Rozmowa z prof. dr. hab. Wojciechem Załuską, rektorem Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, przewodniczącym Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych

Prof. dr hab. n. med. Wojciech Załuska (ur. w 1961 r.) jest kierownikiem Katedry i Kliniki Nefrologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Był dziekanem Wydziału Lekarskiego z Oddziałem Anglojęzycznym UML, a obecnie jest rektorem uczelni. Pełni funkcję przewodniczącego Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych. Jego badania skupiają się wokół kłębuszkowego zapalenia nerek – immunopatogenezy i nowoczesnych form terapii, a w zakresie klinicznym – adaptacji nowych technologii w grupie pacjentów leczonych nerkozastępczo. Jest autorem i współautorem 218 publikacji naukowych. Sumaryczny Impact Factor jego prac wynosi 258,907.
W. Załuska realizował wiele grantów KBN, NCN i ABM. Był koordynatorem programów naukowych realizowanych we współpracy z Fresenius Medical Care (Bod Homburg, Niemcy). Jest członkiem American Society of Nephrology, European Dialysis and Transplantation Association, Polskiego Towarzystwa Nefrologicznego, Polskiego Towarzystwa Transplantologicznego i Lubelskiego Towarzystwa Naukowego. Fot. UML
Uniwersytet Medyczny w Lublinie był jednym z pionierów, a potem liderów kształcenia studentów zagranicznych.
Wydział Lekarski prowadzi anglojęzyczne studia lekarskie od 1995 roku. Obecnie mamy też studentów międzynarodowych na kierunku lekarsko-dentystycznym. Pierwsi studenci przybyli do nas z USA. W roku akademickim 2024-2025 na kierunku lekarskim łącznie mieliśmy 632 studentów z 51 krajów.
To znacznie mniej niż w poprzednich latach, gdy ich liczba przekraczała półtora tysiąca. Co się stało? Jak to się ma do ogólnej liczby studentów?
Znacznie mniej, ale to nadal jest około 10 procent wszystkich studentów, gdyż mamy łącznie siedem tysięcy studentów wraz z międzynarodowymi. Na Wydziale Lekarsko-Dentystycznym w chwili obecnej kształcimy 83 studentów z 12 krajów, a to jest nawet więcej niż 10 procent. O ile mi wiadomo, wciąż jesteśmy jednym z liderów, jeśli chodzi o liczbę studentów anglojęzycznych. To się zmieniło od 2019 roku ze względu na pewne procesy, które wszyscy obserwowaliśmy, czyli pandemia covid, a następnie wojna na Ukrainie. Potem pojawiły się problemy z wizami . Być może to nie dotyczyło naszych studentów w jakimś wielkim stopniu, ale myśleliśmy między innymi o studentach z Indii i okazało się, że są bardzo duże trudności w uzyskaniu przez nich wiz studenckich. Faktycznie od roku 2019 straciliśmy około 300 osób, ale problemy administracyjne są naprawdę duże, a wojna tuż za naszą granicą też dla wielu kandydatów jest problemem.
W tym roku obchodzicie 30-lecie kształcenia anglojęzycznego. Jak to się zaczęło? Wiem, że miał pan w tym spory udział.
To był splot korzystnych okoliczności. Nasz amerykański partner – Medical Instytut z Virginii w USA – miał amerykańskich studentów na Węgrzech. Doszło tam jednak do jakichś trudności logistycznych i postanowiono przenieść ich gdzie indziej, czyli właśnie do nas i na uczelnię w Katowicach. Były dwie polskie uczelnie, które 30 lat temu zaczęły program kształcenia lekarzy w języku angielskim (podobny program we współpracy z instytucją z Włoch powstał na Uniwersytecie Jagiellońskim, jednak początkowo nie odniósł sukcesu – red.). Na początku obcokrajowców nie było zbyt wielu, ale potem ich liczba sukcesywnie rosła. O ile pamiętam, do tej pory mamy około 900 absolwentów ze Stanów Zjednoczonych. Ogółem w ciągu 30 lat UML wykształcił 2522 absolwentów zagranicznych, w tym 1941 na kierunku lekarskim, a resztę na lekarsko-dentystycznym.
