeczy, które się prawdopodobnie nie udadzą, ale jak się udadzą, to będzie to coś ważnego. Myślę, że jako naukowcy mamy do tego kompetencje. Jestem zwolennikiem tego, żeby jako recenzentów zatrudniać naukowców z innych krajów niż ten, w którym program jest realizowany. Nie dlatego, że w Polsce nie ma dobrych recenzentów, ale dlatego, że nasze środowisko jest na tyle małe, że wszyscy się znamy.
Czy w naszej sytuacji dodanie środków, np. do poziomu średniej europejskiej, czyli 2,2 proc. PKB, zmieniłoby radykalnie sytuację nauki?
To jest groźne pytanie, dlatego że zawiera w sobie pułapkę. Polska nauka naprawdę jest niedofinansowana i powinna mieć więcej funduszy. Ale Polska nauka jest nie tylko biedna, ale również chora. W związku z czym tak po prostu dodanie pieniędzy bez zastanowienia sprawiłoby, że zostałyby rozsmarowane równą warstwą i poza zubożeniem naszych podatników nie doprowadziłoby to do dużej zmiany. Jestem zdania, że finansowanie nauki powinno się opierać na dwóch filarach. Jednym są subwencje, a drugim finansowanie konkurencyjne. Subwencje po to, żeby utrzymać aparaturę naukową, żeby utrzymać stabilność, potencjał, a finansowanie konkurencyjne po to, żeby promować jakość i finansować najlepszych. Ważne jest, żeby zachować równowagę, a teraz ciężar finansowania jest przesunięty zdecydowanie w kierunku subwencji. Zatem tym czego teraz potrzebujemy, jest przesunięcie w kierunku konkurencyjności. Ale pieniędzy jest tak mało, że te subwencje ledwie wystarczają. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Bezrefleksyjne dosypanie pieniędzy prawdopodobnie zwiększyłoby jeszcze bardziej subwencje, ale nie doprowadziłoby do efektu zmiany w naszej nauce. Kiedy widzę, że młody badacz pracuje za minimalną krajową, to mi się krew burzy. Zwiększenie finansowania chociaż chwilowo mogłoby poprawić sytuację naukowców, instytucji naukowych, ale długoterminowo mogłoby nam zaszkodzić, o ile nie towarzyszyłyby mu znaczące zmiany w sposobie uprawiania badań, w organizacji nauki, ale też uzyskiwanie takich wyników, żeby społeczeństwo naprawdę poczuło, że nauka ma wpływ na jego funkcjonowanie, że przynosi dobre rezultaty, poprawia jakość życia. Ważne jest to, żeby ludzie rozumieli, dlaczego warto finansować naukę. Myślę, że w Polsce jest bardzo duży głód jakości naukowej. Jako Polacy chcemy być dumni z naszych naukowców, chcemy, żeby robili przełomowe badania. Jesteśmy dumni, gdy ktoś opublikuje artykuł w „Nature”. Jeżeli byśmy jako naukowcy dali społeczeństwu więcej powodów do dumy, to nie musielibyśmy myśleć o monetyzacji naszych wyników, bo gdyby ludzie widzieli, że jesteśmy szanowani na świecie, to i oni by nas szanowali. Badania podstawowe to badania eksploracyjne, które budują naszą przyszłość za dekadę czy dwie. Jednak to właśnie te badania stymulują gospodarkę i tworzenie biznesu opartego na wiedzy i innowacyjne startupy. Aby coś komercjalizować, najpierw trzeba to odkryć – to jest ta wtórna monetyzacja, która realnie doprowadza do wzrostu. Moim zdaniem nauka jest jedynym motorem przejścia z etapu rozbudowy innowacji zrobionych gdzie indziej, czyli poprawy zagranicznej myśli technicznej, jak to było za czasów sowieckich, do etapu, kiedy tworzymy nowe rzeczy, które stymulują rozwój gospodarki, poprawiają los ludzi. Chciałbym, żeby wiedza o naszych wynalazkach, które da się wdrożyć, rozpływała się na cały świat, żebym w Japonii słyszał: „Słuchajcie, mamy taką nową technologię, ona jest z Warszawy”. Chciałbym pojechać na uniwersytet w Tokio i tam usłyszeć, że „to jest technologia, którą opracowali Polacy, oni teraz na niej budują, mają nadzieję stworzyć na tym przemysł”.
Zaniepokoił mnie pan informacją o nowym sposobie rozdziału funduszy europejskich, bo już teraz mamy problem z odzyskaniem krajowego wkładu do europejskiego budżetu nauki. Te kilka miliardów złotych z naszego wkładu do budżetu unijnego, a z pewnością te 4 miliardy, o których dodanie nauce apelują do władz państwowych środowiska akademickie, zasila w tej chwili naukę niemiecką czy francuską.
