logo
FA 9/2025 okolice nauki

Krzysztof Obremski

Sarmacka woda z czytelniczych mózgów!

Sarmacka woda z czytelniczych mózgów! 1

Źródło: Wikipedia

Piątego października 2025 r., dawno przekroczywszy „siedemdziesiątkę”, nieoczekiwanie przeżyłem coś absolutnie nowego. Mianowicie zacząłem z zainteresowaniem czytać książkę My, Sarmaci (Joanna Orzeł, My, Sarmaci. Mity i rzeczywistość szlachty Rzeczypospolitej, Wydawnictwo PORT, Warszawa 2025), aby po doczytaniu do dwudziestej drugiej strony poniechać lektury. Ponieważ ta książka to jeszcze jeden przykład dowodzący, jak trudna była, jest i pozostanie sztuka popularyzacji wiedzy akademickiej (tu poniechajmy rozróżnienia „wiedza” versus „nauka”). Ta sztuka ma coś z kwadratury koła: przystępnie pisać o tym, co wcale przystępne nie jest. Innymi słowy: pisać na poziomie powierzchniowym, ale w pełni respektując to, co w głębinie takiej czy innej dyscypliny (subdyscypliny).

Najprostszym sposobem mojego usprawiedliwienia się z poniechania lektury sięgającej nie dalej niż dwudziesta druga strona będą zacytowane zdania inicjalnego rozdziału, zatytułowanego Rzeczpospolita – najpotężniejsze państwo na świecie? Zdania, których bez krytycznego komentarza zostawić po prostu nie potrafię. Nie zamierzam bynajmniej jakkolwiek ‘wymądrzać się’, pragnę natomiast chociaż wyimkowo przedstawić, dlaczego książki My, Sarmaci nie należy czytać z zaufaniem, jakim może być darzona.

Oczywiście mogę narazić się na zarzut, że zacytowane niżej zdania tendencyjnie wyrywam z kontekstu. Tak jednak nie jest, o czym może bez trudu przekonać się każdy, kto weźmie do ręki tę książkę. A zatem…

S. 13.: „[…] Kochanowski chętnie gloryfikował ówczesną [szesnastowieczną] wielkość państwa pod władzą Jagiellonów.” Mniejsza nawet o to, że bezpotomna śmierć Zygmunta Augusta stanowiła zagrożenie dla stabilności Rzeczypospolitej (szczególnie pierwszy król elekcyjny, Henryk Walezjusz, nie był udanym wyborem); ważniejsze, że właśnie Kochanowski między innymi napisał Odprawę posłów greckich – tragedię, która z powodu oczywistej analogii między Troją i Rzeczpospolitą ówcześnie i do dziś może być przyjmowana jako ostrzeżenie przed państwową katastrofą na miarę zagłady królestwa Priama.

S. 15.: „Najpełniejsze zacieśnienie relacji między Polską a Litwą nastąpiło dzięki zawarciu unii realnej w Lublinie 1 lipca 1569 roku”. Nie czepiam się bynajmniej tego, że stronami były Korona Polska i Wielkie Księstwo Litewskie; należy jednak pamiętać o tym, że piękne słowa tegoż wielowymiarowego aktu pozostały właśnie pięknymi słowami. Przecież Zygmunt August po prostu odłączył od Wielkiego Księstwa Litewskiego Podlasie, Wołyń, Bracławszczyznę i Kijowszczyznę.

S. 15.: „Oficjalne języki również się różniły. W Koronie przyjęto łacinę i [język] polski, podczas gdy na Litwie był to ruski”. Popularyzatorski walec przeszedł i wyrównał, a raczej uprościł to, co nie było proste: w WKL do 1696 roku językiem urzędowym był język ruski, później także język polski, zaś łacina stała się trzecim językiem urzędowym.

S. 16.: „Z czasem szlachta litewska zaczęła się wyzwalać spod możnowładczej hegemonii i przyjmować hasła ideologiczne polskiej szlachty – wolności i równości – oraz uznawać je za obowiązujące także w Wielkim Księstwie”. Otóż procesy ewolucyjne splotły się z wydarzeniem przełomowym; ponieważ Sapiehowie trzymali WKL pod butem, więc przeciwko sobie mieli rody Wiśniowieckich, Radziwiłłów, Paców oraz Ogińskich, a także litewski naród szlachecki. W 1700 r. podczas bitwy pod Olkienikami zjednoczone siły antysapieżyńskie zwyciężyły, a miarą wewnątrzlitewskiej nienawiści może być to, że kiedy Michał Franciszek Sapieha oddał się pod opiekę Michała Serwacego Wiśniowieckiego, został rozsiekany szablami przez litewski naród polityczny. Nie po raz pierwszy magnaci załatwili swoje porachunki rękoma szlachty średniej oraz drobnej.