Czy wasi absolwenci nie mają problemu z uzyskaniem praw wykonywania zawodu lekarza w swoich krajach? Mam na myśli nie tylko Amerykanów, ale i pozostałe nacje kształcące się w Lublinie?
Wszyscy nasi amerykańscy absolwenci, aby móc ubiegać się o rezydencję w swoim kraju, muszą zdać egzamin licencyjny, który ma dwa etapy: teoretyczny i praktyczny. Studenci amerykańscy, żeby studiować – bo te studia nawet u nas są dosyć drogie, choć oczywiście nieporównywalnie tańsze niż w Stanach Zjednoczonych – korzystali z kredytów federalnych. Żeby je otrzymać, stopień zdawalności egzaminów w grupie, w której studiowali, w tym wypadku w grupie naszych absolwentów, musiał być wyższy od 90 procent, a to jest trudny egzamin. Tam nie ma żadnej bazy pytań, jak na naszym Lekarskim Egzaminie Końcowym. Według naszej wiedzy ponad 90 procent naszych absolwentów pracuje w Ameryce w zawodzie, to znaczy pracują jako lekarze. To bardzo duży odsetek. Oczywiście część nie radzi sobie z tym egzaminem albo podejmuje pracę w sektorze organizacji ochrony zdrowia czy w biznesie.
Do już utrwalonych elementów współpracy międzynarodowej należą nasze programy wspólne, czyli dual degree, w których studia trwają połowę czasu poza granicami naszego kraju i połowę w Polsce. Mamy taki program z Tajwanem. Kiedyś było w Lublinie sporo studentów w tego kraju. Mamy tam teraz ogromny problem, bo doszło do zaostrzenia kryteriów uzyskiwania prawa wykonywania zawodu, co stawia naszych absolwentów w trudnej sytuacji. Dlatego dramatycznie spadła liczba Tajwańczyków zainteresowanych kształceniem lekarskim w Polsce. Natomiast program podwójnych dyplomów mamy też w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Zaczęliśmy go ponad 10 lat temu od 50 studentów rocznie, a w zeszłym roku podpisaliśmy kontrakt na 150 studentów rocznie. Załóżmy, że będzie ich sukcesywnie więcej, ponieważ pierwsze trzy lata studiują u siebie, a trzy ostatnie u nas, i otrzymują dwa dyplomy. Rozpoczynamy też na stomatologii kształcenie studentów z Emiratów Arabskich. Podobny program mamy w Chinach z Uniwersytetem Medycznym w Wenzhou. To jest bardzo dobry, nowoczesny uniwersytet. Na pewno perspektywiczne jest też spojrzenie na Amerykę Południową.
Czy zmiany w prawie wizowym i wymóg zdania egzaminów językowych nie szkodzi waszym programom anglojęzycznym?
Oczywiście, że obie te sprawy utrudniają nam nabór. Tę sytuację wykorzystują sąsiednie kraje unijne, jak Rumunia, Węgry czy Słowacja, które rozbudowują ofertę anglojęzycznych studiów lekarskich i przejmują część kandydatów.
Jeszcze odnośnie do całego procesu studiów chciałem zwrócić uwagę na fakt, że w ciągu ostatniej dekady zwiększyliśmy także liczbę polskich studentów o około 15 procent. Reaktywowaliśmy również program studiów niestacjonarnych na wydziale lekarsko-dentystycznym. Być może z punktu widzenia obywateli polskich to właśnie jest ważniejsze – zwiększenie naboru na studia lekarskie po polsku, bo ich absolwenci w większości zostaną w kraju i będą nas leczyć. Zaczęliśmy kształcenie anglojęzyczne i mamy już pierwszych sześciu studentów na Wydziale Nauk o Zdrowiu – to też jest novum. Mamy zatem, poza lekarskimi studiami anglojęzycznymi, sporo innych osiągnięć w obszarze kształcenia.
Kiedyś mówił pan, że baza lokalowa uniwersytetu jest zbyt mała na poważne zwiększenie liczby studentów.