Rzeczywiście nie odzyskujemy środków z samych badawczych programów UE, jednak en masse odzyskujemy nasz wkład do budżetu Unii. Nawet instytucje naukowe uzyskują te pieniądze, ale w postaci finansowania projektów strukturalnych. To jest jednak dla mnie bardzo niepokojący sygnał. Musimy się pozbierać i skutecznie walczyć o unijne środki na badania i rozwój. Nie tylko nauka, ale także innowacyjne przedsiębiorstwa. W nowym mega funduszu środków strukturalnych środki nie muszą być przeznaczone na naukę ani na innowacje w ogóle. De facto rząd dostanie worek pieniędzy i ma je rozdysponować zgodnie z ogólnymi zasadami. Czy polski rząd zdecyduje się finansować innowacje i naukę z tych funduszy, czy przeznaczy je na przykład na rolnictwo lub na wsparcie branży drobiarskiej? Mam nadzieję, że to pierwsze, żeby za parę lat nie okazało się, że jesteśmy spichlerzem i żywicielem Europy, a pozostałe kraje tworzą innowacje i zarabiają pieniądze. Od 2030 roku również programy wideningowe będą uzależnione od tego, jak państwa radzą sobie z inwestycjami w B+R. W ciągu 35 lat byliśmy w stanie wyjść z poziomu bankruta do poziomu szóstej gospodarki unijnej i dwudziestej gospodarki światowej. Czy w tej sytuacji naprawdę nie możemy mieć ambicji, żeby pójść dalej? Ja osobiście mam ambicje, żebyśmy zawalczyli o coś więcej.
Czy i co charakterystycznego pan zauważył, co pana ujęło, kiedy dostał pan granty od Fundacji na rzecz Nauki Polskiej?
Po pierwsze, dzięki fundacji wróciłem do Polski. Nie dlatego, że to były pieniądze… Chociaż to jest zabawna historia, którą pamiętam do tej pory: po powrocie dostałem pół etatu asystenta. Wracając z zachodniego kraju, gdzie miałem naprawdę dobrą pensję, dostałem w Polsce pensję w wysokości 472 zł. Żona mi musiała kupić laptopa, bo nie miałem na czym pracować i musiałem pożyczać pieniądze, żeby dojeżdżać do pracy, bo mi na paliwo nie wystarczało. No, ale teraz jest zupełnie inaczej. Nie doceniamy tego, ale Polska dzisiaj to zupełnie inny świat. Narzekajmy, żeby było lepiej, narzekajmy, bo samozadowolenie nigdy nie jest dobre, mając jednak świadomość, jak daleko zaszliśmy.
Czy wtedy zwrócił pan uwagę na to, jak działa fundacja?
Pieniądze, które Fundacja wtedy mi dała w stypendiach czy w grantach, nie były najważniejsze. Najważniejsze było to, że Fundacja to jest taka latarnia, która pokazuje, że komuś zależy na jakości, na tym, żeby Polska faktycznie była miejscem, gdzie chce się zostać. I powiem szczerze, to był wtedy najmocniejszy punkt w świecie polskiej nauki, który jest tak obezwładniający dla kogoś, kto przyjeżdża z Zachodu i nie rozumie realiów polskich, tej całej hierarchiczności, tytułomanii. Wróciłem ze Stanów, gdzie z profesorem szło się po prostu na piwo. I to było normalne. Samo zetknięcie z naszym światem było po prostu przygnębiające i bardzo trudne. Jednak powrotu nie żałuję. Jesteśmy już w innym miejscu, mamy swoje kłopoty, ale mamy też jasne punkty, gdzie jest normalnie i teraz to nie jest jedynie Fundacja. One dają nadzieję, że wkrótce wszędzie będzie normalnie. Tu liczy się jakość, procedury dotyczą nie tego, gdzie człowiek zasiada, tylko kim człowiek jest i co chce zrobić.
Dlaczego pan się zdecydował kandydować na stanowisko prezesa FNP?
Na szczęście mam zaszczyt pracować ze wspaniałymi ludźmi w Krakowie, z zespołem, który daje mi nadzieję na to, że uda mi się utrzymać kontakt z nauką. Oczywiście, w wersji znacznie bardziej ograniczonej niż to było do tej pory. Miałem, że tak powiem, trzy etaty w nauce. Teraz to się zmieni, proporcja się odwróci, bo jednak muszę większość czasu spędzić skupiając się na pracy w i dla Fundacji. Jeżeli pan pyta dlaczego, to odpowiem z poziomu naukowca, który przeszedł wszystkie szczeble kariery naukowej w Polsce i poza Polską: bo potrzebujemy zmiany w nauce. Potrzebujemy, żeby ktoś mówił, jak jest, a jak powinno być, żeby praca naukowa nie była źródłem wypalenia, ale satysfakcji i sukcesu. Fundacja to jest jedno z nielicznych miejsc, które pozwala próbować poprawić ten nasz świat. Wiem, że to brzmi patetycznie…
Ma pan pomysł, jak to poprawić, zmienić?
