logo
FA 10/2025 życie akademickie

Zbigniew Drozdowicz

Akademickie starzenie się

Akademickie starzenie się 1

Rys. Sławomir Makal

Co można zrobić w sytuacji, gdy w życiu uczonego pojawia się poczucie zniechęcenia i zawodowego wypalenia? Nie ma przekonującej odpowiedzi na to pytanie. Wiele bowiem zależy od tego, w jakim okresie zawodowej aktywności one się pojawiają. Zawsze jednak należy mierzyć zamiary według sił.

Starość nie musi oznaczać, że trzeba się rozglądać za jakąś opieką lub przynajmniej liczyć na wyrozumiałość ze strony otoczenia. Są przecież tacy, którzy potrafią sobie dobrze radzić w zaawansowanym wieku, zaradności może im pozazdrość niejeden młodzieniaszek. Wiele jednak zależy od tego, jak się żyło i kim się było w młodszym wieku. Nie inaczej jest z akademickim starzeniem się.

O starzeniu się akademickich instytucji

Zacznę od Akademii. Pierwszą z nich założył w czasach starożytnych w Atenach (w parku poświęconym herosowi Akademosowi) Platon. Giovanni Reale w swojej Historii filozofii starożytnej twierdzi, że ta Akademia „bardzo szybko znalazła uznanie i przyciągnęła znaczną liczbę młodych, a także sławnych ludzi”. Okazało się jednak, że najzdolniejsi z uczniów Platona nie podzielają nauk mistrza. Jednym z najbardziej znaczących był Arystoteles, na którego autorytet w nauce wielokrotnie powoływano się w późniejszych wiekach. Platonizm innych sukcesorów Akademii kojarzony był zaś ze sceptycyzmem, który nie pozostawiał miejsca na żaden dogmatyzm. Jednak tylko stosunkowo nieliczni skłonni byli podpisać się pod twierdzeniem przedstawiciela Trzeciej Akademii Ateńskiej, Karneadesa, że „wszelka wiedza jest niemożliwa, z wyjątkiem wiedzy, że wszelka inna wiedza jest niemożliwa”.

Natomiast i dzisiaj niektórzy podpisują się pod Platońskim pojmowaniem wiedzy i władzy. Jednym z nich jest Allan Bloom. W książce pt. Umysł zamknięty w powrocie do Platońskiej filozofii widzi on ratunek dla szkolnictwa wyższego w Stanach Zjednoczonych, które jego zdaniem znajduje się w stanie głębokiego upadku (w podtytule stwierdza, że „zawiodło ono demokrację i zubożyło duszę dzisiejszych studentów”). Powiedzmy jasno: taki powrót oznaczałby nie tylko zamknięcie akademickich drzwi dla kobiet, ale także selekcję, która z większości akademików uczyniłaby bezkrytycznych strażników „jedynie prawdziwej prawdy” albo wyrobników, którzy nie są w stanie takiej prawdy pojąć. Obecnie wiele instytucji występuje pod szyldem akademii. Jednak tylko w stosunkowo niewielu prowadzi się badania naukowe na wysokim poziomie. W niektórych stawia się przede wszystkim na nauki stosowane. Mogą one być również nauką, jednak pod warunkiem, że nie sprowadza się ich do praktycznych umiejętności, jakich oczekuję się od sprawnego rzemieślnika.

W czasach średniowiecza pojawiły się najpierw przykościelne szkoły wyższe a później uniwersytety. Jedne i drugie istnieją do dzisiaj. Jednak to tym drugim udało się wykreować wartości i wielkości, które oznaczają odejście od ideowej kurateli teologów i wspierających ich kościołów. Rzecz jasna nie dokonało się to ani szybko, ani tak radykalnie, żeby na uniwersytetach nie pozostał po nich ślad. Można się o tym przekonać przebywając chociażby na najstarszym z uniwersytetów angielskich, tj. założonym w 1209 r. Uniwersytecie Cambridge. W nazwach jego jednostek organizacyjnych nadal występują takie określenia jak: Magdalen College (zał. w 1428 r.), Jesus College (zał. w 1496 r.), czy Trinity College (zał. w 1546 r.). Liczą się w nich jednak nie tylko tradycyjne nazwy, ale także akademicki „duch” zmian, który sprawił, że uczelnia od lat zajmuje czołowe miejsca na prestiżowej liście szanghajskiej najlepszych uniwersytetów na świecie. Kościelny rodowód miało również wiele uniwersytetów w Europie kontynentalnej, w tym sławna do początków XX w. Sorbona; powstała ona w 1253 z przekształcenia jednego z kolegiów Uniwersytetu Paryskiego. To, że w 1968 r. „rozmnożyła” się na 13 samodzielnych uniwersytetów, było następstwem zestarzenia się jej struktur organizacyjnych i zarządczych, przez co przestała spełniać współczesne wymagania studentów i kadry. Rzecz jasna, niejedna z młodszych uczelni chciałaby się tak zestarzeć, aby do ich drzwi pukały tłumy chętnych do podjęcia studiów i pracy. Sytuacja z uniwersytetami na świecie, w tym w Polsce, jest podobna jak z akademiami: są liczne, ale takich, w których prowadzi się badania i kształcenie na wysokim poziomie jest stosunkowo niewiele.