Działamy w kierunku rozbudowy naszej bazy dydaktycznej. Z Krajowego Planu Odbudowy dostaliśmy 180 milionów złotych, które inwestujemy w infrastrukturę edukacyjną. Odważyliśmy się nawet wcześniej zacząć wydawać pieniądze na zaplanowane inwestycje, ponieważ terminarz ich realizacji jest dramatycznie napięty: wynosi półtora roku. Mamy zamiar przebudować całkowicie dwa domy studenckie, odnowić bibliotekę, odnowić na bardzo dobrych warunkach Collegium Anatomicum ulokowane w Collegium Maius, zbudować na terenie naszej hali sportowej nowe Centrum Egzaminów Medycznych z egzaminem OSCI, czyli umiejętności w warunkach symulowanych. Ten egzamin wprowadzono jakiś czas temu w Wielkiej Brytanii. Zyskał międzynarodowe uznanie, jest także niezbędny w standardach amerykańskich, a my, tu w Lublinie, byliśmy jednymi z pierwszych, którzy w zeszłym roku ten egzamin wprowadzili na wydziale lekarskim oraz na stomatologii.
Jakie znaczenie dla medycznego kształcenia międzynarodowego mają akredytacje zagraniczne?
To jest absolutna konieczność. W Stanach Zjednoczonych, jeżeli się nie ma tak zwanych boardów, czyli pozwoleń stanowych na kształcenie – a wydają je specjalne instytucje, jak New York Board czy California Board – nie ma mowy o kształceniu lekarzy. Żeby uzyskać taką akredytację, trzeba spełnić szereg rygorystycznych kryteriów. Uniwersytet Medyczny w Lublinie dostał teraz pozwolenie w stanie Nowy Jork na sześć lat. To jest sytuacja unikalna. Tak samo mamy to pozwolenie w stanie Kalifornia. Cieszymy się z tego, że jako państwo mamy akredytację federalną na osiem lat, ponieważ jesteśmy bardzo aktywni na rynku amerykańskim. Natomiast fundamentalne wręcz było wejście w tym roku do Światowej Organizacji Edukacji Medycznej, co otwiera nam drogę do kształcenia lekarzy w skali całego świata. Chciałbym podkreślić rolę Komisji Jakości Kształcenia Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych na czele z profesorem Januszem Morysiem w uzyskaniu akredytacji amerykańskiej i wejściu do wspomnianej organizacji. Także nasz były prorektor prof. Kamil Torres miał ogromny wkład w uzyskanie tej akredytacji. Dotyczy całej Polski, co ważne w związku z tym, że rozszerzamy liczbę podmiotów kształcących lekarzy. W ciągu ostatnich dwudziestu lat zwiększyła się ona z 10 do 30. To niesie ze sobą szereg wyzwań i wielkie ryzyko w obszarze jakości kształcenia. Muszę dodać, że nie wszystkie te podmioty należą do KRAUM, gdzie działa wspomniana komisja, która dba o kwestie jakości kształcenia. Nasza konferencja zrzesza 15 uniwersytetów – to są stare uniwersytety medyczne, podległe Ministerstwu Zdrowia, i uniwersytety klasyczne, czyli uczelnie o dużym potencjale i zapleczu, na których jakiś czas temu uruchomiono kształcenie lekarzy, oraz Medyczne Centrum Kształcenia Podyplomowego, a zatem połowę podmiotów uprawnionych do kształcenia lekarzy.
Dlaczego do konferencji należy tylko 15 uczelni?
Żeby się do nas dostać, trzeba wypromować absolwentów kierunku lekarskiego, a większość nowych podmiotów kształcących lekarzy jeszcze nie zdążyło tego zrobić. Wiemy też, jakie były problemy wielu tych uczelni ze spełnieniem podstawowych warunków uruchomienia kierunku lekarskiego i z uzyskaniem zgody Polskiej Komisji Akredytacyjnej; widzimy jakie mają problemy z infrastrukturą i kadrą. Musimy się takim podmiotom dokładnie przyglądać: co robią, jak sobie radzą. Także wspomagać je w miarę możliwości, bo nie oszukujmy się, nasza amerykańska akredytacja, dotycząca całego systemu kształcenia lekarzy w Polsce, zależy także od poziomu kształcenia na tych nowych kierunkach lekarskich.