W 1971 r. Lucjan Kydryński prowadził telewizyjny program „Muzyka lekka, łatwa i przyjemna”. Przeszłość nie jest czymkolwiek podobnym. Tego pośrednio dowodzą wciąż poważne kłopoty pojednania współczesnej Polski z najbliższymi sąsiadami. Zapewne jednak najtrudniej nie z sąsiadami, lecz z tymi, których Kościół katolicki nazwał „starszymi braćmi w wierze” (Vaticanum II). Od dziesięcioleci również w sąsiedzkich rachunkach narodowych pobrzmiewa nieśmiertelna fraza: „Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. Także ta dziejowa. Pars pro toto: antysemityzm, a z nim wielorako splecione szmalcownictwo.

Książka My, Sarmaci jest ilustrowana. Nieco szkoda, że wydawca poprzestał na biało-czarnych ilustracjach. Z pewnością są trafnie dobrane. Dwie spośród nich zwróciły moją szczególną uwagę. Pierwsza to obraz „Handel zbożem” – dyptyk pochodzący z początków XVIII stulecia: na jednym obrazie cudzoziemiec czapkuje trzem szlachcicom, na drugim oni czapkują cudzoziemcowi; zmienna koniunktura wyrażała się również tym, co współcześnie jest nazywane mową ciała. Druga ilustracja wiąże się ze słynnym w Europie tumultem toruńskim 1723 r. i jest wręcz drastyczna: pierwszoplanowa ofiara katowskiego miecza trzyma w dłoniach swą dopiero co ściętą głowę, dwie postacie dalszego planu mają głowy zwisające na strzępkach szyi.

Pisząc ten tekst, nie chcę pozostać jedynie malkontentem. Dlatego wskażę, że film Pawła Brożka Niepamięć (2015 r.) jest dostępny online: https://www.youtube.com/watch?v=aDiVKzl9hTU. Jego główne postacie to „chłopka mieszkająca w Warszawie” (z pomalowanymi na niebiesko paznokciami) i potomek arystokratycznego rodu (hrabia). Obydwoje pozostawali doprawdy świadomi swoich stanowych bądź klasowych – trudno rozstrzygnąć – korzeni (tu abstrahujmy od problematyki relacji między stanem a klasą społeczną). Przedstawiona w owym filmie podróż dwojga młodych ludzi w ich rodzinne przeszłości (chłopską versus arystokratyczną) została wypełniona rozmowami o antagonistycznych tożsamościach społecznych. Współcześnie przecież od dekad minione role społeczne pana i chama tym razem okazują się przeciwne niż pozostawały w pańszczyźnianej przeszłości: pewna swoich twierdzeń „chłopka mieszkająca w Warszawie” werbalnie przeważa nad hrabią, któremu z trudem przychodzi odpierać argumenty związane z minioną nierównością i uwarunkowanymi nią krzywdami. Końcem podróży jest jakaś wiejska zabawa taneczna…

Pamiętam słowa piosenki sprzed lat: Wars wita (Wały Jagiellońskie):

„Jedzie pociąg z daleka,

nikt na stacjach nie czeka,

a konduktor pijany

obija się o ściany”.

Podobnie jest z kulturą polską ostatnich dekad. Przemiennie następują po sobie zwroty ludowe i zwroty szlacheckie. Od ściany do ściany. Niekończący się dwugłos wszak jeszcze feudalnej przeszłości.

P.S. Megalomania jest uważana za naganny element kultury narodu szlacheckiego. Tym bardziej od lat wciąż zaskakuje mnie uniwersytecka megalomania. Mam tu na myśli tablicę od kilku lat stojącą przed Rektoratem UMK, między parkingiem a ul. Gagarina. W miejscu przecież prestiżowym. Jej dwujęzyczny (angielski oraz polski) napis „Wiodący Uniwersytet badawczy w Polsce. The leading Research University in Poland” wskazuje, jak ‘duma’ bywa ‘pychą’. Ponieważ ze słów tego napisu wynika, że ów uniwersytet przewyższa i np. Uniwersytet Warszawski, i Uniwersytet Jagielloński. Co więcej i co gorsza: w tegorocznym uniwersyteckim rankingu „Perspektyw” (2025) UMK zajmuje szóste miejsce.

Jakiś czas temu dwóm ważnym w uczelnianych władzach osobom wskazałem, że taka autopromocja ośmiesza uczelnię. Nawet przyznawały mi rację.

Wróć