Starzenie się teorii

Od wieków aspiracją uczonych jest sformułowanie takich teorii naukowych, które przetrwałyby nawet najbardziej surowe sprawdziany i wystawiały im świadectwo nieomylności. Jak dotąd żadnemu z nich to się nie udało. Warto jednak próbować, bowiem takie próby stanowią „koło napędowe” postępów w nauce. Zachętą może być to, że niektóre teorie miały stosunkowo długi żywot. Należy do nich m.in. teoria heliocentryczna. Idea Ziemi krążącej wokół Słońca pojawiła się już w V w. p.n.e. u greckiego filozofa Filolaosa z Krotyny. W III w. p.n.e. upowszechniał ją Arystarch z Samos, który „dopisał” do niej teorię „centralnego ognia”, regulującego ruchy Wszechświata. Za przełomową uznaję się jednak dopiero tę jej wersję, która pojawiła się na kartach opublikowanego w 1543 r. dzieła Kopernika O obrotach sfer niebieskich. Czy ta teoria się nie zestarzała? Pod niektórymi względami nie, ale pod innymi tak. Nie sądzę, aby poważny uczony podpisał się dzisiaj pod twierdzeniem Kopernika, że środek Wszechświata znajduje się „gdzieś w pobliżu Słońca”. W świetle wizji, jakie pojawiają się na kartach książki Stephena Hawkinga Krótka historia czasu jest ono po prostu naiwne.

Długi rodowód ma również teoria ewolucji. Jej sformułowanie przypisywane jest Karolowi Darwinowi. W każdym razie pojawia się ona na kartach jego opublikowanego w 1859 r. dzieła O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego. M. White i J. Gribbin w książce Darwin. Żywot uczonego stwierdzają, że „Karol Darwin nie był pierwszym człowiekiem, który zwrócił uwagę na zjawisko ewolucji” i wymieniają m.in. Empedoklesa z Akragas (jego zdaniem, „po uformowaniu się Ziemi najpierw pojawiło się życie roślinne, a dopiero później z roślin «wypocząkowało» życie zwierzęce”) czy Franciszka Bacona („200 lat przed wyprawą Darwina na pokładzie Beagle i ponad 300 lat przed odkryciem DNA, przedstawił wyjątkowo jasny opis możliwości inżynierii genetycznej”). Dzisiaj niejedna naukowa placówka prowadzi badania z zakresu biologii ewolucyjnej, a niektóre z nich na swoich szyldach powołują się na Darwina. Jednak trudno byłoby wśród nich znaleźć biologa ewolucyjnego, który podpisałbym się pod darwinowską tezą, że jego teoria w sposób wystarczający wyjaśnia powstawanie i modyfikowanie gatunków. Niektórzy uczeni, np. Ronald Fischer, uzupełniają ją o genetykę mendlowską. Inni, jak August Weismann, korygują ją poprzez wskazanie „barier” między „nieśmiertelnymi” liniami komórek rozrodczych produkujących gamety a „jednorazowymi” komórkami somatycznymi u zwierzą. Teorię ewolucji Darwina można korygować i wzbogacać o ustalenia, które sprawiają, że zachowuje ona naukowy charakter.

Czy to samo można powiedzieć o teoriach, które pojawiają się w historii jako jednej z dyscyplin humanistycznych? Mam poważne wątpliwości. Rzecz nie w tym, że uogólnienia w niej formułowane nie są w ścisłym tego słowa znaczeniu prawami nauki. Są generalizacjami historycznymi o ograniczonym zakresie ważności, które proponują jedni historycy a kwestionują inni. Tradycje te sięgają czasów starożytnych, kiedy pojawili się m.in. Herodot (w jego Dziejach przedstawione są generalizacje dotyczące ówczesnego świata greckiego, perskiego i egipskiego) oraz Tukidydes (autor Historii wojny peloponeskiej). W średniowieczu generalizacje dotyczące państwa ziemskiego i państwa nadprzyrodzonego przedstawił Aureliusz Augustyn w swoim Państwie Bożym. W czasach nowożytnych generalizacje dotyczące panujących w Anglii królów przedstawił David Hume w wielotomowej Historii Anglii. Natomiast w XIX stuleciu mieliśmy do czynienie ze swoistym „wysypem” generalizacji, a niektóre z nich konkurowały ze sobą o miano najbardziej trafnych. Wprawdzie próbowano je uzasadnić odwoływaniami do tych samych wydarzeń, ale przedstawiano w radykalnie różny sposób. Dzisiaj już mało kogo trzeba przekonywać, że w tej dyscyplinie liczą się nie tylko wydarzenia, które miały miejsce w określonym czasie, ale także punkty widzenia uznawane przez historyków za najwłaściwsze. W efekcie historycy piszą swoją historię. Czasami budzi ona uznanie odbiorców, czasami zdziwienie a nawet rozbawienie.