Czy potrzebujemy kształcić lekarzy w tylu uczelniach i w takiej liczbie jak obecnie?
To jest bardzo dobre pytanie. Trochę bym je doprecyzował: ilu nam potrzeba specjalistów w zawodach medycznych, bo głównie na brak specjalistów możemy narzekać. Zawsze uważałem – to jest mój indywidualny pogląd – że najważniejsza nie jest liczba lekarzy, choć przecież ma znaczenie, ale dobra organizacja pracy. Leczenie ludzi to praca zespołowa, nie tylko lekarzy różnych specjalności, ale także pielęgniarek, farmaceutów, dietetyków itd. Tymczasem u nas lekarz sam niemal za wszystko odpowiada. To jest świetny pomysł, aby zwiększyć aktywność innych osób zaangażowanych w leczenie. Być może także w takim sensie, aby pewne nowe zawody włączyć do listy zawodów limitowanych. W szpitalach ci ludzie powinni pracować w zespołach, bo to daje duże wsparcie lekarzowi prowadzącemu i pacjentowi. Ale przede wszystkim musimy mieć dobrze wykształconą kadrę. I chyba na razie nam się to udaje. Czy utrzymamy poziom po zwiększeniu liczby placówek kształcących lekarzy? Mam wielką nadzieję.
Jestem absolwentem lubelskiej Akademii Medycznej z roku 1986. Połowa moich kolegów z roku, siedem osób, pracuje w USA, Kanadzie i w Wielkiej Brytanii. Oprócz mnie na Uniwersytecie Medycznym został także profesor Leszek Kotula. Chociaż nie jesteśmy, powiedzmy sobie szczerze, w jakiejś superelitarnej lidze, to naprawdę staramy się docierać do wszystkich narzędzi, które gwarantują naszym pacjentom bardzo dobre wyniki leczenia.
Czy jako KRAUM nie martwicie się o akredytację federalną w kontekście sporej liczby tych nowych, mniejszych podmiotów?
Martwimy się, ale na przyjrzenie się sytuacji mamy jeszcze kilka lat, zanim te uczelnie wykształcą pierwszych absolwentów, a ci przystąpią do egzaminu lekarskiego. Może Amerykanie też zmienią kryteria i zasady, i będą dawać jednostkowe pozwolenie nie na kraj, tylko na określoną uczelnię?
Na to liczy rektor Wojciech Załuska?
To by było dla nas świetne.
Czy problem wizowy jest już przezwyciężony, czy nie?
Nie. Mamy jednak dobrą współpracę z ambasadami w krajach, które nas szczególnie interesują, na przykład w Emiratach Arabskich, w Tajlandii czy w Chinach. Tam jest bardzo dobra organizacja przyznawania wiz. Natomiast jest jeszcze kwestia weryfikacji kompetencji, w tym uznawania osiągnięć, wyników maturalnych i szybkiego działania naszych krajowych instytucji weryfikacyjnych. Mam nadzieję, że będzie dobrze.
Wspomniał pan o potrzebach inwestycyjnych i o środkach z KPO. A jakie są w ogóle potrzeby UML w tym zakresie?
Po pierwsze, chcemy poszerzyć nasze kliniki. Wystąpiliśmy o środki m.in. na budowę hematoonkologii. Właściwie chcielibyśmy przenieść obecny kompleks ze szpitala klinicznego nr 1 i stworzyć w okolicy szpitala klinicznego nr 4 nową jednostkę, która połączy wszystkie siły w zakresie hematologii, leczenia schorzeń rzadkich i immunologii. To by była inwestycja w granicach dwustu milionów złotych. Dostaliśmy dodatkowe środki w wysokości około 90 milionów złotych na przebudowę infrastruktury onkologii uniwersyteckiego szpitala klinicznego nr 1. Staramy się o dodatkowe środki dla PSK 4 i szpitala dziecięcego. Natomiast naszym marzeniem jest wybudowanie nowego szpitala dziecięcego.
Czy jako rektor Uniwersytetu Medycznego w Lublinie widzi pan potrzebę głębszej integracji uczelni Lublina?