Tak. Inaczej bym tu nie przyszedł. Fundacja nie ma być pociągiem towarowym, który dowozi nauce to samo przez kolejne 30 lat. Każdy pomysł fundacji ma polegać na tym, żeby zmienić ten świat i oddać pewne poznane i oswojone pole aktywności innym. Tak to działało do tej pory i tak ma działać w przyszłości. Fundacja może tak działać dzięki temu, że jest po pierwsze prywatna, a po drugie dlatego, że jest stosunkowo małą, czyli sprawną, organizacją. Nie jest zatem do żadnych kierunków zobowiązana i może sama oceniać, co jest ważne, którą pustą niszę jeszcze da się, a nawet należy wypełnić.
Gdzie widzi pan taką pustą niszę?
Największym pustym miejscem jest teraz przestrzeń pomiędzy nauką a społeczeństwem. Chcemy znaleźć sposób, jak ją wypełnić, aby nie dzieliła, ale łączyła. Chodzi o pokazanie społeczeństwu, czemu nauka jest warta wsparcia, ale nie na zasadzie takiej, że pójdę i zacznę opowiadać o nauce jako influencer, lecz o dowiezienie pewnych tematów, które faktycznie będą miały przełożenie na rzeczywistość. I nie mówię tylko o monetyzacji wyników badań. Chociaż na pewno będziemy szli w kierunku finansowania badań aplikacyjnych, ale na poziomie akademickim. Nie chcę wchodzić w żadne dalsze etapy, w przemysł. Fundacja jest na rzecz nauki polskiej, czyli mamy służyć akademii. W przyszłym roku uruchomimy kolejne konkursy proof of concept, czyli takie krótkie sprinty. Na okres 12 miesięcy dajemy ludziom 700 tys. zł na to, żeby sprawdzili aplikacyjną wartość tego, co wymyślili. To jest obudowane projektem Prime, czyli programem wsparcia komercjalizacji nauki. W ramach tego programu chcemy zbliżać przemysł i naukę do siebie. Muszą razem pracować, muszą się poznać. To ma być przenikanie się, zrozumienie własnych ograniczeń i możliwości, pomoc w definiowaniu technologii tak, żeby można było zdecydować, czy ma się ona rozwijać w projekcie NCBR-owskim, czy trzeba zrobić licencje i przekazać je do przemysłu, czy może warto iść w kierunku startupu.
Bardzo bym chciał, żeby Fundacja myślała szerzej i tworzyła rozwiązania na przyszłość, żeby powstał projekt Blue Ocean, czyli finansowania przełomowych, ryzykownych pomysłów – konkurs na pomysł podróży w łupince orzecha po szerokim oceanie. Powiem szczerze, że to nie jest marzenie tylko plan. Pilotaż będziemy robili w niedługim czasie.
Tego typu finansowanie wymaga niezwykłej wręcz transparentności i jasnego zdefiniowania po co właściwie firmy, społeczeństwo mają badania finansować. Myślę, że w Polsce nie potrafiliśmy tego precyzyjnie, jasno określić. Nigdy to się nie wydarzyło. Z transparentnością też jest kiepsko. Fundacja jest organizacją, która może sobie pozwolić na to, żeby zrobić test i powiedzieć naukowcom: „Słuchajcie, będziemy absolutnie transparentni”. Damy wam bardzo elastyczne pieniądze, które pozwolą wam zmieniać świat, ale społeczeństwo, które daje na to pieniądze, będzie was kontrolowało, będzie patrzyło wam na ręce. I może w ten sposób dając przykład uda się ten świat trochę zmienić.
Proszę zwrócić też uwagę, że nie mamy w Polsce jakiegoś ciała neutralnego, które by reprezentowało naukowców. Nie jesteśmy interesariuszem. Nie jesteśmy firmą państwową czy agencją państwową. Nie jesteśmy jednostką naukową. Stoimy gdzieś pośrodku i możemy naprawdę reprezentować naukowców. Mamy już organizacje i instytucje, które w nauce pełnią określoną rolę, a my jesteśmy nieco inni, bardziej niezależni, neutralni. Ten atut chcemy wykorzystać, by stanowić organizację reprezentującą naukę.
Jak pan widzi swoje miejsce w tym wszystkim?
Na pewno nie będzie to one man show, tylko wspólne tworzenie różnych nowych rzeczy. Dotychczas Fundacja realizowała swój pomysł, który z czasem przejmowali inni, a ona szła dalej. I tak to nadal powinno wyglądać. A kiedy już te wszystkie instytucje państwowe nauki i jej otoczenia zaczną dobrze działać, gdy to wszystko się zepnie, wtedy nie będziemy już potrzebni. I o to chodzi. Taki jest cel działania Fundacji. Nie możemy być konkurencją dla rzeczy, które już są. Gwarantuję panu, że jak się jedna potrzeba skończy, to pojawi się kolejna. I wtedy trzeba będzie znowu zmienić wszystko i wytyczyć nowe cele. I ponownie za jakiś czas fundacja powinna stać się niepotrzebna. Ale wtedy zauważymy kolejne potrzeby i będziemy mogli wytyczyć nowe cele i iść za nowymi gwiazdami.
Rozmawiał Piotr Kieraciński