Starzenie się uczonych

Genetyka zrobiła tak ogromne postępy, że u wszystkich żywych organizmów można usunąć geny w największym stopniu odpowiadające za starzenie się. Niestety na razie nie udało się znaleźć „genu nieśmiertelności”. Być może są uczeni, którzy nadal mają nadzieję na przełom w tej sprawie. Jeśli jednak nie można być nieśmiertelnym, to przynajmniej można żyć dużo dłużej niż wynosi średnia ludzkiego życia. Są środowiska, w których liczba stulatków znacznie przekracza statystyczną średnią. Środowisko akademickie raczej do nich nie należy. Jeśli jednak pojawiają się w nim stulatkowie, to warto przyjrzeć się, jak wyglądały ich relacje z otoczeniem oraz jaki prowadzili tryb życia, w tym jak się odżywiali i relaksowali. Już starożytni zauważyli, że właściwie stosowana dieta i fizyczna aktywność generalnie mogą przyczynić się do przedłużenia życia. Gwarancji co prawda nie ma, warto jednak spróbować. Tak czy inaczej pewne są tylko podatki i śmierć. Zarówno te pierwsze, jak i tę drugą można nieco odwlec w czasie, nie warto jednak przesadzać. Jeśli bowiem nawet uda się nie spłacić swoich zobowiązań przed śmiercią, to można postawić w kłopotliwej sytuacji spadkobierców, od których wierzyciele będą domagać się spłaty. A jeśli uda się dożyć stu lub nieco więcej lat, może się okazać, że starość jest nie do zniesienia i dla nas, i dla naszych najbliższych.

Nie w każdym przypadku metryka jest wiarogodnym dowodem starości. Są przecież zarówno osoby, które wyglądają i czują się młodziej niż wskazuje na to data ich urodzenia, jak też takie, które wyglądają i czują się starzej. Czy do tych pierwszych należą uczeni? Bywa różnie. Spotykałem na swojej akademickiej drodze jednych i drugich. Jeśli miałbym krótko odpowiedzieć na pytanie, co sprzyja zachowaniu przez nich młodości na dłużej, to powiedziałbym, że jest to stosowana z „głową” aktywność zawodowa. Natomiast przedwczesnemu starzeniu się sprzyjają rutyna i wypalenie zawodowe, których wyrazem jest niechęć do podejmowania nowych zadań, zamykanie się w sobie, a w najlepszym razie ironizowanie ze wszystkiego. Wypowiedzi Einsteina z ostatniego okresu życia wskazują, że dotknięty był tym wypaleniem. R. Higfield i P. Carter ostatni rozdział jego biografii zatytułowali Wszystko jest złudzeniem. Przywołują w nim zarówno słowa uczonego, że współcześni mu fizycy uznają go za „starego durnia”, jak opinię Franka Wilczka (w 2004 roku otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki), że wszystkie jego wysiłki nad znalezieniem zadawalającej jednolitej teorii pola opierały się na błędnych założeniach. „Jego asystentka Bruria Kaufman zapytała go, czy wszystko jest w porządku. Einstein odpowiedział jej z uśmiechem: «Wszystko jest w porządku. Ale nie ze mną»”. Chorował wówczas na tętniaka aorty i mógł odżywiać się wyłącznie kostkami lodu i wodą mineralną. Kiedy jednak zaproponowano mu pomoc lekarza specjalisty, odmówił i stwierdził: „Pragnę odejść wtedy, kiedy chcę”. Przywołuję ten przykład głównie po to, aby pokazać, że nie ma uczonych tak wielkich, aby mogli stanąć ponad niedogodnościami starczego wieku.

Co można zrobić w sytuacji, gdy w życiu uczonego pojawia się poczucie zniechęcenia i zawodowego wypalenia? Nie ma przekonującej odpowiedzi na to pytanie. Wiele bowiem zależy od tego, w jakim okresie zawodowej aktywności one się pojawiają. Zawsze jednak należy mierzyć zamiary według sił, a jeśli ich nie wystarcza do wykonywania dotychczasowych zajęć na odpowiednio wysokim poziomie, to warto rozejrzeć za takimi, które są na miarę aktualnych możliwości. Rzecz jasna łatwiej to powiedzieć niż zrobić, zwłaszcza tym, dla których wykonywanie akademickich zajęć nie jest tylko obowiązkiem, ale także życiową pasją, i którzy osiągali znaczące zawodowe sukcesy.

Wróć