W tej chwili mamy Związek Uczelni Lubelskich, do którego należy nasz uniwersytet. Muszę powiedzieć, że bardzo pozytywnie odbieram jego funkcjonowanie, nasze wspólne przedsięwzięcia w zakresie dydaktyki i badań naukowych. To nie jest tylko symbol, który sam w sobie też jest niezwykły, a myślę choćby o wspólnej inauguracji roku akademickiego, ale wyjątkowo dobrze zintegrowana instytucja z wieloma realnymi wspólnymi przedsięwzięciami. Oprócz już wskazanych obszarów dodałbym jeszcze sport czy kulturę akademicką. Cały czas idziemy dalej, pogłębiamy współpracę z pozostałymi uczelniami ze związku. Natomiast na razie nie ma mowy o głębszej integracji, bo zapewne nie ma takiej potrzeby.
Wspomniał pan o sporych inwestycjach w szpitale kliniczne. Czy obecny sposób ich finansowania jest korzystny z punktu widzenia uczelni?
Jesteśmy organem założycielskim naszych szpitali klinicznych i one w jakimś sensie są pod naszą kontrolą, ale ich sytuacja finansowa nie obciąża uniwersytetu. Musimy tu rozróżnić dwa, a nawet trzy obszary działalności szpitali klinicznych. Po pierwsze, jak wszystkie szpitale, leczą one pacjentów i to na najwyższym poziomie referencyjności, co w praktyce oznacza, że trafiają do nas pacjenci, którzy gdzie indziej nie mogą być wyleczeni. Ale nasze szpitale tym się różnią od pozostałych, że realizują też zadania dydaktyczne, a także prowadzone są w nich badania kliniczne. Bez tych szpitali uczelnia medyczna, czy każda inna kształcąca w zawodach medycznych, nie mogłaby realizować swojej misji. One są dla nas niezbędne. Mamy własną bazę kliniczną, z czego bardzo się cieszę, bo widzę, jakie kłopoty mają uczelnie, które muszą się posiłkować innymi rozwiązaniami. Zadania lecznicze szpitali klinicznych są finansowe z innych środków niż zadania dydaktyczne czy badania naukowe. Także nasi wykładowcy miewają po dwa zatrudnienia: na uczelni i w szpitalu klinicznym. Jest to trochę skomplikowane, ale dajemy sobie radę. Nie mamy jakichś strasznych długów. To także zasługa dyrektorów szpitali, których powołuję jako rektor. Dzięki nowemu dyrektorowi nastąpiła poprawa trudnej do niedawna sytuacji Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego.
Czy zmniejszenie liczby studentów zagranicznych uderzyło w finanse uniwersytetu?
To oczywiście niekorzystne zjawisko, ale podnieśliśmy czesne, żeby zrekompensować te straty. Niemniej to jest kłopot, bo nie przewidywaliśmy takiej sytuacji. Uczymy się, jak sobie z tym poradzić.
Konferencja Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych, której pan przewodniczy, jako pierwsza bardzo stanowczo wypowiedziała się przeciwko kontynuowaniu obecnej formuły ewaluacji działalności naukowej.
Powiedzmy sobie szczerze: ewaluacja w dotychczasowej formie nie służy niczemu. Przede wszystkim nie daje uczciwej, sprawiedliwej oceny dorobku naukowego. Nie służy też rozwojowi uczelni. Ten system, sprzyjający uczelniom, które mają bardzo mało pracowników naukowych, spowodował, że funkcjonujące od niedawna w małych uczelniach nowe jednostki – mówię o medycynie – wydały się lepsze od tak potężnych, jak choćby Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego czy nasz uniwersytet. Taki sposób obliczania wartości osiągnięć naukowych, który polega na matematycznym modelu rozdziału punktów za wypełnianie tak zwanych slotów – powtórzę, bo chcę to podkreślić: nie służy ani rzetelnemu poznaniu wartości badań, ani rozwojowi nauki. Zatem po co jest?
To jest jeden aspekt. Ale jest też drugi: nie możemy jako uczelnie medyczne być tak samo oceniani, jak na przykład instytuty badawcze, bo przecież mamy zupełnie inne zadania – poza częścią naukową mamy część dydaktyczną i jeszcze część kliniczną. Dlatego nam ten ciężar musi być jakoś inaczej rozłożony, a wyniki badań muszą być ocenione w takim właśnie kontekście. I o to poprosiliśmy: żeby w ewaluacji oddzielić nas od instytutów badawczych.
Liczycie na to, że uczelnie medyczne czy dyscypliny medyczne będą oceniane inaczej?
Przede wszystkim liczymy na to, że ewaluacja zmieni się całkowicie. Mamy propozycję powołania zespołu z naszymi ekspertami, którzy pomogą sformułować tę ocenę zupełnie inaczej, bo jakaś ewaluacja musi być, co do tego nie mam wątpliwości. Musimy wiedzieć, kto jak pracuje, jakie ma wyniki, w którym jest miejscu w relacji do pozostałych instytucji naukowych. Zapewne są też administracyjne powody posiadania takiej wiedzy. I to akceptuję. Tylko ta wiedza musi być rzetelna na tyle, na ile to możliwe. Konsekwencje oceny są bowiem poważne: kategoria naukowa, z którą wiążą się określone uprawnienia. Na szczęście ministerstwo zapewnia, że wyniki najbliższej ewaluacji nie wpłyną na ich utratę czy zmniejszenie. Podobnie ma być z wpływem na finansowanie.
Rozumiem, że w tej chwili stare uczelnie medyczne muszą być zapleczem kadrowym dla młodych?
To jest złożony problem, bo oczywiście one często sięgają po naszych nauczycieli akademickich, szczególnie w obszarze senioralnym. Trzeba przyznać, że nasza oferta finansowa dla lekarzy-dydaktyków nie jest atrakcyjna, dlatego tak ważne jest łączenie etatu akademickiego z klinicznym – lekarskim. Tu każda uczelnia musi poradzić sobie w miarę swoich możliwości.
Wspominał pan o podwójnym zatrudnieniu pracowników: w uczelni i w szpitalach. Dotyczy to także osób zatrudnionych na stanowiskach badawczych, które nie mają obowiązków dydaktycznych. Zamierza pan ograniczyć tego rodzaju zatrudnienia? Jaki ma to mieć wpływ na sytuację uczelni?
Rzeczywiście analizujemy model podwójnego zatrudnienia, szczególnie w przypadku pracowników naukowych, którzy nie mają obowiązków dydaktycznych, a jednocześnie pełnią etaty w szpitalach klinicznych. Chcę bardzo wyraźnie podkreślić: nie chodzi o ograniczenie współpracy uczelniano-szpitalnej, która jest fundamentem kształcenia medycznego, lecz o zapewnienie właściwych proporcji między działalnością badawczą a kliniczną. Zależy mi na tym, by pracownicy naukowi, którzy są zatrudnieni na etatach badawczych, rzeczywiście mogli wykonywać pracę badawczą w pełnym wymiarze, aby podnosić jakość i konkurencyjność naszej nauki, a tym samym prestiż Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Podwójne zatrudnienie niekiedy prowadzi do nadmiernego rozdrobnienia obowiązków i obniżenia efektywności, co nie służy ani uczelni, ani szpitalowi. Dlatego chcemy, aby te role były bardziej czytelne i adekwatne do odpowiedzialności: kto jest zatrudniony do badań, powinien mieć czas na badania; kto odpowiada za działalność kliniczną, powinien mieć możliwość pełnego zaangażowania w leczenie pacjentów. Uczelnia i szpitale działają w ścisłej symbiozie, ale każda z tych placówek ma swoją misję. Uporządkowanie kwestii podwójnych etatów pozwoli nam skuteczniej zarządzać kadrą, zwiększyć jakość dorobku naukowego oraz lepiej przygotować się do przyszłych procesów akredytacyjnych.
Na uniwersytecie nastąpiły też zmiany kadrowe we władzach, odszedł zasłużony dla uzyskania międzynarodowych akredytacji prorektor Torres. Jaki jest cel tych zmian?
Każda kadencja i każda instytucja przechodzi przez naturalne procesy zmian personalnych, wynikające z rotacji, nowych wyzwań i ewolucji priorytetów. Zmiany, które wprowadziliśmy, mają przede wszystkim zapewnić ciągłość i sprawne zarządzanie w okresie wymagającym intensywnego działania: prowadzimy wielkie inwestycje infrastrukturalne, rozszerzamy programy międzynarodowe i przygotowujemy się do nowego modelu ewaluacji. Potrzebowaliśmy struktury organizacyjnej, która pozwoli dynamicznie reagować na te wyzwania i dobrze rozdzielić odpowiedzialność pomiędzy członkami władz. To są decyzje podejmowane z myślą o przyszłości uczelni, jej stabilności i bezpieczeństwie funkcjonowania. Uczelnia musi być instytucją, która potrafi wykorzystać potencjał wielu osób i jednocześnie zapewniać ciągłość spraw strategicznych. Zmiany służą wzmocnieniu tego procesu.
Opowiedział się pan za likwidacją staży lekarskich. To poważna zmiana w systemie kształcenia. Jakie są za tym argumenty? Czy to nie zmniejszy kompetencji tych, którzy mają nas leczyć?
Moje stanowisko w tej sprawie wynika z oceny jakości współczesnego kształcenia medycznego. Dzisiejsze programy studiów – zarówno te prowadzone w Polsce, jak i ich odpowiedniki w Europie – są znacznie bardziej rozbudowane niż 20 czy 30 lat temu. Studenci odbywają bardzo liczne i intensywne praktyki kliniczne oraz zajęcia przy pacjencie, a dodatkowo wprowadzono nowoczesne narzędzia egzaminacyjne, wspomniany już OSCI. W tak zaprojektowanym systemie staż lekarski staje się powtórzeniem tego, co student już przeszedł w trakcie studiów. W wielu krajach europejskich staże zostały zniesione lub znacząco skrócone, ponieważ uznano, że kluczowe kompetencje praktyczne są nabywane wcześniej. Podkreślam: likwidacja stażu nie oznacza zmniejszenia wymagań wobec młodych lekarzy. Przeciwnie, oznacza większą odpowiedzialność uczelni za ich przygotowanie. Nasze programy nauczania zostały mocno zmodyfikowane i rozbudowane tak, aby absolwent mógł płynnie wejść w system specjalizacji, a także, aby maksymalnie skrócić dystans między końcem studiów a rozpoczęciem pracy zawodowej. To rozwiązanie wspiera zarówno system ochrony zdrowia, który potrzebuje lekarzy szybciej, jak i samych absolwentów, którzy mogą wcześniej rozpocząć specjalizację i rozwój zawodowy.
Czy zażegnanie kryzysu jest jedynym celem i życzeniem rektora na 75-lecie uczelni? Jak pan widzi jej dalszy los i czego jej i sobie życzy?
Zażegnanie kryzysu finansowego jest ważne, ale nie jest jedynym celem na 75-lecie naszej uczelni. Patrzymy przede wszystkim na rozwój i umacnianie pozycji Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, zarówno w Polsce, jak i na świecie. Chcemy utrzymać miejsce lidera wśród uczelni lubelskich oraz konsekwentnie wzmacniać naszą pozycję wśród uczelni medycznych, opierając się na silnych kierunkach klinicznych, jak choćby okulistyka czy hematologia, oraz na pracy wybitnych profesorów, którzy stanowią wizytówkę uczelni. Jubileusz skłania też do refleksji nad historią UML. Uczelnia powstawała w trudnych warunkach jako część UMCS, a jej rozwój zawdzięczamy determinacji wielu osób, w tym mojego Ojca, który po powrocie z Syberii rozpoczął tu pracę. Dziś jesteśmy w zupełnie innym miejscu – z międzynarodową rozpoznawalnością, licznymi akredytacjami i ambitnymi inwestycjami. Patrzymy w przyszłość: budowa nowego szpitala dziecięcego, rozwój nowoczesnych centrów klinicznych, w tym okulistyki, oraz wzmocnienie badań naukowych i dialogu społecznego to nasze główne cele. Życzę naszej uczelni, aby pozostała wspólnotą silną, otwartą i odważną, a sobie – abyśmy mogli dalej stabilnie realizować tę misję.
Rozmawiał Piotr Kieraciński